Cwetana Pironkowa. Trzy lata bez meczu, a po nich… ćwierćfinał US Open

Cwetana Pironkowa. Trzy lata bez meczu, a po nich… ćwierćfinał US Open

Cwetana Pironkowa nigdy nie była wielką gwiazdą tenisa. Jej najlepsze miejsce w rankingu WTA? 31. Wygrane turnieje? Jeden, w Sydney. Ćwierćfinały imprez wielkoszlemowych przed tym sezonem? Trzy, z czego raz awansowała o rundę dalej. Przez lata co prawda udowadniała, że potrafi od czasu do czasu wygrywać z najlepszymi zawodniczkami, a jej grę oglądało się całkiem przyjemnie, ale… to byłoby na tyle.

Dlatego jej wyniki z trwającego US Open budzą zdumienie. Pironkowa jest w ćwierćfinale, w którym zagra dziś z Sereną Williams. Po drodze pokonała już dwie rozstawione zawodniczki. A to wszystko po ponad trzyletniej przerwie od tenisa, w trakcie której nie rozegrała ani jednego meczu, choćby w towarzyskim turnieju. Ostatni raz prezentowała się na korcie na Wimbledonie w 2017 roku. Potem doznała urazu, urodziła dziecko, otworzyła własny biznes i przez jakiś czas zupełnie nie myślała o tym, by wrócić do rywalizacji.

W końcu to jednak zrobiła. I dziś, w wieku niespełna 33 lat, stanie przed jednym z najważniejszych meczów w swojej karierze.

Wyskoki

Pochodzi ze sportowej rodziny. Jej ojciec był kajakarzem, matka pływała, była mistrzynią Bałkanów i rywalizowała na poziomie międzynarodowym. Tenis pokazał jej ojciec, gdy miała cztery lata. A potem jakoś poszło. – Zaczęłam grać w turniejach w wieku sześciu lat. Grałam głównie w miejscowym klubie i w hotelu Novotel w rodzinnym mieście – wspominała swoje początki. Jej tata od samego początku był też jej trenerem, prowadził zresztą również kilka innych osób. Choć sam nigdy nie grał, to uwielbiał tenis i znał się na tym sporcie, więc wychodziło mu to całkiem nieźle.

Młoda Cwetana przez chwilę grała w juniorskim cyklu, szybko jednak przerzuciła się na rozgrywki seniorskie. Najpierw występowała w małych turniejach rangi ITF, aż w końcu – w wieku 17 lat – zaliczyła swój debiut w imprezie rangi WTA rozgrywanej w Stambule. I już wtedy zaliczyła swój pierwszy wyskok – po przejściu kwalifikacji dotarła aż do półfinału, gdzie ostatecznie przegrała z Venus Williams.

Piszemy „wyskok”, bo cała jej późniejsza kariera mniej więcej tak wyglądała. Na dłuższy czas znikała z radaru, przegrywała w pierwszych rundach, często z tenisistkami mniej utalentowanymi od niej, by potem nagle zaliczyć znakomity turniej i ograć faworyzowane rywalki. Często w meczach z nią cierpiała wspomniana Venus. Już w trakcie Australian Open 2006 musiała uznać wyższość nastoletniej Pironkowej, która zszokowała wówczas świat. Starsza z sióstr Williams była wtedy aktualną mistrzynią Wimbledonu i zawodniczką rozstawioną z numerem 10. Nikt nie spodziewał się, że młoda Bułgarka ją pokona.

Zresztą pierwszego seta Cwetana przegrała, 2:6. Dopiero potem się ocknęła, podniosła poziom swojej gry i wygrała drugą partię do zera. W trzecim obie długo nie mogły znaleźć na siebie sposobu. W końcu udało się Bułgarce – wygrała 9:7. – To zdarza się najlepszym z nas. Zagrałam dziś mnóstwo [dokładnie 65! – przyp. red.] niewymuszonych błędów. Trudno było mi utrzymać piłkę w korcie. Ona to wykorzystała. Nie potrafiłam poukładać swojej gry. Nie wiem, co się stało, jestem bardzo rozczarowana – mówiła Venus. A Pironkowa wręcz szalała ze szczęścia. Pokonała wtedy nie tylko wielką mistrzynię, ale też… jedną ze swoich idolek.

Można było spodziewać się, że to start do naprawdę wielkiej kariery. Tyle że było zupełnie inaczej. Przez kolejnych kilka lat o Bułgarce raczej niewiele można było napisać, bo większość czasu spędzała gdzieś poniżej 50. miejsca w rankingu WTA, czasem wypadając nawet poza setkę. I gdy już większość osób zdążyła zapomnieć o tym, że Pironkowa jawiła się kiedyś jako wielki talent, ta zanotowała kolejny wyskok – na Wimbledonie.

Przed turniejem w 2010 roku miała w Londynie bilans 1-4. Nie potrafiła przygotować się odpowiednio do gry na trawie. Głównie przez to, że – jak sama powiedziała – w Bułgarii po prostu… nie mieli żadnego trawiastego kortu. Trenowała więc na sztucznej nawierzchni, ale, choć trochę podobna, to jednak gra się na niej inaczej. Nie dziwiło więc, że nie radziła sobie w Anglii najlepiej. Dekadę temu jednak wszystko odpowiednio się ułożyło. Pironkowa rozegrała znakomity turniej, do którego przystępowała jako 82. zawodniczka na świecie. Nigdy wcześniej nie przeszła nawet drugiej rundy turnieju wielkoszlemowego. Aż nagle dotarła do półfinału, po drodze eliminując między innymi… Venus Williams.

W półfinale z Wierą Zwonariową wszystko działo się tak niespodziewanie i szybko. Miałam swoje szanse, żeby wygrać ten mecz, ale coś wewnątrz mnie nie było tego tak pewne. Kiedy wyobrażałam sobie awans do finału, myślałam też: „Hola, poczekaj, finał Wimbledonu? O tym marzyłam, od kiedy byłam małą dziewczynką”. To byłoby spełnienie marzeń – mówiła. Ale do tego spełnienia nie doszło. Zwonariowa okazała się lepsza. Nie zmienia to jednak faktu, że ten turniej, jak miało się potem okazać, jest do dziś największym sukcesem w karierze Cwetany. Do półfinału wielkiego szlema nie doszła już nigdy.

Trzykrotnie za to osiągała jeszcze ćwierćfinały. Pierwszy raz rok później na Wimbledonie (po drodze rewanżując się Zwonariowej i eliminując… Venus Williams), gdzie uległa dopiero w meczu z Petrą Kvitovą, późniejszą mistrzynią. Drugi – na Roland Garros 2016, kiedy w dramatycznym, przerywanym deszczem meczu, pokonała Agnieszkę Radwańską w IV rundzie. No i trzeci teraz, na US Open 2020. Ponad dziesięć lat, tylko cztery takie wyskoki. Każdy z jakiegoś powodu naprawdę wart zapamiętania.

Po drodze był jednak jeszcze jeden – w Sydney w 2014 roku. Do turnieju weszła wtedy jako kwalifikantka. W rankingu WTA była 107. W dodatku na twardych kortach raczej nigdy nie prezentowała się przesadnie dobrze. Ale wtedy było inaczej. Przez cały turniej nie straciła seta, po drodze pokonała Petrę Kvitovą i Angelique Kerber. Do dziś to jej jedyny tytuł rangi WTA. Zresztą wiele osób jak przez mgłę pamięta, że Pironkowa w ogóle go ma. W historii tenisa raczej zapisała się jako niesamowicie niewygodna rywalka dla zawodniczek z topu. Sama nigdy nie była nawet w najlepszej „30”, a dwunastokrotnie pokonywała tenisistki sklasyfikowane w czołowej „10”. Ponad dwadzieścia razy te z najlepszej „20”.

Gdy się o tym pomyśli, nieco mniej dziwi to, co osiąga na tegorocznym US Open. Choć to i tak niesamowita sprawa. Bo trzeba spojrzeć na całą jej drogę.

Z dala od kortu

Zaczęło się po Wimbledonie w 2017 roku. Już na nim tak naprawdę miała problemy, ale próbowała grać, bo to właśnie tam od przełamania w 2010 roku zawsze grało jej się najlepiej. Trzy lata temu była jednak w stanie awansować tylko do drugiej rundy. A potem musiała odpuścić sobie US Open z powodu kontuzji ramienia, przerywając serię 47 występów w wielkoszlemowych turniejach z rzędu. Po urazie nie wróciła jednak do gry, bo zaszła w ciążę. Po cichu zniknęła z zawodowych kortów, mało kto zresztą to zniknięcie odnotował, szczególnie że nigdy oficjalnie nie ogłosiła zakończenia kariery.

Syna Alexandra urodziła w kwietniu 2018 roku. W międzyczasie stworzyła też swoją własną linię sportowych ubrań, rozwijała biznes. – Było wspaniale, muszę to powiedzieć. Czułam się znakomicie jako mama na pełny etat – mówiła. Na kort w tym czasie nie wychodziła, tenis jej nie pociągał. Momentami nawet nie śledziła wyników, co otwarcie przyznała. Po prostu potrzebowała odpoczynku od tego świata.

Wielkie szlemy oglądałam zawsze. Ale naprawdę wzięłam sobie wtedy czas wolny od tenisa we wszystkich aspektach. Były chwile, gdy zupełnie nie śledziłam turniejów, tylko kilka największych. Przez te dwa lata musiałam się zdystansować – mówiła. – Przez jakiś okres zupełnie nie wyobrażałam sobie możliwości powrotu do touru. Byłam szczęśliwa, cieszyłam się chwilą. Chciałam przeżyć ten nowy, ekscytujący czas w moim życiu, gdy zostałam mamą.

Bułgarka wspominało, że macierzyństwo zupełnie odmieniło jej listę priorytetów. Dziecko i rodzina znalazły się na jej szczycie. Właściwie zmieniło się wszystko w postrzeganiu przez nią świata. Kiedy od czasu do czasu jakiś dziennikarz dzwonił do niej i pytał, czy planuje powrót, zawsze odpowiadała, że nie ma pojęcia. Bo faktycznie tak było, zupełnie o tym nie myślała. Pod koniec ubiegłego roku w rozmowie z portalem topsport.bg mówiła:

Czy wrócę do tenisa na wysokim poziomie? Nie wiem. Nie jestem w dobrej formie fizycznej. Mam własną markę ubrań, rozwijam ją z mężem. Jeśli gram, to dla zabawy, bo zajmuję się synem i nie mam czasu na treningi. Wciąż jednak nie zdecydowałam, czy to już koniec. – Dodawała też, że rywalizacji zupełnie jej nie brakowało. O ile wcześniej była ona dla niej istotna, o tyle nagle zorientowała się, że nie potrzebuje jej do szczęścia.

W końcu jednak poczuła, że mogłaby jeszcze spróbować.

Tęsknota

Może czułam się aż nazbyt komfortowo? – pytała samą siebie, choć rozmawiała z dziennikarzami. Nie wiedziała. W każdym razie postanowiła podjąć wyzwanie. Po dobrze ponad dwóch latach bez gry oficjalnie ogłosiła, że planuje powrót na kort. – Czasem trzeba się do czegoś zmobilizować, popchnąć samą siebie. Trzeba podejmować wyzwania, żeby się rozwijać. Jestem przyzwyczajona do robienia tego przez całe swoje życie. Przez pewien czas byłam niesamowicie szczęśliwa i czułam się komfortowo, spędzając czas wyłącznie z synem w domu. W końcu jednak poczułam, że chcę podjąć to wyzwanie.

Dziennikarze i fani byli ciekawi, na jakim poziomie jest w stanie grać. Choć i tak najciekawsza była tego pewnie ona sama. Wprost przyznawała, że nie ma pojęcia, co z tego będzie. Trenowała intensywnie przez kilka miesięcy, zaczęła w styczniu. Rodzina ją wspierała. W jej sztabie trenerskim zasiada starszy o cztery lata brat. Mąż – by mogła zrealizować swoje plany – przejął na siebie dodatkową część domowych (i zawodowych) obowiązków. Cwetana czuła to wsparcie i to też jej pomagało. Kilkukrotnie dziękowała im wszystko za to, że byli dla niej i z nią w czasie tego powrotu do gry.

W nim pomógł jej bardzo chroniony ranking. Kilka lat temu – przy okazji ciąży Sereny Williams – rozgorzała dyskusja o tym, czy zawodniczki zachodzące w ciążę powinny mieć „zamrażany” ranking, by móc wrócić na takim miejscu, jakie miały w chwili, gdy wycofywały się z rywalizacji z uwagi na ciążę i późniejszy poród. WTA ustaliło ostatecznie, że tak będzie. Dziś ranking ten jest ważny przez trzy lata, można się za jego sprawą zgłosić do dwunastu turniejów, z czego dwóch wielkoszlemowych. Cwetana w chwili zamrożenia swojej pozycji była 123. na świecie. Nie jest to miejsce wysokie, ale daje całkiem niezłe możliwości na start. Problem w tym, że zbliżał się koniec „okresu ważności” tej opcji. Więc to też ją zmotywowało.

W pewnym momencie pomyślałam sobie: „Nie chcę zmarnować tej szansy, zaczynam trenować, zrobię wszystko, co mogę, żeby wrócić”. Wiedziałam, że to będzie już coś innego. Wiedziałam, że będę się tym cieszyć, bo tenis to przede wszystkim interesująca, ekscytująca i świetna gra, z której możesz mieć mnóstwo radości. Staram się ją z niej czerpać – opowiadała.

Swój powrót ogłosiła 14 marca. Kilka dni później światowy tenis stanął z powodu pandemii. Nie wybrała więc sobie najlepszego momentu, ale to jej nie zniechęciło. Z czasem okazało się, że wyszło jej to nawet… na dobre. – Miałam wątpliwości, gdy okazało się, że pandemia nie pozwala grać. Ostatecznie jednak pozwoliło mi to więcej potrenować i lepiej się przygotować. Miałam na to więcej czasu, jakieś pięć dodatkowych miesięcy. Byłam naprawdę ciekawa, jaki jest mój poziom. Byłam też ciekawa, czy przygotowania idą dobrze i czy mogę osiągnąć niezłe wyniki. Przede wszystkim chciałam jednak zobaczyć, czy wciąż mam odpowiednie umiejętności – mówiła.

W końcu więc wróciła do gry. Przyjechała na US Open, dostała się do drabinki głównej – kolejny efekt pandemii, w normalnych czasach pewnie przedzierałaby się przez kwalifikacje – i wystartowała w turnieju. Szybko okazało się, że umiejętności zupełnie jej nie ubyło.

Powrót

Zaczęła od stosunkowo łatwego meczu. Z Ludmiłą Samsonową uporała się jednak i tak zaskakująco szybko. Wyglądało to tak, jakby jej przerwy w ogóle nie było. Rywalce oddała ledwie pięć gemów, a jej grę oglądało się naprawdę dobrze. – Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego. To dla mnie zaskoczenie. Myślałam, że będę bardziej nerwowa, ale byłam spokojna przez całe spotkanie. To dla mnie sukces. Zagrałam pierwszy mecz od trzech lat i moja gra wyglądała dobrze. Jestem szczęśliwa ze sposobu, w jaki grałam – mówiła.

Dodawała, że dawniej każdy mecz traktowała niemal w kategoriach walki o życie. Teraz wygląda to już inaczej. Tenis stał się dla niej bowiem dodatkiem do innych dziedzin życia, nie celem samym w sobie. W Nowym Jorku najtrudniej jest jej uporać się nie z tym, co na korcie, a z tęsknotą za rodziną – mąż z synem zostali bowiem w Bułgarii z powodu obostrzeń związanych z koronawirusem. Ale codziennie się z nimi kontaktuje, wie, że jej synek ogląda niektóre z jej meczów. Swoją drogą rodzina Cwetany jej wynikami jest znacznie mniej zaskoczona niż ona sama.

W Stanach ma zresztą jej część – brata. Tego, który jest też jej trenerem i sparingpartnerem. – Mam z nim wspaniałą relację. To z nim gram w tenisa najwięcej, doskonale mnie zna – nie tylko prywatnie, ale i profesjonalnie. Jest dla mnie wielkim wsparciem. To bardzo spokojna osoba, tak jak i ja. Bardzo siebie przypominamy i dobrze się rozumiemy – mówiła. Wychodzi, że ich współpraca daje naprawdę dobre efekty, bo na jednym zwycięstwie Bułgarka się nie zatrzymała. A już w drugiej rundzie sprawiła sensację.

Na jej drodze stanęła wtedy Garbine Muguruza, była mistrzyni wielkoszlemowa, finalistka Australian Open z początku tego roku. Do tego zawodniczka, której w teorii powinny pasować nowojorskie korty, szybsze niż w latach ubiegłych. A Cwetana ograła ją w dwóch setach – 7:5 6:3. – Na początku było trudno. Nawierzchnia naprawdę jest szybka, trzeba się do niej przyzwyczaić. Myślę, że wyszło mi to nieźle. Bardzo się cieszę, że gram dalej i mogę rywalizować z takimi zawodniczkami. Moje wyniki mnie cieszą, bo pokazują, że idę w dobrym kierunku. Inna sprawa, że zawsze wiedziałam, że mam w sobie takie możliwości. Byłam w tourze przez niemal 15 lat, często grałam z najlepszymi, zdarzało mi się wygrywać. Ta wygrana jednak dużo dla mnie znaczy – mówiła Bułgarka po tym spotkaniu.

A dalej było… tylko lepiej. W kolejnej rundzie Cwetana ograła Donnę Vekić – kolejną rozstawioną tenisistkę – a potem uporała się też z Alize Cornet. Dziennikarzom mówiła, że pomaga jej zmiana nastawienia, to, że nauczyła się cieszyć tenisem, a nie traktować go jak sprawę życia i śmierci. Dzięki temu gra na większym luzie i nie przeszkadza jej nawet to, że fizycznie nie jest już tak doskonale przygotowana, jak kiedyś – wiek robi swoje, jej ciało wolniej się regeneruje. Ale w czwartej rundzie, gdy grała z Cornet, wytrzymała na korcie iście maratońskie spotkanie, trwające  2 godziny i 49 minut. Więc nie można napisać, że jest z tym źle. Podobnie jak nie można napisać, że Pironkowej poszczęściło się w losowaniu.

– Czasem w wielkim szlemie bywa tak, że fajnie ułoży ci się droga do dalszych rund. Tak miał na przykład Hubert Hurkacz, który mógł wykorzystać losowanie i wejść do IV rundy pokonując tylko rywali z dalszych miejsc. Pironkowa tak jednak nie miała. W drugiej rundzie trafiła na Garbine Muguruzę, czyli dziewczynę, której ambicje sięgały pewnie nawet finału. Potem była Donna Vekić, też będącą w stanie dojść daleko. Na końcu Alize Cornet, groźna rywalka, choć już nie z tej szerokiej czołówki. Więc duże brawa dla Pironkowej, bo ta jej obecność w ćwierćfinale nie wynika z tego, że trafiła na słabsze zawodniczki, a wręcz przeciwnie – pokonywała naprawdę uznane tenisistki – mówi Maciej Łuczak, dziennikarz i komentator TVP Sport.

Powrót Pironkowej jest sensacyjny. Owszem, to nie pierwsza taka historia w tenisie. W przeszłości po ponad dwóch latach przerwy wróciła do touru Kim Clijsters i już w trzecim rozegranym turnieju dodała kolejny tytuł wielkoszlemowy do kolekcji. Tyle że Kim była uznaną mistrzynią już wcześniej. Pironkowa nie. Ten ćwierćfinał, jak na jej warunki, to wielkie osiągnięcie. Nie sposób tego nie docenić. Choć niektórzy sugerują, że to nie tyle dowód na możliwości Bułgarki, a wręcz przeciwnie – słabość kobiecego tenisa.

– Taka opinia trochę do mnie trafia. Z jednej strony, oczywiście, trzeba docenić to co Pironkowa już zrobiła i co robi nadal. Z drugiej jednak, jeśli zawodniczka, która nigdy nie była w czołówce i nie rozdawała kart w kobiecym tenisie, a dla przeciętnego fana może być nawet nieco anonimowa, nagle robi taki wynik, to może to świadczyć nie najlepiej właśnie o tym poziomie. Niczego nie chcę Bułgarce ujmować, ale jeśli ona po trzyletniej przerwie ogrywa rywalki z czołówki, to dla Vekić czy Muguruzy powinien to być pewien znak zapytania – twierdzi Łuczak.

Pewne wytłumaczenie tej doskonałej formy Pironkowej znaleźć można w nawierzchni. Cwetana zawsze najlepiej czuła się na szybkich kortach. Tegoroczne w Nowym Jorku takie są. Jej styl gry po prostu do nich pasuje, o czym sama mówi. Do tego zawodniczki takie jak Muguruza czy Vekić mogą mieć problemy w odnalezieniu się w meczach z nią. Bo Bułgarka zawsze grała niestandardowo. Mieszała długość i rytm uderzeń, z forehandu odgrywała płasko, często slajsami.

Do tego dokładała dobry serwis i ofensywne nastawienie. Jak sama stwierdziła „nigdy nie lubiła długich wymian”, bo te po prostu ją nudziły. Więc starała się kończyć akcje szybko już od dziecka. W jej grze trudno wskazać jedną mocną stronę, bo we wszystkim jest po prostu solidna. W niektórych elementach bardziej, w innych mniej, ale ogółem daje to obraz zawodniczki zdolnej odnaleźć się w rywalizacji z niemal każdą przeciwniczką w tourze.

No właśnie, niemal.

W ćwierćfinale Pironkowa zagra (dziś o 18) z Sereną Williams. O ile Venus, starszą z sióstr, pokonywała regularnie, o tyle młodszej nie ograła nigdy. A mierzyły się czterokrotnie. Gdyby przełamała tę złą passę, o jej turnieju i możliwościach zacząłby mówić cały świat. Ale ona sama wie, że będzie jej niesamowicie trudno. – Serena to wielka mistrzyni. Honorem jest móc zagrać przeciwko niej. To legenda. Jest niesamowicie mocna mentalnie, ma wszystko, czego potrzeba. To będzie trudny mecz. Williams nie jest jednak w najlepszej formie. Ale, naturalnie, to ona będzie faworytką tego spotkania.

– Nie można skreślać nikogo przed meczem, ale nie daję dużych szans Pironkowej – mówi Łuczak. – Myślę też, że jej styl gry nie do końca może zagrozić Williams. Oglądając poprzednie turnieje, nie byłem przekonany do formy Sereny. Ale jednak przechodzi, choć nie w jakimś brawurowym stylu, kolejne fazy. Marię Sakkari w poprzedniej rundzie ograła w trzech setach, ale w miarę kontrolowała sytuację w ostatniej partii. Niesympatycznie byłoby skreślać Bułgarkę już na starcie, ale też trudno mi znaleźć czysto tenisowe argumenty za tym, że akurat ona wygra z Williams. Raczej nie będzie w stanie wywrzeć na Serenie takiej presji, jak to zdarzało się na przykład w ostatnich finałach US Open czy to Naomi Osace, czy Biance Andreescu. Ale z ćwierćfinału Cwetana i tak powinna być niesamowicie zadowolona.

I pewnie będzie. Bo nie ma powodu, by nie cieszyć się z takiego rezultatu. Pokazała sobie i innym, że może wciąż się liczyć, nawet po tak długiej przerwie. Pewnie na mączce – w późniejszej części sezonu – nie będzie z tym już tak dobrze, ale kto wie, może Pironkowa na stałe zadomowi się w dalszych fazach turniejów? Nikt nie powiedział, że to niemożliwe. Z pewnością ciekawie byłoby to oglądać.

Tym bardziej, że jest w tym jej powrocie jeszcze jeden aspekt, który warto poruszyć – rodzicielski.

Mamy z rakietami

Jeszcze kilka lat temu tak naprawdę mało która tenisistka myślała o tym, by po ciąży wrócić do rywalizacji w tourze. Mówiło się, że tylko wybitne jednostki mogą dalej grać na tym samym poziomie. Że ciąża to dla zawodniczki raczej koniec kariery. Równocześnie więc część tenisistek rywalizację kończyła szybciej – gdzieś w okolicach trzydziestki – by móc sobie pozwolić na założenie rodziny jeszcze w stosunkowo młodym wieku. Oczywiście, wpływ na takie decyzje miało też pewnie swego rodzaju wypalenie, bo mówimy o pokoleniu, które grać zaczynało często nawet jako czternasto- czy piętnastolatki. Ale rodzina była ważnym czynnikiem.

Nie dziwi więc, że na przestrzeni lat tylko trzy tenisistki w historii ery Open (od 1968 roku) wygrywały turnieje wielkoszlemowe po powrocie z urlopu macierzyńskiego: Margaret Court, Evonne Goolagong i, jako jedyna w XXI wieku, Kim Clijsters. Serena Williams po ciąży zdążyła już kilkukrotnie zagościć w finałach, ale jeszcze żadnego z nich nie wygrała. Wiktoria Azarenka długo szukała formy, odnalazła ją tuż przed trwającym US Open i wygrała rywalizację w Western & Southern Open. Cwetana Pironkowa po powrocie gra, jak już ustaliliśmy, jeden z turniejów jej życia. Może będzie to jej kolejny pojedynczy wyskok, może tym razem utrzyma formę na dłuższym dystansie. Nieważne.

Istotne są liczby: na starcie tegorocznego US Open stanęło dziewięć zawodniczek, które już są matkami. Wspomniana wyżej trójka, a do tego: Kim Clijsters, Wiera Zwonariowa (awansowała też do finału debla), Tatjana Maria, Kateryna Bondarenko, Patricia Maria Tig i Olga Goworcowa. W ćwierćfinale – w dodatku po jednej stronie drabinki – zagościły trzy wymienione w poprzednim akapicie. To oznacza, że co najmniej jedna z nich zagra w półfinale. A to daje 50 procent szans na finał z udziałem tenisistki-matki.

Imponujące, prawda? Te kobiety, które są w stanie spełniać swoje marzenia i równocześnie balansować tym wszystkim tak, by realizować się też w macierzyństwie – one wszystkie są dla mnie bohaterkami. Mam nadzieję, że to będzie kontynuowane, że inne kobiety będą się inspirować tym, by robić to, co kochają i wciąż móc przy tym realizować się na innych polach – mówiła Wiktoria Azarenka.

Matkom pomagają, wspomniane już wcześniej, nowe zasady. Owszem, dla tych zawodniczek, które w przeszłości były w czołówce, pewnie niewiele to zmienia. One i tak dostawałaby dzikie karty do turniejów, bo dla organizatorów „posiadanie” ich w drabince to świetna rzecz. Ale dla tenisistek takich jak Pironkowa, nowe przepisy stały się wielkim ułatwieniem. Cwetana wprost przyznawała, że bez tego pewnie nie zdecydowałaby się na powrót. A nawet jeśli, to nie dostalibyśmy takiej historii z jej udziałem, bo w US Open po prostu nie mogłaby wystąpić. Tenisistkom pomaga też to, że w tourze są już inne zawodniczki z takimi doświadczeniami. Bułgarka o powrocie po ciąży rozmawiała na przykład z Kateryną Bondarenko.

Dobrze jest widzieć coraz więcej mam w tourze. Kiedy zostajesz matką, nie tracisz nagle umiejętności i możliwości do gry na dobrym poziomie. Jeśli chcesz to robić, nie ma niczego, co mogłoby cię przed tym powstrzymać. Sama czytałam sporo wywiadów z tenisistkami, które już urodziły dziecko i wróciły do gry. Rozmawiałem też z Kateryną, która ma dwójkę dzieci i wróciła na kort po drugiej ciąży. Wymieniłyśmy się doświadczeniami, tak to działało. To naprawdę pomaga, ta świadomość, że w tourze są też inne matki – mówiła Pironkowa.

– Myślę, że im więcej będzie takich przykładów, tym więcej zawodniczek będzie miało świadomość, że zdecydowanie się na ciążę, nie będzie musiało oznaczać końca kariery – mówi Łuczak. – Te czołowe tenisistki pokazują, że nawet ciąża w wieku 30 lat wcale nie musi zamknąć drogi. Pewnie ułatwianie powrotu do gry takim tenisistkom stanie się też coraz bardziej popularne, a to również jest potrzebne. Młode dziewczyny mogą obserwować, jak wygląda życie zawodniczek, które mają już dzieci. Z czasem powinno się to stać czymś naturalnym, o czym nie trzeba będzie dyskutować. Wiadomo, że szlaki przecierają głównie te największe – Serena Williams czy Wiktoria Azarenka. Ale takie historie jak Pironkowej też to robią. Może jest gdzieś teraz jakaś niezła zawodniczka, która skończyła już karierę i myśli o powrocie? Niewykluczone, że ten wyczyn Cwetany pchnie do powrotu do tenisa jedną czy dwie tenisistki. Kiedyś zdarzało się to rzadko, mogliśmy policzyć takie przypadki na palcach jednej ręki. Teraz używamy już palców dwóch rąk, a może za niedługo będzie już ponad 20 takich tenisistek.

Jedno jest pewne – dla tenisistek zostanie matką nie oznacza już końca kariery. Wręcz przeciwnie. Coraz więcej zawodniczek dostrzega, że może spełniać się i prywatnie, i zawodowo – w tym przypadku na korcie. A Cwetana Pironkowa stała się tego kolejnym dowodem.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez