Czy to Możliwe? Farah chce powalczyć o piąte złoto olimpijskie na bieżni

Czy to Możliwe? Farah chce powalczyć o piąte złoto olimpijskie na bieżni

Mało jest ludzi, których tweet o powrocie na bieżnię mógłby wzbudzić takie podniecenie w lekkoatletycznym środowisku. Tym bardziej że Mo Farah nie odszedł przecież na emeryturę – przerzucił się jedynie na maratony. Teraz jednak postanowił, że na igrzyskach olimpijskich Tokio 2020 chce obronić swój złoty medal w biegu na 10 km. I mimo że na karku będzie mieć wtedy 37 lat, nie wypada wątpić w jego możliwości.

Wiek to tu ważna sprawa. Jeśli Mo Farah faktycznie pojawi się na starcie, zostanie najstarszym w historii zawodnikiem, który w ogóle weźmie udział w biegu na 10 000 metrów na igrzyskach olimpijskich. Ewentualnym zwycięstwem wyśrubowałby rekord, który pewnie długo nie zostałby pobity. Szczególnie, że w pierwszej dziesiątce najszybszych z minionego niedawno sezonu na tym dystansie tylko jeden gość ma więcej niż 25 lat – Mohammed Ahmed z Kanady, który w styczniu obchodzić będzie 29. urodziny. Ale to właśnie on z całej tej dyszki był najwolniejszy.

Reszta, w porównaniu do Faraha, to młodzieniaszki. Dotąd Mo przechodził raczej naturalną drogę. Wydłużanie dystansów wraz z wiekiem to w tym sporcie norma. Wraz z przybywaniem świeczek na torcie spada nieco szybkość, ale wzrasta za to wytrzymałość, więc z 1500 przechodzi się na 5000 metrów. Z 5000 na 10 000. A jak już nie ma się dłuższych wyzwań na bieżni, to albo emerytura, albo maratony. Farah te ostatnie wybrał w 2017 roku, po mistrzostwach świata w Londynie. Tam zresztą – po raz pierwszy od sześciu lat – musiał uznać wyższość rywala na imprezie takiej rangi. Ale na 5000 metrów. Na dwa razy dłuższym dystansie był najlepszy.

W maratonie wiodło mu się nieźle. Jeszcze rok temu można było zakładać, że jeśli pojawi się na igrzyskach, to właśnie po to, by spróbować sił na najdłuższym z dystansów. W 2018 roku wygrał przecież maraton w Chicago i był trzeci na trasie w Londynie. Przy okazji ustanowił też nowy rekord Europy, a jego czas (2:05:11) dawał nadzieję na to, że za niedługo może biegać noga w nogę z najlepszymi. W tym sezonie jednak – na dokładnie tych samych imprezach – był już odpowiednio dziewiąty i piąty. Przede wszystkim jednak – wolniejszy. I może to zadecydowało o powrocie na stadion. Farah wspominał zresztą o tej możliwości jakiś czas temu, gdy udzielał wywiadu BBC. Dziś okazało się, że to już nie tylko “maybe”, ale “for sure”.

– Decyzję podjąłem po starcie w Chicago. Nie od razu, ale wtedy ta myśl zakiełkowała mi w głowie. Kiedy oglądałem mistrzostwa świata w Dausze i patrzyłem na 10 000 metrów oraz inne biegi, część mnie czuła się podekscytowana. Widziałem ludzi wygrywających medale dla mojego kraju. Czułem, jakbym potrzebował się tam znaleźć. Wciąż mam szansę pojechać na igrzyska. Czemu ją odrzucić? Mam nadzieję, że nie straciłem swojej szybkości. Będę ciężko trenować, żeby zobaczyć, co jestem w stanie zrobić – mówił ogłaszając powrót.

Trudno obecnie oceniać jego możliwości na przyszłorocznych igrzyskach. Gdyby jednak patrzyć wyłącznie na dotychczasowe sukcesy, rywale powinni trząść portkami. Farah przed przejściem na asfalt był przecież absolutnym kozakiem i jednym z najlepszych lekkoatletów świata. Wszystko zaczęło się w 2010 roku, gdy zgarnął dublet (5000 i 10 000 metrów) na mistrzostwach Europy. A potem poszedł w świat, zdobywając odpowiednio: srebro i złoto na MŚ 2011 oraz dublety w 2013 i 2015 roku, dwa złota na igrzyskach w Londynie i w Rio oraz kolejne krążki na wspomnianych mistrzostwach w stolicy Wielkiej Brytanii, gdzie został pokonany na 5000 metrów.

Na “dyszce” jednak wtedy nie przegrał, zdobywając czwarte złoto mistrzostw świata z rzędu na tym dystansie. Do tego dwa kolejne dorzucił na igrzyskach. W Dosze złota nie wywalczył, bo po prostu tam nie startował. Jeśli uda mu się w Tokio, po powrocie ze “stadionowej” emerytury, dokona wręcz niemożliwego. Inna sprawa, że kiedy pojawi się na igrzyskach, pewnie pojawią się i pytania. Bo niedawno czteroletnią dyskwalifikację wlepiono wieloletniemu trenerowi Faraha, Alberto Salazarowi. Nie przyłapano go co prawda na gorącym uczynku, ale w toku śledztwa uznano, że miał nakłaniać swoich podopiecznych do stosowania dopingu.

Farah pracował z nim w latach 2011-2017, właśnie gdy odnosił największe sukcesy. Kiedy zaś przestał i przerzucił się na maraton, wiodło mu się już nieco gorzej. Ale Mo też nigdy przyłapany nie został, bo – jak sam twierdzi – nie miał na czym. – Czuję się przez was zawiedziony –  mówił dziennikarzom, gdy ci pytali go o doping. – To rozczarowujące, że ciągle do tego wracacie. Nagłówki krzyczą: “Farah, Farah, Farah”. Nie ma przeciwko mnie żadnych oskarżeń. Nie zrobiłem nic złego. 

Swoje racje Mo będzie starał się udowodnić w Tokio. Na dwa sposoby: wygrywając trzecie złoto na 10 000 metrów (a piąte ogółem) i przechodząc wszelkie kontrole antydopingowe. Tak, by zapamiętano go jako jednego z największych sportowców w historii, a nie medalistę, na którego rzucono cień dopingowych podejrzeń. Czy mu się uda? Nie wiemy. Jednak z pewnością będziemy tę próbę obserwować.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez