Czy Paweł Fajdek przełamie olimpijską klątwę?

Czy Paweł Fajdek przełamie olimpijską klątwę?

W światowym rzucie młotem jest istnym dominatorem. Czterokrotnie zdobył tytuł mistrza świata. Żaden inny polski lekkoatleta nie zdołał pobić tego wyniku. Dorównała mu tylko jego znajoma z kadry, uprawiająca tę samą dyscyplinę – Anita Włodarczyk. Jednak różnica pomiędzy nimi  jest taka, że Paweł Fajdek z ostatnich dwóch igrzysk olimpijskich wracał na tarczy. Włodarczyk z tych samych imprez przywoziła złoto.  

Mistrzostwa świata im. Pawła Fajdka

Jak powiedzieliśmy, dominację zawodnika Grupy Sportowej ORLEN najlepiej widać po sukcesach odniesionych podczas mistrzostw świata. Same medale robią oczywiście największe wrażenie. Na pięć światowych czempionatów, wygrał cztery. Te których nie zwyciężył, to turniej w Daegu z 2011 roku. Prehistoria, pierwszy poważny sezon startów międzynarodowych wówczas dwudziestodwuletniego zawodnika. Z każdych kolejnych mistrzostw świata przywoził złoto. Ale największe wrażenie robi styl w jakim tego dokonywał.

Na cztery tytuły, trzy wywalczył rzucając ponad osiemdziesiąt metrów. W czwartym przypadku zabrakło mu zaledwie dziewiętnastu centymetrów do osiągnięcia tej odległości. Innymi słowy, jeżeli ktoś chce wygrać z Fajdkiem, niemal na pewno musi posłać ponad siedmiokilowy młot właśnie poza osiemdziesiąty metr. Tak jak podczas mistrzostw Europy w 2014 i 2018 roku, kiedy uczynili to kolejno Węgier Krisztian Pars oraz Wojciech Nowicki. Dobrze, zapewne niektórzy z was mogą teraz się zastanawiać czy osiągnięcie takiego wyniku zdarza się często. W odpowiedzi posłużmy się danymi z oficjalnej strony World Athletics.

Od 2012 roku – czyli początku dominacji Pawła – zawodnicy 129 razy kończyli starty z rzutami powyżej osiemdziesięciu metrów. To niewiele, zważywszy na liczbę sezonów i imprez odbywających się w każdym z nich – mówimy przecież o okresie dziesięciu lat. Aż 64 z  takich rezultatów jest autorstwa Pawła Fajdka. Jakby tego było mało, od 2012 roku startował w 146 oficjalnych zawodach. Aż 137 razy stawał w nich na podium, z czego wygrał równe 100. To są kosmiczne statystyki. Nie może zatem dziwić, że z Polaka na zawodach nie raz emanuje pewność siebie. Zdarzało mu się wręcz prowadzić typowo bokserski trash-talk ze swoimi rywalami pytając ich, który tym razem będzie walczył o drugie i trzecie miejsce. Pierwsze było zarezerwowane dla niego.

Powtórzmy to jeszcze raz – sto czterdzieści sześć oficjalnych zawodów, tylko dziewięć razy poza podium. W tym dwukrotnie na igrzyskach olimpijskich.

Igrzyska olimpijskie – podejście pierwsze

Na igrzyska do Londynu Paweł Fajdek jechał jako wschodząca gwiazda rzutu młotem, choć nie dominował wtedy tak, jak w następnych latach. Za najpoważniejszych rywali miał wspomnianego już Krisztiana Parsa, mistrza olimpijskiego z Aten i ówczesnego mistrza świata Kojiego Murofushiego oraz kilku zawodników z Białorusi, którzy – jak się później okazało – nie grali do końca czysto. Czy kibice mieli prawo oczekiwać od Polaka medalu? Jak najbardziej tak. Na igrzyska jechał jako kilkukrotny rekordzista kraju, który już złamał barierę osiemdziesięciu metrów. W chwili przyjazdu do Londynu mógł pochwalić się czwartym najlepszym wynikiem roku. Dwa miesiące przed turniejem olimpijskim posłał młot na odległość 81,39.

Przed najważniejszą imprezą czterolecia sam zapowiadał walkę o medale, co tylko rozniecało oczekiwania względem jego występu. Mówił, że stać go na osiemdziesięciometrowy rzut. Ta impreza miała być symboliczną zmianą warty w polskim młocie na najważniejszej imprezie międzynarodowej. Oto młody, zdolny zawodnik miał przejąć schedę po naszym poprzednim mistrzu, Szymonie Ziółkowskim – złotym medaliście z Sydney.

Ale na igrzyskach się spalił – dosłownie i w przenośni. W kwalifikacjach oddał trzy rzuty i żaden z nich nie został zaliczony. Najbardziej szkoda było ostatniej próby, bo w niej Paweł był bliski zrealizowania tego, co tak szumnie zapowiadał – ponad osiemdziesięciometrowego rzutu. W trzecim podejściu posłał młot w okolice siedemdziesiątego dziewiątego metra. Taki wynik plasowałby go w pierwszej trójce, ale… naszego zawodnika wyrzuciło z koła, przez co spalił próbę na obręczy. Można teraz gdybać czy dwa dni później w wielkim finale zaprezentowałby się lepiej.

W każdym razie, w wywiadzie dla Telewizji Polskiej pozostało mu tylko przeprosić kibiców. Co ważne – podkreślał że to nie głowa zawiodła. A przynajmniej nie w tym sensie, że ranga imprezy go sparaliżowała. Przeciwnie, był wręcz przemotywowany. Ale jako młody zawodnik, już wtedy wybiegał w przyszłość, do igrzysk w Rio de Janeiro.

Igrzyska olimpijskie – podejście drugie

Do Rio de Janeiro jechał zawodnik podobny, a jednak inny. Tak, już w 2012 roku w Londynie zaczynał być zaliczany do światowej czołówki młociarzy. Ale cztery lata później w Brazylii był wręcz gigantem tej dyscypliny. W tamtym sezonie wygrał trzynaście na czternaście konkursów w których wystartował! W dwunastu z nich zwyciężył posyłając młot na odległość ponad osiemdziesięciu metrów. Nieco ponad miesiąc przed igrzyskami wywalczył tytuł mistrza Europy.

Zapewne pamiętacie – lub też domyślacie się – jaki był ten jeden, jedyny konkurs w sezonie, na którym wówczas dwukrotny mistrz świata sobie nie poradził… A przecież nic nie zapowiadało tragedii. No, prawie nic.

– Czuję się wyśmienicie. Klimat mi sprzyja, wszystko mi się tu podoba. Nie mam na co narzekać. Jedynie na okres oczekiwania, który zawsze jest najbardziej męczący. Ale jakoś udaje się to wszystko załagodzić. Mam fajną ekipę w pokoju, zawsze jest wesoło i mamy co robić. Jestem świadomy tego, na co mnie stać. Wiem, jak daleko trzeba będzie rzucać, żeby przejść eliminacje i wygrać igrzyska czy zdobyć medal – mówił Fajdek w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej, udzielonym przed startem.

Jednak ponownie zakończył swój występ na eliminacjach. Tym razem oddał dwa rzuty, które zostały zaliczone. Z tym że były one przeraźliwie krótkie – odpowiednio 71,33 oraz 72 metry. Zajął rozczarowujące, siedemnaste miejsce. Na gorąco nie miał nic na swoje usprawiedliwienie. Gdy w końcu pozbierał się po tym – nie bójmy się użyć tego słowa – blamażu, minął dziennikarzy i reporterów rzucając im jedynie słynne: – Idę przebukować bilet.

Po brazylijskiej klęsce kibice oraz dziennikarze wystawili Polakowi jednoznaczną opinię. To bardzo dobry zawodnik, który podczas turniejów olimpijskich po prostu nie wytrzymuje psychicznie. W przypadku igrzysk w Rio de Janeiro nie pomogła mu również współpraca z psychologiem Nikodemem Żukowskim. Po prostu Paweł mentalnie nie dojeżdża na najważniejszą imprezę czterolecia.

Ale sam zainteresowany ma zgoła odmienne zdanie na ten temat. Twierdzi, że w Brazylii z podejściem mentalnym było wszystko w porządku. Odbija posłaną przez krytyków piłeczkę mówiąc, że zarzucanie czterokrotnemu mistrzowi świata brak odporności psychicznej podczas turnieju olimpijskiego to piramidalna bzdura. Gdyby jej nie posiadał to jakim sposobem zdobyłby aż tyle tytułów? Zawodnikowi Grupy Sportowej ORLEN nie można odmówić logiki w takim rozumowaniu. Ale w takim razie co zawiodło go na największej imprezie w sezonie w którym podczas każdych innych zawodów rozstawiał rywali po kątach?

– Mnie na igrzyskach zabiło czekanie na zawody. Zwyczajnie za dużo czasu spędziłem w wiosce olimpijskiej, gdzie jedyną rozrywką było siedzenie w pokoju i granie w FIFĘ albo oglądanie filmów. Dookoła niebezpiecznie, nie było żadnych interesujących rozrywek, a na stołówce bardzo złe jedzenie. Droga na trening zajmowała trzy godziny i to były moje jedyne zajęcia w ciągu dnia. Nienawidzę przed startem kusić losu, nigdzie nie chodzę, nie jeżdżę zwiedzać miasta. Siedziałem i czekałem, ale dziesięć dni mnie pokonało. Pięć, sześć dni czekania na taki start to jest maksimum, bo to, co się dzieje w głowie zaczyna być problemem, bo chcesz już wystartować i za dużo myślisz. Dla mnie to była formalność, miałem oddać rzut, wziąć medal i zawinąć się na chatę. Na treningach byłem w życiowej formie, rzucałem po 83 metry, liczyłem na rekord Polski, a może i na coś więcej. Tak bardzo chciałem wygrać, że organizm się zablokował. Organizm, nie głowa – mówił Paweł w wywiadzie dla portalu SportoweFakty.

Zatem jego wypowiedź przed występem w Brazylii o tym, że nie ma czasu na nudę, niestety okazała się zasłoną dymną. Sam był wykończony fizycznie ciągłym oczekiwaniem na swój konkurs.

Do trzech razy sztuka?

Proces aklimatyzacji to bardzo ciekawy wątek pod względem zbliżającego się występu w Tokio. Wiemy, że ze względu na pandemię koronawirusa zawodnicy będą mogli przebywać w wiosce olimpijskiej maksymalnie do pięciu dni przed zawodami. Jednak Polski Związek Lekkiej Atletyki zorganizował sportowcom obóz aklimatyzacyjny tak, aby zainteresowani mogli polecieć do Kraju Kwitnącej Wiśni znacznie wcześniej.

I tu pojawiają się różnice pomiędzy sportowcem a jego obecnym trenerem, Szymonem Ziółkowskim. Nasz były mistrz olimpijski zaplanował wylot do Zao – czyli miasta, w którym polscy lekkoatleci mają swój obóz – chociażby po to, aby zdjąć ze swojego zawodnika presję ciągłego gadania o medalu. Z kolei Fajdek jeszcze przed pierwotnym terminem igrzysk głosił, że nie ma zamiaru lecieć do Japonii na dwa tygodnie przed swoim startem w celu przyzwyczajania się do warunków. Choć dodajmy, że wtedy z Ziółkowskim jeszcze nie pracował. Zatem Paweł dał się przekonać nowemu szkoleniowcowi do wcześniejszego wyjazdu i 21 lipca znajdował się już w samolocie do Tokio.

Naszym zdaniem Paweł – z jego bagażem doświadczeń i sukcesów – tym razem nie ma prawa zepsuć swojego startu. Jeżeli w grę nie wchodzą kwestie mentalne – a sam podkreśla, że nie wchodzą – to wyciągnięcie wniosków z brazylijskiej podróży wydaje się być kluczem do sukcesu. Zakładamy zatem, że kolejna wpadka nie będzie miała miejsca. W takim razie z kim w Tokio przyjdzie mu walczyć o medale?

Kandydatów do sukcesu jest kilku. Liczyć powinien się Quentin Bigot – srebrny medalista ostatnich mistrzostw świata, który przegrał tytuł z – jakżeby inaczej – Pawłem Fajdkiem. Mocny będzie również Bence Halasz. Węgier co prawda jeszcze nie pokonał granicy osiemdziesięciu metrów, choć w poprzednim roku był blisko – rzucił 79,88. Ale jest młody jak na młociarza, ma dwadzieścia cztery lata i już może pochwalić się brązowymi medalami mistrzostw świata i Europy. W dodatku cały czas się rozwija.

Ponadto, w tym sezonie do głosu doszła grupa Amerykanów, takich jak Daniel Haugh, Alex Young czy Rudy Winkler. Formą imponuje zwłaszcza ten ostatni, który 24 kwietnia posłał młot na odległość 81,98. Jak Paweł zareagował na ten rezultat? Cóż, odpowiedział w swoim stylu i to dwukrotnie. Pierwszy raz na Twitterze, jeszcze tego samego dnia w którym Amerykanin osiągnął swój rezultat.

Nasz zawodnik zdecydowanie nie gryzie się w język i potrafi wbić szpilkę swoim rywalom. Również przez to bardzo polaryzuje środowisko kibiców, dorabiając się – przynajmniej w Internecie – całkiem pokaźnego grona krytyków. Ci oczywiście nie omieszkali wypomnieć mu słabych występów na igrzyskach i polecić, aby skupił się na nich zamiast deprecjonować wyniki swoich konkurentów.

Wtedy Fajdek odpowiedział drugi raz. Tym razem tam, gdzie na krytykę potrafi odpowiadać najlepiej – w kole do rzutów. Co prawda zajęło mu to troszkę więcej niż zapowiadane dwa tygodnie – zawody w Chorwacji nie były udane w jego wykonaniu – ale 22 maja, podczas mityngu w Hiszpanii rzucił 81,62. Daleko, jednak wciąż bliżej od Winklera. Ale później reprezentował jednak nasz kraj podczas Drużynowych Mistrzostw Europy w Chorzowie. I po prostu zmiótł konkurencję rzucając 82,98 – równo metr dalej niż wynosił były już rekord sezonu Amerykanina. W przypadku tak dalekich odległości różnica całego metra jest wręcz kolosalna. Sam Polak nie rzucał tak daleko od 2017 roku. Można stwierdzić, że ciężkie treningi z Ziółkowskim przynoszą rezultaty.

Na zakończenie pozostawiliśmy ostatniego rywala Pawła do olimpijskiego złota. Choć słowo rywal nie jest do końca właściwe. Chodzi bowiem o drugiego z naszych rodaków – Wojciecha Nowickiego. Białostoczanin jest jednym z nielicznych zawodników, którzy potrafią wygrać z Fajdkiem poza igrzyskami. I chyba jedynym, który dokonał tej sztuki aż tyle razy.

Trzykrotnie zdobywał bowiem mistrzostwo Polski i to bronił tego tytułu na zawodach rozgrywanych pod koniec czerwca tego roku. Przy młociarzu klasy Pawła jest to wynik godny dużego szacunku. Ponadto, potrafił też górować nad zawodnikiem Grupy Sportowej ORLEN również na arenie międzynarodowej. W 2018 roku Polacy zajęli najwyższe miejsca na podium mistrzostw Europy w Berlinie i to Nowicki zdobył mistrzowski tytuł. Choć na ulubionych zawodach Fajdka – mistrzostwach świata – musiał uznawać jego wyższość, to z udziału w nich również może mieć powody do zadowolenia. Trzy razy wracał z brązowym medalem. Zatem jest w światowej czołówce rzutu młotem od lat. I oczywiście posiada również krążek, którego jak na razie Paweł może mu pozazdrościć – brązowy medal igrzysk olimpijskich wywalczony w Rio de Janeiro.

My zaś życzymy Pawłowi przełamania olimpijskiej klątwy – jak sam pół-żartem zwykł nazywać swoje dwa występy na igrzyskach. A także by walka o olimpijskie złoto ograniczyła się do kwestii polsko-polskiej. I nieważne który z dwóch naszych reprezentantów wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
tolep
tolep
3 miesięcy temu

2 tygodnie po Rio był memoriał Skolimowskiej, gdzie 5 z 6 rzutów Fajdka wystarczyłoby do złota olimpijskiego.

Łukasz
Łukasz
3 miesięcy temu
Odpowiedz  tolep

To była tajemnicza sprawa. Fajdek był kumplem ciężarowców Zielińskich, którzy chwilę wcześniej wylecieli z Igrzysk z hukiem za doping.
Nie jestem w stanie uwierzyć, że taki mistrz pali seryjnie rzuty w eliminacjach.

Aktualności

Kalendarz imprez