Córko, gdzie jesteś?! Czemu jedyna irańska medalistka olimpijska uciekła z kraju?

Córko, gdzie jesteś?! Czemu jedyna irańska medalistka olimpijska uciekła z kraju?

O Iranie mówi się ostatnio bardzo wiele, głównie w kwestiach politycznych i obyczajowych. Ten wielki kraj jest uwikłany w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi, a Izraela nienawidzi tak bardzo, że zabrania swoim sportowcom rywalizacji z jego reprezentantami. Wygląda na to, że Iran właśnie stracił jedną z największych sportowych gwiazd, jedyną medalistkę olimpijską Kimię Alizadeh, która miała wybrać wolność w Europie.

Kimia Alizadeh to dziewczyna, która od małego przełamuje kolejne bariery i bije kolejne rekordy. Urodziła się w rodzinie o azerskich korzeniach, dwa dni przed tym, jak prowadzeni przez Zinedine’a Zidane’a Francuzi sięgnęli po złoto mundialu w 1998 roku. Rodzina Alizadeh mieszkała w Karaj, kilkadziesiąt kilometrów na zachód od stolicy kraju. Matka zajmowała się domem, ojciec był tkaczem, haftował obrusy i dywany, a po latach wyhaftował także czarny pas dla córki. Kimia miała siedem lat, kiedy poszła do jedynego klubu sportowego w okolicy i dołączyła do jedynej grupy sportowej dostępnej dla dziewczynek: na zajęcia taekwondo. W tym miejscu w większości takich historii pada zdanie w rodzaju „od razu zakochała się w tym sporcie”, albo „z miejsca wiedziała, że właśnie z tą dyscypliną zwiąże całe swoje życie”. W tym przypadku było… zupełnie inaczej. – W ogóle nie lubiłam taekwondo. Wcale – przyznała po latach. – Ale mój trener powiedział mojej mamie, że jeśli będę ciężko trenować, zostanę mistrzynią olimpijską. Wtedy pomyślałam: czemu nie.

Kraj wielki, ale medali mało

Po roku treningów zdobyła mistrzostwo kraju w swojej kategorii wiekowej, w kolejnych latach dołożyła osiem medali, w tym sześć złotych. Trener Mahroo Komrani na każdym kroku podkreślał, że w niewielkiej grupie zawodniczek z Karaj trafił mu się wielki talent. Minęło dziesięć lat i ten duet świętował w Rio de Janeiro zdobycie brązowego medalu olimpijskiego.

W tym miejscu trzeba się zatrzymać. Iran pod względem powierzchni biję Polską ponad pięć razy, a pod względem liczby mieszkańców – ponad dwukrotnie. Niech jednak liczby was nie zwiodą, bo jeśli chodzi o sport, jest co najwyżej mocno przeciętnie. Tak naprawdę udane igrzyska mieli jedne – osiem lat temu w Londynie. Wtedy irańscy sportowcy na podium zameldowali się aż 13 razy, w tym siedem razy na jego najwyższym stopniu. Co ciekawe, właśnie te zawody przyniosły Iranowi pierwszy w historii medal w lekkiej atletyce; Eshan Haddadi był drugi w rzucie dyskiem. Wcześniej do worka wpadały jedynie te wywalczone w podnoszeniu ciężarów oraz sportach walki. Nie inaczej zresztą było cztery lata później, w Rio de Janeiro. Tam dorobek Irańczyków był dużo skromniejszy, skończyło się na ośmiu wizytach na podium (3 złote, 1 srebrny, 4 brązowe). Dwa wywalczyli sztangiści (złoto Kianousha Rostamiego w wadze 85 kilogramów i Shoraba Moradiego w wadze 94 kilogramy), pięć zapaśnicy (w tym złoto Hassana Yazdaniego w stylu wolnym, w wadze 74 kilogramy).

Ostatni medal wpadł do irańskiego koszyczka w turnieju taekwondo, właśnie za sprawą Kimii Alizadeh. Po igrzyskach w Rio de Janeiro bilans Iranu na letnich igrzyskach olimpijskich wynosi więc 69 medali, z czego po 21 złotych i srebrnych oraz 27 brązowych. 6 z nich przypada na taekwondo, 19 na podnoszenie ciężarów, aż 43 na narodową specjalność, czyli zapasy (w większości w stylu wolnym), a tylko 1 na lekką atletykę. Nie myślcie sobie jednak, że w gronie irańskich medalistów wspomniany specjalista od rzutu dyskiem Eshan Haddadi może czuć się samotny dlatego, że uprawia inną dyscyplinę od reszty. Tak naprawdę samotna może się czuć Kimia Alizadeh. Czemu? Już wyjaśniamy.

Córko, zrobiłaś coś wielkiego

W sporcie ogromnie ważną rolę pełni przykład, idący z góry. Tak, jak dziś każdy dzieciak, zakładający korki, nie tylko marzy o tym, żeby w przyszłości być Lewandowskim, ale jeszcze wie, że to jest możliwe, skoro ktoś już tę drogę przeszedł. Kimia, jak sama opowiadała, bardzo szybko usłyszała od trenera, że ma niesamowity talent i ciężka praca może ją zaprowadzić na olimpijskie podium. Cóż, w Iranie z dostępem do Internetu bywa różnie, zdarza się, że władze wydają dekret o jego ograniczeniu, a czasem całkowitym zablokowaniu na pewien czas. W każdym razie, na potrzeby tej historii załóżmy, że młoda zawodniczka taekwondo gdzieś znalazła komputer z dostępem do sieci i wpisała w wyszukiwarkę hasło: „irańskie medalistki igrzysk olimpijskich”, szukając kogoś, na kim mogłaby się wzorować. Nie wiemy, jak to by było po persku, ale po polsku mówi się „nie znaleziono”. Tak, choć Iran na igrzyska po raz pierwszy wysłał reprezentację w 1900 roku (24 lata przed Polską, wtedy wprawdzie tylko jednego szermierza), choć od zakończenia II wojny światowej z każdych kolejnych zawodów (poza zbojkotowanymi igrzyskami w Moskwie i Los Angeles) przywozi medale, aż do 18 sierpnia 2016 żadna Iranka nie zameldowała się na olimpijskim podium.

Nawiasem mówiąc, droga Alizadeh na wspomniane podium wcale nie była łatwa i usłana różami. W pierwszej rundzie po zaciętym pojedynku pokonała 7:6 Anę Zanimović z Chorwacji, rozstawioną z siódemką. W drugiej, po kolejnej walce na stykach, przegrała 7:8 z mistrzynią Europy i wicemistrzynią świata Evą Calvo z Hiszpanii. W turnieju taekwondo obowiązuje system repasaży, polegający na tym, że jeśli zawodniczka, z którą przegrasz, awansuje do finału, dostaniesz drugą szansę. Po porażce z Calvo, reprezentantka Iranu musiała więc za nią mocno trzymać kciuki. Pomogło, bo Calvo pokonała w półfinale Egipcjankę Hedayę Malak. W repasażach Alizadeh wygrała 14:10 z rywalką z Tajlandii, co dało jej miejsce w meczu o brąz. Tam mierzyła się nie tylko ze Szwedką Nikitą Glasnović, ale także w gigantyczną presją, oczekiwaniami i marzeniami. Sprostała i po zwycięstwie 5:1 zapewniła sobie upragniony medal.

To wielkie szczęście dla irańskich dziewczyn, bo to pierwszy medal w historii. Mam nadzieję, że na następnych igrzyskach zdobędziemy złoto – powiedziała w rozmowie z BBC.

Sukcesu gratulował jej sam prezydent kraju, Hasan Rowhani. „Moja córko, Kimia! Zrobiłaś coś wielkiego, zwłaszcza dla wszystkich kobiet. Uczyniłaś je szczęśliwymi. Życzę ci w życiu szczęścia” – napisał wówczas na Twitterze.

Kobiety w sporcie? Wykluczone!

Nie można powiedzieć jednak, żeby ten medal był sensacją. Już rok wcześniej, na mistrzostwach świata w Czelabińsku w ćwierćfinale pokonała aktualną złotą medalistkę olimpijską Jade Jones (która, nawiasem mówiąc, w Rio zgarnęła kolejne złoto), sięgając po brąz. – Nie myślałam o tym, że moje wygrane mogą coś zmienić i o tym, że moja kariera może dać im impuls do działania. Ja się po prostu bardzo cieszyłam, że udowodniłam sobie, trenerowi i rodzicom, że mogę wracać do domu, jako wygrana – mówiła. – Po pierwszym medalu na międzynarodowej imprezie zdałam sobie sprawę, że mogę osiągnąć coś, co nie udało się żadnej zawodniczce przede mną. Tak wiele medali straciliśmy w kobiecym sporcie i ja pomyślałam, że mogę go zdobyć. Moje medale pomogły dziewczynkom wierzyć w siebie. Teraz rodziny bardziej wspierają sport kobiet.

Tu nawet nie chodzi o równouprawnienie, na którego brak narzekają często zawodniczki z krajów w naszym kręgu kulturowym. Po Islamskiej Rewolucji w 1979 roku, kraj zakazał kobietom występów na międzynarodowych imprezach sportowych na ponad dekadę. Władze ugięły się po wielu latach, z czasem dopuszczając zawodniczki, ale tylko w tych dyscyplinach, w których mogą występować z zakrytym ciałem i głową, czego wymaga ich religia. Początkowo było to tylko strzelectwo, potem doszły kolejne dyscypliny, dziś jest ich ponad 20, w tym szermierka, kajakarstwo oraz właśnie niektóre sporty walki.

To właśnie te ostatnie dały Iranowi pierwszy olimpijski medal wśród kobiet w historii. Dla milionów Iranek Kimia Alizadeh z miejsca stała się bohaterką. Doceniały ją nie tylko za sportowe sukcesy, ale za walkę o siebie, swoje prawa i marzenia. Bo przecież osiągnięcie sukcesu – mimo wielkiego talentu – nie byłoby możliwe bez piekielnie ciężkiej pracy i ogromnego samozaparcia. Gdy była w czwartej klasie szkoły podstawowej, rodzina wyprowadziła się z Karaj. Mała Kimia musiała na każdy trening jechać autobusem dwie godziny w jedną stronę. Jak wspominała po latach, łączenie szkoły z treningami bywało ekstremalnie trudne, kiedyś zdarzyło jej się na przykład uczyć przez dwa tygodnie do egzaminów w zasadzie bez przerwy. – Spałam w tym czasie łącznie może sześć godzin – przyznała. – Zawsze cierpiałam, bo byłam pierwsza. Poświęciłam bardzo dużo, żeby otworzyć tę drogę dla innych. W Rio oczekiwania były ogromne, nie radziłam sobie z nimi. W pewnej chwili położyłam sobie ręcznik na twarzy i powiedziałam Bogu, że nie chcę już walczyć, że nie zniosę więcej presji. Ale potem powiedziałam sobie, że jest nowy dzień. Pokonałam rywalkę z Tajlandii, choć przegrywałam już pięcioma punktami, potem pokonałam też Szwedkę i zdobyłam historyczny medal.

Kiedyś Mars, dziś Holandia

Zdobyła. Na szyi miała małą skórzaną torebeczkę, jak zresztą zawsze w czasie zawodów. A w niej – werset Koranu, kilka odręcznie zapisanych życzeń oraz zielony pasek materiału, pobłogosławiony w Rezie, w złotym sanktuarium. Życzenia są dość oczywiste, jak na zawodniczkę ze światowej czołówki: medale mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. – Teraz to już nie są życzenia, tylko realne cele – mówi wprost, już jako medalistka obu wspomnianych imprez. – Jeśli chodzi o marzenia, to od dziecka moim największym było polecenie w kosmos i latanie od planety do planety. Nic się nie zmieniło. Wiem, z całą pewnością, że pewnego dnia polecę na Marsa.

Cóż, na razie poleciała znacznie bliżej. Dokładniej – do innego kraju, o którym w ostatnich dniach sporo się mówi, czyli do Holandii, albo – według nowej nazwy wprowadzonej przez tamtejsze władze – do Niderlandów. Oficjalnie: Alizadeh ma kontuzję i dlatego nie pojawiła się treningach reprezentacji Iranu, w ramach przygotowań do igrzysk w Tokio. Problem w tym, że w sieci pojawiło się zdjęcie medalistki z Rio de Janeiro, trenującej w Holandii właśnie, w dodatku bez obowiązkowego hidżabu, skrywającego głowę. W Iranie zawrzało, choć wydawało się, że goręcej już nie może być po tym, jak USA zabiło w ataku drona generała Sulejmaniego, a Iran w odwecie zaatakował dwie amerykańskie bazy w Iraku, a potem prawdopodobnie “przez pomyłkę” zestrzelił ukraiński samolot pasażerski nad Teheranem…

Iran w szoku. Kimia Alizadeh wyemigrowała do Holandii” – pisze irańska agencja prasowa ISNA, informując o tym, że medalistka trenuje w Europie i planuje wystąpić na igrzyskach w Tokio wcale nie pod zielono-biało-czerwoną flagą.

Dla Iranu to bardzo mocny cios. Nie chodzi „tylko” o pierwszą w historii kraju medalistkę olimpijską, ale przecież także o osobę, która stała się pewnym symbolem. Dość powiedzieć, że w 2018 roku to właśnie Alizadeh była wyznaczona do niesienia irańskiej flagi na ceremonii otwarcia Igrzysk Azjatyckich (ostatecznie na nie nie poleciała z powodu kontuzji). Tak, właśnie kobieta, w kraju tak zdominowanym przez mężczyzn, miała dostąpić zaszczytu pełnienia funkcji chorążego.

Jej obecność na stworzonej przez BBC liście 100 Women (sto najbardziej inspirujących i wpływowych kobiet na świecie) do teraz stanowiła dla Iranu powód do dumy. Teraz sporo się zmieniło. Tym bardziej że mistrzyni taekwondo wcale nie jest pierwsza. Chwilę temu z kraju Islamskiej Rewolucji czmychnęli choćby mistrz świata w judo Saeid Mollaei (do Mongolii) oraz złote dziecko szachów Alireza Firouzja (do Francji).

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez