Ćwierćwiecze czarnej magii, ćwierćwiecze Russella Couttsa

Ćwierćwiecze czarnej magii, ćwierćwiecze Russella Couttsa

Mija 25 lat od triumfu Czarnej Magii, a dokładnie rzecz ujmując jachtu Black Magic (NZL 32), którego to załoga w spektakularnych okolicznościach wywalczyła Puchar Ameryki – najstarsze trofeum międzynarodowego sportu, najbardziej prestiżowe regaty o Srebrny Dzban, zwany też Świętym Graalem Żeglarstwa. Za sterem nowozelandzkiej jednostki stał mistrz olimpijski z Los Angeles, Russell Coutts. Postać wybitna i tragiczna zarazem.

Wątków olimpijskich pojawi się tutaj znacznie więcej, bo żeglarze-olimpijczycy od dawien dawna realizują się w żeglarstwie zawodowym, a na jego szczycie znajduje się właśnie America’s Cup. Będąc Nowozelandczykiem w połowie lat 90. trudno było sobie jednak wyobrazić cokolwiek ważniejszego niż rugby. Dla nich to religia i po dziś dzień faktycznie nią pozostaje. Te skrajnie odizolowane od świata wyspy mają zresztą wiele powodów do dumy, ale by je lepiej zaprezentować, trzeba tam się pofatygować. A to wcale nie jest łatwe.

Z Europy to kilkadziesiąt godzin lotu. Z Australii jachtem płynie się tam tydzień. Mówią, że to “ostatni przystanek autobusowy przed pingwinami”. Nowa Zelandia to przepiękny i rzeczywisty koniec świata. Miejsce, w które chce się wracać, o którym marzy się choćby po obejrzeniu „Władcy pierścieni”. To tam, w pięknej zieleni i górach kręcono cześć zdjęć do słynnej filmowej sagi. Dla uświadomienia jak zaawansowane jest to „zadupie”, podam kilka odległości dzielących te fantastyczne wyspy od reszty świata:

Australia – 1600 km
Antarktyda – 2400 km
Fidżi – 2131 km
Panama – 12 100 km
San Francisco – 10 940 km

Warszawę od Auckland dzieli dokładnie 17 347,157 km. Na koniec uświadamiania pozostawiam mapę z Wikipedii, która z nieco innej perspektywy pokazuje glob. Przyznacie, że dużo dalej to już się nie da…

Miłość Nowozelandczyków do wody i żeglarstwa można łatwo zrozumieć. W końcu to wyspiarze, kolonia brytyjska, zatem w ich przekonaniu i tradycji faktycznie “navigare necesse est” – żeglarstwo jest koniecznością. Lecz jak to się stało, że Nowozelandczycy wywalczyli Puchar Ameryki? Potrzebowali na to trzech kampanii i ustawienia tego tematu w kategoriach absolutnej “racji stanu”, zaangażowania władz państwa i całego narodu.

Pretekstem stało się przejęcie Starego Dzbana przez Australijczyków w 1983 roku. To wiekopomny moment w długiej historii tej rywalizacji i aby pojąć skalę tego wydarzenia należy Wam się przyspieszony kurs z historii tych niesamowitych regat. Wspominałem już, że to najstarsze wydarzenie sportu międzynarodowego, rozgrywane cyklicznie do dziś (kolejne zawody zaplanowano na przyszły rok). Pierwsze regaty o to trofeum odbyły się 22 sierpnia 1851 roku u wybrzeży Anglii, a dokładnie wokół wyspy Whight (zaraz pewnie ktoś się dogrzebie się informacji, że rozgrywany od 1829 na Tamizie The Boat Race, czyli regaty Oxford – Cambridge są starsze, to jednak wydarzenie lokalne, międzyuczelniane, a nie międzynarodowe).

Puchar został ufundowany przez królową Wiktorię (nazywano go “Pucharem za 100 gwinei” czy też “100 suwerenów”). A produkcję powierzono zaufanemu przedsiębiorstwu Garrard & Co. To jubiler produkujący klejnoty koronne, jak choćby obrączki ślubne Księcia Walii Karola i księżnej Diany. Wizerunek Elżbiety II na brytyjskim bilonie zdobi właśnie diadem wykonany przez tę, działającą od 1735 roku, firmę. Duża sprawa.

Wyścig odbył się z okazji pierwszej Wystawy Światowej w Londynie. Regaty organizował Royal Yacht Squadron. To właśnie wtedy padły wiekopomne słowa „there is no second”. To odpowiedź na pytanie zadane przez królową na wieść, że w wyścigu prowadzi amerykański szkuner America (stąd dzisiejsza nazwa trofeum!). Wybudowana z funduszy Johna Cox Stevensa z Jacht Klubu Nowego Jorku jednostka ta była pierwszą stricte regatową „maszyną”. Podczas przejścia Atlantyku ustanowiła szereg rekordów (np. rekord dobowego przebiegu – 284 mile morskie – co dawało zawrotną wówczas średnią blisko dwunastu węzłów na godzinę). America zdeklasowała czternaście jachtów brytyjskich i rozpoczęła piękną historię trwającą do dziś.

Regaty odbywają się na zasadzie wyzwania rzucanego zwycięzcy. Rzucający wyzwanie (challenger of record) w porozumieniu z defenderem (obrońcą) ustanawiają warunki rywalizacji (do terminu, po konstrukcję jachtów). Przez lata regatami rządził „The Deed of Gift” – dokument określający zasady uczestnictwa i rywalizacji, który do dziś stanowi wytyczną, choć i tak wielokrotnie (by nie powiedzieć, że prawie zawsze) dochodziło do prawnych przepychanek przed sądami.

Pierwszą obronę Pucharu Ameryki zorganizowano w 1870 roku, a od 1882 roku regaty odbywają się w formule match racingu – żeglarskich pojedynków, w których to zwycięzca bierze wszystko. Owym „wszystkim” jednak niepodzielnie przez 132 lata rządził New York Yacht Club z siedzibą na Rhode Island. A jak wiele znaczyło dla Brytyjczyków odzyskanie Starego Dzbana, niech świadczy chociaż 31-letnia batalia sir Thomasa Liptona (tak, tego od herbaty), który wydawał fortunę na kolejne wcielenia jachtu Shamrock, lecz przez pięć kolejnych edycji „koniczyna” (ta się tłumaczy tę nazwę) szczęścia mu nie przyniosła. Przykład sir Liptona i jego pięciu Shamrocków uświadamia jakim zaawansowanym wyścigiem zbrojeń od zawsze była rywalizacja o żeglarskiego Graala. Do dziś są to kosmiczne technologie przyszłości, poligon doświadczalny często wykraczający poza żeglarstwo i zapożyczany choćby w wojskowości.

Dla pobudzenia wyobraźni przypominamy film z 1992 roku – fabularyzowaną opowieść właśnie o tamtych regatach. Gdyby ktoś zechciał sobie obejrzeć/odświeżyć (niepotrzebne skreślić)… zachęcamy z zastrzeżeniem, że w tym filmie naprawdę wiele kwestii kupy się nie trzyma:

Tutaj w zasadzie można trochę skrócić historię i wrócić do momentu kiedy po 132 latach Puchar Ameryki zdobyli Australijczycy. To praktycznie uświadomiło, że twierdza USA stała się naruszalna. Na czele Amerykanów stał Dennis Conner. Miały się pojawić tutaj wątki olimpijskie i proszę, oto pierwszy – Conner to brązowy medalista olimpijski z Montrealu 1976 w klasie Tempest oraz dwukrotny mistrz świata w klasie Star. Akurat olimpijski dorobek Connera przewyższył już gwiazdor polskiego żeglarstwa Mateusz Kusznierewicz, któremu natomiast nie udało się na poważnie zaistnieć na dużych łódkach (czytaj: w zawodowym żeglarstwie załóg wieloosobowych). Conner zyskał przydomek Mr. America’s Cup. To prawdziwa legenda jachtingu. W 1980 roku poprowadził kampanię zakończoną obroną pucharu, potem stracił go, w kolejnej edycji odzyskać.

Po zwycięstwie w 1983 roku w kolejnej edycji rywalizacja przeniosła się do Australii. Jednak ostatecznie z podkulonym ogonem do portu we Fremantle (pod Perth) wracała wtedy ekipa Kookaburra III (o tym właśnie opowiada film “Wiatr”), dowodzona przez Iaina Murraya (w jego przypadku wątek olimpijski ograniczy się do skromnego udziału w igrzyskach w 2008 roku w Pekinie – 14. miejsce; dla żeglarstwa przysłużył się konstruując jedną z najbardziej spektakularnych trzyosobowych 18-stopowych skiffów). Warto obejrzeć sobie poniższy filmik, aby sobie uświadomić jak bardzo można „bawić się” żeglarstwem i jak bardzo bywa ono ekstremalnym sportem.

 

Raz na wodzie, raz pod wozem. W 1987 roku Conner reprezentując San Diego Yacht Club, świętował odzyskanie nie tylko Dzbanka, ale i dobrego imienia. Wtedy pojawiają się tu po raz pierwszy w historii Nowozelandczycy. Długo kazali na siebie czekać, ale jak już się rozgościli to cały czas rozdają karty w żeglarskiej elicie. Za ich pierwszymi kampaniami stał sir Micheal Fay. Po kolejnej obronie ten bajecznie bogaty bankier stojący na czele Royal New Zealand Yacht Squadron zapragnął sprowadzić Graala do Auckland i bezzwłocznie rzucił wyzwanie Amerykanom niemalże równo z momentem uniesienia Starego Dzbanka przez Connera. Do konfrontacji doszło rok później w San Diego. Amerykanie wystawili dwukadłubowy jacht Stars&Stripes. Kiwi zaś żeglowali na ociężałym skiffie, który nie był w stanie nawiązać równej walki. To tylko rozpaliło nowozelandzkie apetyty.

Po 1992 roku Fay odszedł. Tym razem jego ekipa odpadła w przedbiegach, czyli w regatach dla pretendentów – Louis Vuitton Cup, a w finale znaleźli się, co oczywiste, obrońcy pucharu z San Diego i włoska załoga Il Moro de Venezia, prowadzona przez Amerykanina Paula Cayarda. Kibicom żeglarstwa, szczególnie poczynań Mateusza Kusznierewicza, to nazwisko już może mówić naprawdę wiele. To instytucja. Wielokrotny mistrz i medalista mistrzostw świata w klasie Star, który ścigał się na wszystkim, co tylko możliwe, od igrzysk olimpijskich poczynając, łącznie z okołoziemskimi regatami Whitbread i Volvo Ocean Race, a na siedmiu edycjach Pucharu Ameryki (wcale nie) kończąc. W 1992 roku najpierw wygrał mistrzostwa świata w klasie jachtów ówczesnego Pucharu Ameryki, a potem zdominował rywalizację w LVC uzyskując prawo walki bezpośredniej o Stary Dzbanek. W finale jednak nie sprostał Amerykanom i przegrał 1:4.

Powoli zbliżamy się do roku 1995, kiedy to pałeczkę – a tak naprawdę Puchar – przejęli żeglarze z Nowej Zelandii. Za projektem „Black Magic” stał duet Petera Blake’a z wciąż uchodzącym za  młodego Russellem Couttsem (rocznik ‘62; był najmłodszym zdobywcą Pucharu Ameryki w historii; rekord ten odebrał mu potem Australijczyk James Spithill). Długi ten wstęp, ale dotychczasowe opisy i wyjaśnienia miały być podprowadzeniem pod to właśnie, co teraz następuje. Blake był już wtedy znany na całym świecie, związany ściśle z regatami oceanicznymi. Wcześniej wygrał Whitbread – wieloetapówkę dookoła ziemi (1988/1989) na jachcie Steinlager 2, a w 1994 roku zdobył Jules Verne Trophy – nagrodę za najszybszy rejs wokół globu (wraz z sir Robinem Knox-Johnstonem na jachcie Enza New Zealand ustanowili rekord opływając świat pod żaglami w 74 dni, 22 godzin, 17 minut i 22 sekund).

Szczęście Blake’owi miały przynieść czerwone skarpetki podarowane przez żonę Pippę. Skarpety te stały się absolutnym hitem, symbolem Nowej Zelandii noszonym przez 100 tysięcy rodaków. Ich sprzedaż za kilka dolarów, jako cegiełek, była jedną z pierwszych i najbardziej spektakularnych akcji crowdfundingowych. Po raz pierwszy kampania żeglarska stała się wydarzeniem narodowym.  Każdy szanujący się obywatel nosił czerwone skarpety na znak poparcia. Kiwi oszaleli na punkcie żeglarstwa. Zbudowali silny sponsoring tzw. big five – z pięcioma pokaźnymi logotypami na grocie (żaglu głównym), co było ewenementem w tamtych czasach. Wcześniej bowiem raczej budowa syndykatów wynikała z fanaberii milionerów. Prawą ręką Blake’a miał być Coutts, który dzierżył stery na jachtach NZL38 i NZL32. Ta druga jednostka, była skrywana w tajemnicy do ostatniej chwili, a zademonstrowana i wprowadzona do regat dopiero w półfinałach regat pretendentów – Louis Vuitton Cup. Blake, a tak naprawdę sternik i skipper „Black Magic” Coutts, upokorzył Dennisa Connera na jego akwenie w San Diego, wymierzając mu w finale pięć plaskaczy i wygrywając każdy wyścig ze znaczną przewagą. Kiedy na mecie piątego wyścigu „Black Magic” przesądzała o zwycięstwie nowozelandzkiej ekipy, kultowy komentator Pete Montgomery wykrzyczał sławetne zdanie:

„The America’s Cup is now New Zealand’s cup!”,

czyli: “Puchar Ameryki jest teraz Pucharem Nowej Zelandii”.

Nowa Zelandia była w niebie. To, co działo się na ulicach miast, przechodzi ludzkie pojęcie. Przejazd pickupów-toyot z bohaterami ostatniej akcji oglądało na żywo ćwierć miliona ludzi. Rugby spadło w rankingu sympatii daleko za żeglarstwo, a Petera Blake‘a stawiano na równi z wielkimi eksportowymi nazwiskami – pierwszym zdobywcą Everestu Edmundem Hillarym, genialnym rugbystą Collinem Meadsem oraz trzykrotnym mistrzem olimpijskim z Rzymu 1960 i Tokio 1964 Peterem Snellem.

Dostrzegano w tym wszystkim oczywiście rolę Couttsa. W 1984 roku, w wieku 22 lat wywalczył złoto olimpijskie w Los Angeles. To było coś. Uważano go za złote dziecko żeglarstwa, wielki talent. Wcześniej został mistrzem świata ISAF. To prestiżowe miano można zdobyć startując w młodzieżowym czempionacie, urządzanym przez Międzynarodową Federację Żeglarską (kiedyś ISAF, dziś World Sailing). Tu warto wspomnieć, że czterokrotnie ten tytuł zdobywała Zofia Klepacka, ale trudno silić się na jakiekolwiek porównanie. Po Los Angeles kariera Couttsa zaczęła nabierać tempa. Został mistrzem świata w match racingu (’92, ’93, ‘96), a więc w formule, w jakiej rozgrywany jest Puchar Ameryki. Dziś niestety ranga tych regat nieco zmalała, ale w latach 80. i 90. stanowiły one wyznacznik jakości i możliwości oraz torowały prostą drogę do jednego z syndykatów.

Na kolejną edycję America’s Cup czekano aż pięć lat. Nowozelandczycy bronili tytułu u wybrzeży Auckland, na Zatoce Hauraki. Zwrotu akcji nie było. Znów zabłysnęli Włosi, którzy z nowym sponsorem Pradą i Francesco de Angelisem za sterem 5:4 wygrali z America One (sternik Cayard) w finale LVC. Wywalczyli tym samym miano oficjalnego challengera, zyskując prawo zmierzenia się się z Couttsem i spółką o najcenniejsze żeglarskie trofeum. W tych przymiarkach Włosi wypadli blado, zostając daleko w tyle w każdym z pięciu wyścigów. Co ciekawe, taktykiem De Angelisa był wybitny brazylijski żeglarz, multimedalista olimpijski Torben Grael (2x złoto – Atlanta ’96 i Ateny ’04 na Starze, srebro – Los Angeles ’84 na Solingu oraz dwa brązowe krążki – Seul ’88 i Sydney ’00). To jedna z największych gwiazd żeglarstwa olimpijskiego. Po raz pierwszy w historii inny syndykat niż amerykański zdołał obronić Puchar Ameryki.

Robiło się ciekawie, bo to oznaczało, że bazy poszczególnych ekip – starych i nowych, pozostają w Auckland, co miało wpłynąć korzystnie na obniżenie bajońskich kosztów związanych z zaprojektowaniem i budową jachtów, utrzymaniem załogi, treningów… Wtedy jednak stało się coś, co w Nowej Zelandii nie mieściło się w głowie.

Wśród syndykatów pojawił się Alinghi należący do szwajcarskiego ekscentryka z branży farmaceutycznej, Ernesto Bertarelliego. To jeszcze niewiele oznaczało. Co oczywiste Szwajcaria nie leży nad morzem, więc teoretycznie nie mogła wystawić swojego kandydata do regat pretendentów. Bertarelli z niebotycznym budżetem nie planował jednak odpuszczać z tak błahego powodu. Powołał więc do działania nadmorską placówkę Société Nautique de Genève z siedzibą w Walencji, zorganizował morskie regaty i nabrał statusu pretendenta. Brak doświadczenia morskiego? No problemo. Wynajął bowiem… Russella Couttsa, który pociągnął za sobą żeglarzy z kilku kluczowych pozycji, w tym genialnego taktyka Brada Butterwortha. Zwycięstwo w LVC, a potem rozgromienie Nowozelandczyków 5:0 wyglądało jak igraszka. Gospodarze byli bezbronni i wściekli, co spotęgował fakt, że w jednym z wyścigów czarny jacht omal nie zatonął. Do nieformalnego symbolu kraju Kiwi – czarnej flagi z liściem srebrnej paproci – dodano wtedy napis “Loyal”, co było wyrazem obrazy majestatu, wielkiego zawodu jaki sprawił Coutts swoim kibicom. W całą kampanię Loyal wprzęgnięto dodatkowo nowozelandzki przebój Dave’a Dobbyna o tym tytule:

To jednak nic nie dało. „Szwajcarzy” byli po prostu lepsi i szybsi. Prócz Nowozelandczyków owych „Helwetów” stanowili przedstawiciele takich krajów jak: Niemcy, USA, Kanada, Holandia, Francja, Włochy, Hiszpania, Amerykańskie Wyspy Dziewicze, Portugalia, Turcja, Irlandia, Szkocja, Walia, Belgia, RPA, Australia, Urugwaj, Argentyna, Dania, Ekwador i Szwajcaria, a właściwie jeden Szwajcar – Bertarelii. Tym samym upadła pewna świętość. Okazało się jednak, że brak lojalności ma krótkie nogi. Alinghi zwolniło Couttsa i momentalnie wprowadziło zapis w zasadach kolejnej kampanii, że w jej trakcie nie można zmieniać barw. Couttsowi podcięło to nieco skrzydła i uniemożliwiło przedostanie się choćby do All-Blacks (o ile ci w ogóle by go chcieli), by utrzeć nosa Bertarelliemu. Aby nie sczeznąć na bezrobociu Coutts w 2005 roku (wraz ze słoweńskim konstruktorem Andrejem Justinem) wymyślił klasę RC44, która miała być odpowiednikiem Pucharu Ameryki „dla ubogich”. Jeśli dobrze sięgnięcie pamięcią, przypomnicie sobie, że w tej klasie mieliśmy również polski akcent – Team Organika, przemianowany później na MAG Racing.

Pod nieobecność Couttsa Butterworth uzbroił się w prawdziwe armaty. Zatrudnił do załogi kilku wymiataczy, którym przewodził legendarny NRD-owski, a potem niemiecki multimedalista olimpijski Jochen Schümann (Montreal 1976 złoto w Finnie, potem przesiadł się na trzyosobowego Solinga i triumfował w Seulu 1988 oraz Atlancie 1996, a karierę olimpijską zakończył srebrem w Sydney 2000). Wspomniane armaty to prawdziwa elita – Peter Holmberg (srebro na Finnie w Seulu ’88 – jedyny medalista olimpijski w barwach Amerykańskich Wysp Dziewiczych), Ed Baird, Juan Vila, Jordi Calafat, Warwick Fleury, Simon Daubney i Murray Jones. Nie rozpisujemy się o każdym z nich, ale uwierzcie nie jest go gang Olsena. Dość powiedzieć, że zdołali obronić w Walencji America’s Cup, a po drodze w półfinale LVC pokonali 5:2 Desafio Espanol z Karolem Jabłońskim za sterem (Polak miał wysokie notowania po występie na czele hiszpańskiej załogi).

Wyzwanie Szwajcarom rzucili Hiszpanie. Jabłoński zacierał ręce, bo miał wizję pracy na kolejne lata (choć kusili go również Niemcy). Jednak Desafio przegrało przed sądem i zaszczytne miano „challenger of record” przejął Golden Gate Yacht Club, za którym stał inny ekscentryk z jeszcze większym kapitałem niż Bertarelli. Mowa o Larrym Ellisonie – właścicielu m.in. Oracle Corporation oraz turnieju tenisowego Indian Wells. Jego majątek szacowany jest na ponad 50 miliardów dolarów, wśród nieruchomości należących do niego znajduje się 98% hawajskiej wyspy Lānaʻi.

Do pojedynku doszło w lutym 2010 u wybrzeży Walencji. Alinghi i BMW Oracle Racing wystawiły wielokadłubowce, Alingi 90-stopowy katamaran, Amerykanie zaś równie długi trimaran ze specjalnym skrzydłem zamiast żagla. Po raz pierwszy w Pucharze Ameryki pojawiła się taka technologia, która dominuje do dziś, bo w każdej z kolejnych edycji właśnie takie rozwiązanie znajdowało zastosowanie. Dodano jeszcze foile, czyli hydroskrzydła wynoszące jachty ponad wodę, co sprawia wrażenie, jakby te faktycznie latały. Odbyły się wtedy dwa wyścigi, oba wygrali pracownicy Ellisona, który tym samym spełnił swoje marzenie i sprowadził Graala do San Francisco, gdzie odbyły się kolejne dwie edycje Pucharu Ameryki. Pod Golden Gate za pierwszym razem Amerykanie fenomenalnie obronili się przed Nowozelandczykami. Dean Barker doprowadził All-Blacks do wyniku 8:1, a przegrał 8:9. To jeden z najwspanialszych „powrotów” w światowym sporcie. Cztery lata później Nowa Zelandia przechytrzyła już wszystkich, używając choćby kolarzy, którzy pedałując na specjalnych systemach zasilali hydraulikę wspomagającą trymowanie żagli.

Sir Russell Coutts (tak, dorobił się tytułu szlacheckiego) co prawda już nie żeglował, ale był CEO, czyli vice capo di tutti capi. Rządził syndykatem z tylnego siedzenia. To zdecydowanie jego ćwierćwiecze i choć w przyszłym roku nie będzie pretendował o szósty triumf w Pucharze Ameryki, wciąż jest obecny w tym światku. Teraz organizuje bijące rekordy popularności SailGP na przerobionych nieco katamaranach z ostatniej edycji America’s Cup. Tym razem jest lojalny wobec Ellisona. Zobaczymy jak długo.

DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Wikipedia, Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez