Djokovic znów królem Wimbledonu! Serb ma 20. tytuł wielkoszlemowy

Djokovic znów królem Wimbledonu! Serb ma 20. tytuł wielkoszlemowy

W 2018 roku Roger Federer. W 2020 Rafael Nadal. I wreszcie w 2021 Novak Djoković. Cała Wielka Trójka światowego tenisa ma w tej chwili po 20 tytułów wielkoszlemowych na koncie. Serb wygrał dziś w czterech setach z Matteo Berrettinim i ponownie – po dwuletniej przerwie – okazał się najlepszym tenisistą na Wimbledonie. Wygrana ta oznacza też, że może pokusić się o zdobycie Kalendarzowego – a nawet Złotego – Wielkiego Szlema. Gdyby to zrobił, trzeba by uznać, że to on jest największym tenisistą w historii. 

Bezbłędny

Trzy finały turniejów wielkoszlemowych w tym roku, we wszystkich grał i ze wszystkich zwycięsko wyszedł Novak Djoković. Za każdym razem była to inna historia. Z Daniiłem Miedwiediewem w Australii wygrał gładko, w trzech setach. Stefanos Tsitsipas na Roland Garros przez dwa pierwsze sety grał na kosmicznym poziomie, ale w kolejnych trzech nie był w stanie przeciwstawić się Novakowi. A Matteo Berrettini zdołał ugrać jedną, pierwszą partię na centralnym korcie Wimbledonu.

Novak Djoković jest w tym sezonie bezbłędny, gdy przychodzi do najważniejszych spotkań.

Jasne, można mu zarzucić, że w finałach miał naprzeciwko siebie dwóch absolutnych debiutantów i jednego gościa, który co prawda grał już wcześniej w meczu o tytuł, ale nie w Australii, a w USA. Można. Ale to niczego nie zmienia. Każdy z tenisistów, którzy stawali po drugiej stronie siatki, należy do ścisłej światowej czołówki. Każdy rozgrywał wcześniej znakomity turniej. Każdy przed finałowym spotkaniem miał nadzieję na pokonanie Djokovicia. I każdemu Serb tę nadzieję odbierał. Gdy zaczynał się ten sezon, Novak na koncie miał 17 tytułów wielkoszlemowych. Został jeszcze jeden turniej tej rangi, a on już dopadł Nadala i Federera. Teraz wszyscy mają po 20.

To jest jego rok. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni.

Matteo rozbrojony

Berrettini dziś się stawiał. Nie można mu zarzucić, że nie walczył, że oddał ten mecz łatwo. Djokovicia czekała trudna przeprawa, choć sam początek sugerował coś zupełnie innego. Novak szybko przełamał rywala, a Włoch wydawał się odarty z dwóch najgroźniejszych broni w swoim arsenale – piekielnie mocnego i szybkiego forehandu oraz doskonałego serwisu. Ten pierwszy często wyrzucał poza kort lub pakował w siatkę, drugi nie wchodził mu tak regularnie, jak choćby w starciu z Hubertem Hurkaczem w półfinale. Serb zmierzał dzięki temu do wygrania pierwszej partii.

I nagle, bach, plot twist, zmiana scenariusza. Jak w filmie, Matteo nagle odmienił swoją grę. Odnalazł rytm, zaczął trafiać. Wygrał własnego gema serwisowego, potem odrobił stratę przełamania, a w końcu wyrównał stan rywalizacji na 5:5. Po drodze bronił piłek setowych, grał jednak doskonale przy każdej z nich. Djoković został zepchnięty do defensywy i, co zaskakujące, okazywał się w niej radzić sobie kiepsko. Choć jeszcze bardziej zaskakiwało to, że gdy dostał szansę na skończenie partii, nie potrafił skorzystać z przewagi własnego podania. A to zdarza mu się bardzo rzadko.

Matteo wygrał tego seta w tie-breaku. Wydawał się nakręcony, można było podejrzewać, że pójdzie śladem Tsitsipasa z Roland Garros i zgarnie też drugą partię. Tyle że gdy ta się zaczęła, to on znów był jakby ktoś go w międzyczasie rozbroił. Kowboj bez rewolweru, rycerz bez miecza, a Berrettini bez forehandu i serwisu. Co ich łączy? Są niemalże bezradni. Djoković przełamał go dzięki temu dwa razy, ale dodajmy – wielka w tym jego zasługa. Wydaje się, że to od początku drugiego seta nauczył się radzić sobie z serwisami Matteo. Nawet te najmocniejsze często wracały na stronę Włocha. A gdy przychodziło do dłuższych wymian, to Nole w nich królował. Zresztą też dzięki swojej strategii – kiedy tylko mógł, grał na backhand Włocha, wiedząc, że tam jego rywal jest słabszy

Berrettini co prawda walczył, raz nawet Serba przełamał. Ale po raz drugi nie zdołał. I już było 1:1. A w trzecim secie? Ta sama historia. Szybko stracony serwis, którym tym razem jednak okazał się decydujący. Nic dwa razy się nie zdarza, Matteo strat ponownie nie odrobił, więc Djoković prowadził już w całym meczu. W czwartej partii Włoch wreszcie nie oddał podania na początku seta. Zrobił to jednak w jednym z późniejszych gemów. Novak był już wtedy jednak w trybie wojny. Jak to on, na okrzyki publiczności, zagrzewające do walki jego rywala, reagował wręcz tak, jakby rzucano w niego pomidorami czy butelkami. Prowokował publikę, grał przeciwko niej. Znalazł sobie wroga nie tylko po drugiej stronie siatki, ale i dookoła kortu.

I znów z tym wrogiem wygrał. Bo Djoković ma właśnie to do siebie – jeśli gra przeciwko komuś, jeśli czuje, że jest niesprawiedliwie traktowany, wznosi się na wyżyny. A tych wyżyn Matteo Berrettini jeszcze po prostu dosięgnąć nie jest w stanie. Więc – po bardzo dobrym meczu – Włoch musiał uznać wyższość Novaka.

Szlem na horyzoncie

Novak powtarzał od kilku lat, że motywuje go pogoń za rekordami Nadala i Federera. Teraz wyrównał najważniejszy z nich. Ma tyle samo wygranych turniejów wielkoszlemowych na koncie. W wielu innych statystykach też prowadzi. Trudno jednak odnieść wrażenie, by powszechnie uznawany był za najlepszego tenisistę w historii. Jest jednak coś, co nie tylko mogło, ale wręcz musiałoby sprawić, że tak będzie – Kalendarzowy Wielki Szlem.

Tego nie osiągnął ani Nadal, ani Federer, ani Bjorn Borg, ani Pete Sampras, ani plejada innych, doskonałych tenisistów na przestrzeni lat. Jeden jedyny Rod Laver, w 1969 roku – pierwszym “pełnym”, z czterema turniejami wielkoszlemowymi, rozegranym po zainaugurowaniu ery open, gdy profesjonaliści wrócili do gry w turniejach wielkoszlemowych – był w stanie tego dokonać. A potem wielu – w tym sam Novak – wygrywało po trzy turnieje w roku. Czterech nikt. A przecież po drodze czeka go jeszcze walka o tytuł, którego Serbowi bardzo brakuje – mistrza olimpijskiego. Gdyby wygrał i w Tokio, i na US Open, osiągnąłby coś, co zrobiła do tej pory tylko Steffi Graf w 1988 roku. Wygrałby Złotego Wielkiego Szlema.

Jasne, to gdybanie, przyszłość, być może nie ma w tej chwili co jej rozważać. Jednak jesteśmy przekonani – znając charakter Novaka – że on ma to już gdzieś z tyłu głowy. I być może nic bardziej nie motywuje go do sięgnięcia po tytuł w Tokio, a potem w Nowym Jorku. Bo przecież nigdy nie ukrywał, że chce być największym. Taki sukces by mu to zapewnił.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez