Czy w Tokio poznamy nową najbardziej utytułowaną olimpijkę w historii?

Czy w Tokio poznamy nową najbardziej utytułowaną olimpijkę w historii?

Kto jest najbardziej utytułowanym – bez podziału na płeć – olimpijczykiem w historii? No jasne, że Michael Phelps. Jeszcze przed czasami dominacji amerykańskiego pływaka, ten tytuł przez kilkadziesiąt lat dzierżyła Łarysa Łatynina. Radziecka gimnastyczka zdetronizowana została w 2008 roku, ale wciąż może pochwalić się innym mianem – olimpijki z największą liczbą złotych medali. Bardzo jednak możliwe, że w Tokio się to zmieni. Apetyt na wejście na szczyt kobiecego sportu mogą mieć aż cztery zawodniczki.

Są rekordy, które pobudzają wyobraźnię, ale wydaje się być w zasięgu obecnych sportowców. Istnieją też inne, które zostały tak wyśrubowane, że trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek w najbliższym czasie był w stanie je pobić. Weźmy za przykład 23 złote medale Michaela Phelpsa. Powiedzieć, że to kosmiczny wynik, to nie powiedzieć nic.

Człowiek, który chciałby się zmierzyć z osiągnięciami Amerykanina, musiałby wejść na szczyt w wyjątkowo młodym wieku, a potem nie schodzić z niego przez wiele lat. Jak ustaliliśmy swego czasu w naszej analizie – nie zapowiada się, żeby ktoś taki prędko się pojawił. Na pytanie – czy w ciągu najbliższych lat Phelps zostanie strącony z tronu dla najlepszego olimpijczyka wszech czasów, możemy zatem stanowczo odpowiedzieć, że nie.

Ale za to niewykluczone, że już podczas igrzysk w Tokio poznamy nową najbardziej utytułowaną olimpijkę – mogą nią zostać Katie Ledecky, Simone Manuel, Allyson Felix oraz Simone Biles.

Caryca

No dobra, ale z czym dokładnie się mierzą? Jak wyglądają rekordy Łatyniny? Radziecka gimnastyczka uzbierała aż dziewięć krążków z najcenniejszego kruszcu, pięć srebrnych i cztery brązowe. Ostatni wpadł w jej ręce w… 1964 roku.

Jak w ogóle doszło do tego, że Łatynina przez kilkadziesiąt lat miała bogatszy dorobek medalowy, niż ktokolwiek? Cóż, to historia, która w dzisiejszych czasach nie miałaby prawa się wydarzyć. Sowietka nie zaczęła treningów w wieku kilku lat, jak współczesne gimnastyczki, tylko jedenastu. A na igrzyskach nie zadebiutowała jako nastolatka – miała dwadzieścia jeden wiosen.

I wcale nie skończyła po nich kariery, wyczerpana treningami i mająca na plecach oddech młodszych zawodniczek, tylko startowała przez wiele lat. Dość powiedzieć, że podczas olimpijskich zawodów w Tokio brakowało jej kilku miesięcy do trzydziestki. Obecnie coś takiego jest – prawie – nie do pomyślenia, przynajmniej jeśli chodzi o kobiecą gimnastykę, bo panowie generalnie rywalizują trochę dłużej.

Oczywiście radzieckiej gimnastyczki nie da się nie docenić. To, że wychowywała się w innych czasach mogło jej pomóc, jeśli chodzi o rywalizację sportową, ale musiała zmierzyć się ze sporymi, życiowymi wyzwaniami. Jej ojciec poległ podczas II wojny światowej pod Stalingradem. A matka – choć bardzo się starała, aby córka wyrwała się z biedy – nie potrafiła czytać ani pisać i nie była w stanie zapewnić rodzinie godnego bytu.

A jednak Łatynina, po latach, została dziewięciokrotną mistrzynią olimpijską. Zatem – które zawodniczki mogą przebić jej osiągnięcie?

Mama na bieżni

Zacznijmy od osoby, która – w tym momencie – ma najbogatszy dorobek. Allyson Felix w ciągu swojej trwającej już kilkanaście lat kariery zdobyła aż 6 złotych medali igrzysk oraz 3 srebrne. I wciąż znajduje się w formie, która pozwala jej myśleć o sięganiu po kolejne laury. Amerykanka walczy jednak nie tylko o sukcesy sportowe, ale łamanie stereotypów. Chce udowodnić, że w świecie sportu nie powinno się skreślać kobiet, które urodziły dziecko.

Sama w ciążę zaszła w 2018 roku. W międzyczasie nie mogła dojść do porozumienia z Nike w sprawie nowego kontraktu. Mimo tego, że była uważana za najpopularniejszą i jedną z najlepszych amerykańskich lekkoatletek, szefowie firmy nie byli przekonani, że będzie w stanie utrzymać się w światowej czołówce, po tym, jak na świat przyjdzie jej córka.

Ostatecznie Felix dogadała się z innym producentem obuwia, “Athletą”. A potem udowodniła, że ciąża nie wpłynęła na jej możliwości sportowe. I dalej nie narzeka na brak motywacji, choć już dawno ustaliła, ze igrzyska w Tokio będą jej ostatnią wielką imprezą w karierze. Nie pozwoliła też, żeby pandemia pokrzyżowała jej plany. – Jestem przyzwyczajona do walki. I przez ostatnie miesiące właśnie walczyłam. A teraz po prostu będę kontynuować moją misję, tylko nieco dłużej. Tak wygląda sport: musisz się skupić i myśleć, o tym, co trzeba zrobić – mówiła.

Na zdjęciu: Allyson Felix (w środku) oraz Justyna Święty-Ersetic (po lewej) i Małgorzata Hołub-Kowalik (po prawej) z Grupy Sportowej ORLEN.

Na ile medali w Japonii ma szansę? Cóż, sporo zależy od tego, czy zdoła wywalczyć kwalifikację do biegów indywidualnych.

Zacznijmy jednak od tego, że Felix powinna wystartować w sztafecie 4×400, w której Amerykanki będą wielkimi faworytkami do złota. Bez wątpienia będzie również kandydatką do startu w nowej olimpijskiej konkurencji – sztafecie mieszanej 4×400. Na obu tych dystansach zdobyła zresztą złoty medal podczas mistrzostw świata w Dausze w 2019 roku.

Dalej właśnie zaczynają się schodki. Amerykanka podczas poprzedniej imprezy olimpijskiej, w Rio de Janeiro, zdobyła srebro w biegu na 400 metrów, a jeszcze w Londynie wygrała wyścig na 200 metrów. To jednak dość odległe czasy. Nie tyle, co nie wiadomo, czy Felix zdołała pokonać młodsze koleżanki w amerykańskich kwalifikacjach, ile istnieje możliwość, że zdecyduje się postawić wyłącznie na start w sztafetach.

Wspomnieliśmy zatem o czterech konkurencjach, ale została jeszcze jedna – kolejna sztafeta, tym razem 4×100 metrów. Jeszcze w Rio Amerykanka była jej częścią i zdobyła złoto, ale znowu – pamiętajmy, że trochę lat minęło.

Możemy śmiało założyć, że Felix jest w stanie zdobyć dwa złote medale olimpijskie. Jeśli jej się to uda, w historii IO będzie tylko czterech zawodników bardziej utytułowanych od niej – Phelps, Łatynina, Mark Spitz oraz Carl Lewis. Jeśli jednak Amerykanka dołoży jeszcze jeden krążek z najcenniejszego kruszcu – na przykład w sztafecie 4×100 albo biegu na 400 metrów – będzie miała ich tyle samo, co radziecka gimnastyczka.

Inna sprawa, że wciąż nie wyprzedzi jej w historycznych tabelach, ze względu na mniejszą liczbę srebrnej biżuterii. Aby zatem awansować na drugie miejsce wszech czasów, i mieć przed sobą tylko Phelpsa, potrzebuje wygrać cztery wyścigi w Tokio. Mało możliwe? Na pewno, ale Amerykanka udowadniała już, że potrafi dokonywać wielkich rzeczy.

Najlepsza w historii?

O ile Łatynina jest najbardziej utytułowaną gimnastyczką w historii IO, według wielu już jakiś czas temu została pozbawiona tytułu “najlepszej gimnastyczki wszech czasów”. Przez kogo? Oczywiście Simone Biles. Filigranowa Amerykanka zachwyciła świat podczas imprezy w Rio, zdobywając cztery złote medale oraz jeden brązowy.

Miała wówczas 19 lat. W świecie gimnastyki anonimową postacią nie była już zresztą od 2013 roku, kiedy po raz pierwszy została mistrzynią świata. Od momentu, gdy weszła na szczyt, do dzisiaj nie została z niego strącona. Zdominowała choćby ostatnią wielką imprezę, która się odbyła, czyli mistrzostwa globu w Stuttgarcie w 2019 roku. Sięgnęła podczas nich po pięć złotych medali.

To, jak wyjątkowa zawodniczką jest Biles, podkreślała jedna z jej rywalek, Kanadyjka Shallon Olsen. – Jest niesamowita i oczywiście… nie jest człowiekiem. Może zrobić tak wiele rzeczy, których nie potrafi nikt inny. To unikat. Sama możliwość rywalizowania z nią jest czymś fenomenalnym.

W jaki sposób Biles może prześcignąć Łatyninę w liczbie złotych medali? Musi wystartować we wszystkich konkurencjach, które są dostępne, i wszystkie wygrać. Dokładnie, nic więcej. Taki scenariusz zakładałby jednak dwie rzeczy, które nie będą łatwe do wykonania.

Po pierwsze, Biles musi przezwyciężyć swoje demony i wygrać rywalizację na równoważni, na której ma największą tendencję do popełniania błędów. Właśnie w tej konkurencji zajęła “zaledwie” trzecie miejsce podczas imprezy w Rio.

Po drugie, musi znaleźć się w finale w ćwiczeniach na poręczach, i też wygrać. A tak się składa, że w swojej dotychczasowej karierze ten element gimnastycznego rzemiosła… przyniósł jej zaledwie jeden medal, srebrny podczas MŚ w Dausze w 2018 roku.

Zatem, o ile możemy założyć, że Biles pewnie zdobędzie w Tokio kilka złotych medali, może nawet sięgnie po swoje dziewiąte złoto, to o dziesiąte będzie piekielnie trudno. Ale też nie można go wykluczyć. Bez wątpienia niespełna 24-letnia gimnastyczka będzie próbować. Szczególnie że po igrzyskach planuje zakończyć karierę.

Impreza w Japonii to jej ostatni dzwonek. Mamy więc wrażenie, że choć nie mówi o tym głośno, prześcignięcie Łarysy Łatyniny nie może nie być jej celem.

Naturalna kandydatka

Czas na dyscyplinę, w której o seryjne zdobywanie medali jest najłatwiej, czyli pływanie. Katie Ledecky [na zdjęciu głównym przyp-red] po pierwszy złoty olimpijski krążek sięgnęła jako 15-latka, jeszcze podczas IO w Londynie. Następnie, w Rio de Janeiro, dołożyła kolejne cztery, a także jedno srebro.

Amerykanka to poniekąd przeciwieństwo Łatyniny. Swój olbrzymi talent potwierdziła w bardzo młodym wieku, a na dodatek wychowała się w zamożnej rodzinie – jej wujek jest multimilionerem i właścicielem hokejowej drużyny New York Islanders. Nigdy nie brakowało jej zatem odpowiednich warunków do treningów, ale na swój sukces musiała zapracować sama. W szczycie formy pływała tak dobrze, że zaczęto porównywać ją, a jakże, do Michaela Phelpsa.

Pytanie brzmi, czy Ledecky wciąż dysponuje formą, jaką zachwycała w okolicach poprzednich igrzysk? Trudno powiedzieć, bo w ubiegłym roku niemal nie startowała. Pewne jest za to, że, po latach dominacji, wyrosła jej rywalka z prawdziwego zdarzenia – 20-letnia Ariarne Titmus, również specjalizująca się wyłącznie w stylu dowolnym. Amerykanka nie może być zatem pewna swego, nawet na swoich najmocniejszych dystansach.

Pokazały to mistrzostwa świata w 2019 roku, podczas których sięgnęła po tylko jedno złoto (800 metrów) oraz dwa srebra (400 metrów oraz sztafeta 4×200). To była wielka sensacja, bo wszyscy przyzwyczaili się do tego, że gdzie pojawia się Ledecky, tam zgarnia pełną pulę.

Jedna wpadka nie wpłynęła jednak na jej motywację. W ubiegłym roku powtarzała, że – mimo przesunięcia imprezy w Tokio o rok – cały czas celuje w pięć złotych medali: na 200, 400, 800 i 1500 metrów kraulem, a także w sztafecie 4×200. Czy będzie w stanie tego dokonać? Jeśli zbuduje formę równie wysoką, co w latach 2013-2018, to jak najbardziej. A mając dziesięć złotych krążków – nie tylko zostałaby najbardziej utytułowaną pływaczką w historii IO, ale po prostu olimpijką.

Cały czas jest jednak ten szkopuł, że 23-letnia Amerykanka – jakkolwiek to brzmi – może mieć swoje najlepsze lata za sobą. Może, nie musi, ale patrząc na ostatnie MŚ – nie da się tego wykluczać. Tego samego nie możemy zaś powiedzieć o jej koleżance z kadry – Simone Manuel. Ta, od kiedy w 2016 roku została pierwszą czarnoskórą kobietą, która wygrała indywidualny wyścig na IO, absolutnie się nie zatrzymywała.

Manuel jest rok starsza od Ledecky i może pochwalić się skromniejszym olimpijskim dorobkiem – ma dwa złote medale i dwa srebrne. Jej przewaga leży jednak… we wszechstronności. Czy też po prostu tym, że startuje w większej liczbie konkurencji. Podczas tych samych mistrzostw globu, z których Katie wywiozła trzy krążki, Simone wywalczyła aż siedem – w 50 i 100 metrach kraulem, 4×100 i 4×200 kraulem, 4×100 zmiennym, a także dwóch sztafetach mieszanych.

Podczas igrzysk w Kraju Kwitnącej Wiśni liczba rywalizacji w mikście zostanie jednak ograniczona do jednej. W tej sytuacji Manuel, aby zdobyć siedem medali, będzie musiała wystartować w wyścigu na 200 metrów dowolnym. Nie jest to jej dystans, choć w sztafetach go pokonuje.

W każdym razie – Manuel Łatyniny niemal na pewno nie prześcignie, ale, tak, może ją dogonić, jeśli chodzi o wyłącznie złote krążki (choć my, z racji, że kibicujemy polskiej sprinterce Kasi Wasick, mamy cichą nadzieję, że do tego nie dojdzie). A z racji, że podobnie jak Ledecky, wciąż jest dość młoda, powinna pojawić się również na imprezie w Paryżu w 2024 roku. I dalej tworzyć swoją historię.

*****

Na tym kończymy nasze wyliczenia. Gdybyśmy mieli zabawić się we wróżbitów, sądzimy, że Ledecky przynajmniej dogoni radziecką gimnastyczkę, a przegoni ją, jeśli jeszcze nie w Tokio, to w Paryżu. Biles zakończy karierę z dziewięcioma złotymi medalami w garści, Felix będzie w Japonii częścią dwóch sztafet, ale nie wystartuje w konkurencji indywidualnej, natomiast Simone Manuel – ona ewentualne bicie rekordów odłoży na jeszcze kolejne igrzyska.

Ale jak będzie faktycznie? Miejmy nadzieję, że – mimo pojawiających się komplikacji – igrzyska odbędą się tego lata i będziemy mogli się przekonać.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Marek
Marek
3 miesięcy temu

Bardzo przyjemny artykuł – dobrze się czytało.

Aktualności

Kalendarz imprez