Demolka. Polacy rozbili Czechów

Demolka. Polacy rozbili Czechów

Ten mecz moglibyśmy podsumować właściwie w dwóch słowach: odbył się. Czesi po prostu nie istnieli, równie dobrze mogliby usiąść na trybunach i przyglądać się grze Polaków – efekt byłby dokładnie ten sam, a przynajmniej nie musieliby się męczyć. Bo naszej kadry po prostu nie byli dziś w stanie naruszyć. W żaden sposób. 

Słuchajcie, my naprawdę nie do końca wiemy, o czym tu pisać. Dlatego zaczniemy szczyptą historii. Bo (w co trudno uwierzyć po tym, jak Czesi dziś zagrali) kadra Czechosłowacji w siatkówce mężczyzn była niegdyś światową potęgą. Serio, ci goście regularnie zdobywali medale największych imprez. Na igrzyskach byli drudzy i trzeci w latach 60., od 1949 do 1966 roku aż sześć razy stawali na podium mistrzostw świata (dwukrotnie zresztą wygrywając turniej), a mistrzami Europy w tym samym czasie zostali trzykrotnie. Innymi słowy: sukcesami tak naprawdę wciąż nam dorównują, choć istnieć przestali 26 lat temu.

Po rozpadzie Czechosłowacji natomiast i Czesi, i Słowacy po prostu zapomnieli, jak grać w siatkówkę na najwyższym poziomie. Tych drugich zostawmy na razie w spokoju, nie z nimi przecież graliśmy. Słówko więc o naszych dzisiejszych rywalach: obecnie to książkowy wręcz przykład europejskiego średniaka. Na mistrzostwach Europy od 1995 roku ani razu nie wkradli się na podium (choć dwa razy byli na 4. miejscu), a zdarzało im się za to kończyć imprezę na ostatniej lokacie. Na mistrzostwach świata w 2014 i 2018 roku nawet nie zagościli. O igrzyskach nie wspominamy, nie ma sensu.

Siatkarzy też mają raczej średnich. Wielu z nich gra w rodzimej lidze, a ta – delikatnie rzecz ujmując – do tych najlepszych nie należy. Z pamięci wymienilibyśmy tak naprawdę dwóch spośród wszystkich gości, którzy znaleźli się na tych mistrzostwach w ich kadrze. Jeden to Jan Hadrava, grający w Olsztynie. Gość dosłownie rozniósł naszą ligę dwa sezony temu, w poprzednim nieco przygasł, ale to wciąż naprawdę dobry siatkarz. No, przynajmniej w klubie. Drugim jest Donovan Dzavoronok. Chłopa znamy, bo gra we Włoszech i to w ekipie, do której przeszedł niedawno Bartek Kurek. Po dzisiejszym meczu na jego miejscu unikalibyśmy jednak Polaka, bo powodów do żartów nasz siatkarz dostał sporo.

Dobra, żeby nie było, że temat omijamy: czas napisać kilka słów o samym spotkaniu. Po pierwsze, to nie tyle był mecz siatkówki, raczej nazwalibyśmy to treningiem. Vital Heynen nie organizował naszym siatkarzom sparingów przed turniejem, ale po pierwszych trzech spotkaniach nie mamy wątpliwości, że to wyłącznie z powodu losowania i terminarza. Bo to właśnie mecze grupowe są dla nas rozgrzewką przed poważnym graniem. Serio, jeśli drabinka ułoży się dla nas pomyślnie, to całkiem możliwe, że aż do półfinału poczekamy sobie na rywala, który sprawi nam problemy.

Po drugie, Wilfredo Leon jest absolutnym kozakiem. Tu już nawet nie chodzi o jego możliwości fizyczne czy umiejętności, a o to, jak on wbija te piłki w parkiet. Gdybyśmy byli na miejscu jego rywali, prawdopodobnie nawet nie próbowalibyśmy ich bronić, a wolelibyśmy się schować w trosce o własne zdrowie. Dziś bombardował Czechów tak, że nie jesteśmy pewni czy parkiet w hali (swoją drogą zwącej się wybitnie po czesku – Ahoy Arena) to przetrzymał. Kozakiem jest też, oczywiście, Michał Kubiak, który dziś atakował nawet wykonując piruety. Śmiało nazwać tak możemy też Maćka Muzaja, kolejnego, który rozbijał czeski blok. I jeszcze… Właściwie, wiecie co? Napiszemy prościej i krócej: kozakami są wszyscy nasi siatkarze.

Po trzecie, jeśli działa nasz blok, to rywale mają problemy. Tym bardziej, jeśli to rywale na poziomie kadry Czech, która z każdym własnym błędem (a tych było dziś u Czechów duuuuużo, zagrywką zbliżali się choćby do poziomu wczorajszej Holandii, czyli szorowali o dno) jeszcze bardziej obniżała swój poziom. I wreszcie po czwarte, to już się robi nudne. Serio, czekamy z utęsknieniem na spotkania z silniejszymi rywalami, bo tak naprawdę na razie jedyne emocje, jakie przeżywamy w meczach kadry Polski na tych mistrzostwach wiążą się co najwyżej z obstawionymi przed nimi kuponami. Nie na zwycięstwo, rzecz jasna, bo w tym przypadku kursy nie nadają się nawet na podbicie stawki.

Jutro naszą kadrę czeka starcie z Czarnogórą, czyli ekipą… o kilka klas gorszą od Czechów (i debiutującą na mistrzostwach Europy). Biorąc pod uwagę, że w dzisiejszym meczu straciliśmy zaledwie 45 punktów, zaczynamy się zastanawiać, czy Czarnogórcy przebiją granicę 30 oczek. Bo naprawdę mogą mieć z tym problemy. Nawet jeśli, co wydaje się bardzo prawdopodobne, Vital Heynen pośle do boju rezerwowych.

Polska – Czechy 3:0
(25:18, 25:12, 25:15)

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez