Coco, Coco, gwiazda spoko. 15-letni tenisowy tajfun z Florydy

Coco, Coco, gwiazda spoko. 15-letni tenisowy tajfun z Florydy

Pamiętacie, co wam chodziło po głowie, kiedy mieliście po 15 lat? Zakładamy, że były to głównie imprezy, wygłupy, pierwsze miłości, ewentualnie kłopoty z zaliczeniem klasówki. Tymczasem Cori „Coco” Gauff w wieku 15 lat nie dość, że pobiła kilka tenisowych rekordów i zarobiła ponad pół miliona dolarów, to jeszcze wykorzystuje popularność, by choćby przekazywać kibicom wiedzę na temat historii czarnoskórych Amerykanów oraz zniesienia niewolnictwa czy walki z ociepleniem klimatu. Przy okazji stawia sobie niesamowicie wysokie cele. Pierwsze już zrealizowała. Czy medal w Tokio, w wieku 16 lat, będzie kolejnym?

Do gwiazd sportu urodzonych już w XXI wieku zdążyliśmy się przyzwyczaić, zwłaszcza w tenisie. Ale Coco Gauff na świat przyszła wczesną wiosną 2004 roku. Dwa tysiące czwartego! Żeby wam uświadomić, jak szybko leci czas, napiszemy tylko, że pierwsze kroczki stawiała, kiedy Agnieszka Radwańska wygrywała juniorski Wimbledon, a pierwsze słowa mówiła, gdy Robert Kubica debiutował w Formule 1… Dziś jest gwiazdą pełną gębą, zwyciężczynią turnieju rangi WTA w singlu i deblu, zawodniczką pierwszej setki rankingu, pewną udziału w turniejach wielkoszlemowych bez eliminacji. Poprzeczkę sama sobie wiesza tak wysoko, że czasem trudno ją dostrzec. W największym skrócie można jednak powiedzieć tak: chce wygrać wszystko, co jest do wygrania. I – co najważniejsze – stać ją na to!

Najszczęśliwsza przegrana

Typowe 15-latki każdą wolną chwilę spędzają na Instagramie czy Facebooku. Poza tym – oczywiście – chodzą do szkoły i próbują wyciągnąć od rodziców jakieś drobne, na kino, zakupy, czy znacznie mniej drobne na nowy telefon. Coco Gauff tymczasem do szkoły nie chodzi (uczy się w domu, pod okiem mamy – nauczycielki), czas poświęcany na media społecznościowe stara się mocno ograniczać. A jeśli chodzi o pieniądze: w tym roku zarobiła na kortach już grubo ponad pół miliona dolarów, co po przeliczeniu na złotówki daje mniej więcej średnią miesięczną wypłatę w wysokości mniej więcej 200 tysięcy złotych. Jak na 15-latkę – całkiem przyzwoicie. Co ważne, jeśli nie wydarzy się żadne trzęsienie ziemi, Coco powinna po tej drabinie wspinać się coraz szybciej i coraz wyżej. Jak wysoko? Dobre pytanie. Właśnie zdobyła swój debiutancki tytuł w cyklu WTA, wbijając się do pierwszej dziesiątki najmłodszych zawodniczek w historii, którym się to udało. Żeby było ciekawiej, dokonała tego w iście szalonych okolicznościach.

A było tak: na początku października 111. w rankingu Coco Gauff poleciała do Austrii, zagrać w turnieju w Linzu. To może niezbyt duża halowa impreza, pula nagród wynosi zaledwie 226 tysięcy dolarów, ale w przeszłości triumfowały tam między innymi wielkoszlemowe mistrzynie Petra Kvitova, Angelique Kerber, Wiktoria Azarenka, Ana Ivanović, Maria Szarapowa, Justine Henin, Amelie Mauresmo i Lindsay Davenport. Żeby załapać się od razu do głównej drabinki, Gauff zabrakło dokładnie dziewięć miejsc. Przystąpiła więc do kwalifikacji, w których najpierw wygrała z notowaną w połowie drugiej setki rankingu WTA Ludmiłą Samsonową 6:7, 6:2, 6:2. W meczu o awans do turnieju głównego jej rywalką była Tamara Korpatsch, 129. na liście Niemka. W tym miejscu warto się na chwilę zatrzymać. Dla Coco był to pierwszy występ od wrześniowego US Open. Tam zagrała rewelacyjnie, przeszła dwie rundy, a w trzeciej walczyła z liderką rankingu Naomi Osaką. Stawką było 280 tysięcy dolarów i 240 punktów. Mecz odbywał się na największym tenisowym stadionie świata, na którym nie było ani jednego wolnego miejsca, a w telewizji oglądały go miliony widzów. Mimo porażki, nastolatka zebrała dobre recenzje i mnóstwo pochwał. Minęło kilka tygodni i rzeczywistość nieco się zmieniła. W meczu z Korpatsch na szali leżało18 punktów i 2100 dolarów. Pojedynek w hali w Linzu oglądała garstka kibiców, transmisję do internetu realizowała jedna kamera. Niemka miała pięć szans na przełamanie młodej gwiazdy, wszystkie wykorzystała i gładko wygrała 6:4, 6:2.

Normalnie ta historia zakończyła by się w tym miejscu. W Linzu jednak los się uśmiechnął do Gauff. Z powodu kontuzji prawego ramienia w ostatniej chwili z gry wycofała się Anastasija Sewastowa. W jej miejsce, jako „szczęśliwa przegrana” wskoczyła właśnie młodziutka Amerykanka. Wskoczyła, po czym zrobiła coś niesamowitego. Ograła kolejno Stephanie Voegele, Katerynę Kozłową, najwyżej rozstawioną Kiki Bertens (pierwsze w karierze zwycięstwo nad zawodniczką z pierwszej dziesiątki rankingu) oraz Andreę Petković. To dało jej miejsce w finale. W nim mierzyła się z Jeleną Ostapenko, jakby nie patrzeć mistrzynią Rolanda Garrosa. Żeby było ciekawiej, Łotyszką, podobnie, jak Sewastowa, której kontuzja otworzyła Coco drogę do turnieju głównego. A żeby było jeszcze ciekawiej, Ostapenko w pierwszej rundzie w Austrii wyeliminowała… Tamarę Korpatsch.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni

Sam finał w Linzu miał ciekawy przebieg. Gauff wygrała pierwszego seta 6:3, ale w drugim kompletnie oddała pole i zdobyła tylko jednego gema. Kryzys? Zmęczenie? Najwyżej wypadek przy pracy. Bo w trzeciej partii ktoś, patrzący z boku i nieznający zawodniczek, z pewnością by się pomylił, gdyby miał wskazać, która dziewczyna to wielkoszlemowa mistrzyni (niedawno piąta w rankingu), a która ma 15 lat i gra piąty zawodowy turniej w karierze. W secie, który miał decydować o losach tytułu, w pewnym momencie było 5:0 i Amerykanka miała piłkę meczową. Tej jeszcze nie wykorzystała, ale kilka minut później, przy 5:2, było już po wszystkim. Sama ostatnia piłka także była symptomatyczna. Łotyszka zagrała długą piłkę w okolice linii, sędzia uznał, że trafiła w linię. W tym momencie Coco, która ma oczywiście wiele atutów, ale doświadczenie nie jest jednym z nich, natychmiast podniosła rękę, prosząc o sprawdzenie. System challenge wskazał, że piłka była autowa, co oznaczało koniec turnieju.

15-latka, bez doświadczenia, grająca o pierwszy tytuł w życiu, mająca naprzeciw siebie gwiazdę światowego tenisa, bez sekundy wahania podejmuje idealną decyzję. Bo słowem, które najlepiej charakteryzuje Gauff jest „dojrzałość”. I to wcale nie „dojrzałość, jak na 15-latkę”. Po prostu: dojrzałość. Nawet na tle takiej Ostapenko, czy innych zawodniczek z szeroko pojętej światowej czołówki.

Wiadomo, czasem widać, że mamy do czynienia z 15-latką. Choćby jak po tym, kiedy już odebrała puchar i czek na 43 tysiące dolarów w Linzu. Co zrobiła? Odpaliła relację live na Instagramie, po czym odpowiadała na pytania kibiców. Kończąc relację, miała jeszcze kilka słów do powiedzenia, które ewidentnie długi czas leżały jej na wątrobie: „Do wszystkich, którzy mówili, że nie będę w stanie tego zrobić, że moje wcześniejsze sukcesy były przypadkowe, jednorazowe: ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”…

Cele najwyższe z możliwych

Te wspomniane niby przypadkowe i jednorazowe sukcesy, to przede wszystkim Wimbledon. Panna Coco siedziała w Delray Beach i właśnie wybierała sukienkę na imprezę, kiedy dostała wiadomość, że jej podanie o dziką kartę do eliminacji najstarszego turnieju świata zostało rozpatrzone pozytywnie. Następnego dnia była już w samolocie z Florydy do Londynu. Nie mając praktycznie żadnego doświadczenia w grze na najrzadziej spotykanych w kalendarzu kortach trawiastych, przystąpiła do gry. W zasadzie każdy wygrany mecz powinien już być zaskoczeniem. Amerykanka wygrała trzy i zakwalifikowała się do turnieju głównego. W ponad stuletniej historii Wimbledonu stała się najmłodszą, której się to udało. Już było grubo, a okazało się, że to dopiero przygrywka, bo w pierwszej rundzie 15-latka trafiła na Venus Williams, która pierwsze wielkoszlemowe tytuły zdobyła wiele lat, zanim Coco w ogóle pojawiła się na świecie.


Wiadomo, 39-latka to już nie ta sama tenisistka, która lała wszystkich, jak popadnie, ma już swoje lata i wygrywanie przychodzi jej z dużo większym trudem. Ale to wciąż Venus, która przecież nie tak dawno była w stanie po raz kolejny zameldować się w wielkoszlemowym finale. Z 15-latką jednak… sobie nie poradziła. To była sensacja na miarę mistrzostwa Europy dla Grecji, czy zwycięstwa FC Porto w Lidze Mistrzów. Sensacja dla świata, bo Coco Gauff, w ogóle nie wydawała się być zaskoczona. Kiedy dziennikarze po największym zwycięstwie w karierze i dokonaniu symbolicznej zmiany warty zapytali ją, co dalej i jaki ma cel na swój wielkoszlemowy debiut, odpowiedziała bez sekundy wahania: chcę to wygrać.

Co ważne, powiedziała tak bez żadnej pychy w głosie, to nie była wypowiedź pewnej siebie i pyskatej nastolatki, tylko zawodniczki, która od lat była szykowana do wygrywania.

Mój tata zawsze mi powtarzał, że mogę osiągnąć wszystko, co sobie wymarzę. Zawsze mówił mi: po prostu nie wyznaczaj sobie limitów i ustawiaj cele tak wysokie, jak to tylko możliwe. Myślę, że dlatego tak mocno wierzę w siebie, a to, co osiągnęłam, jak na 15 lat, jest świetne. Ludzie zawsze pytają o mój wiek. Dla innych to wydaje się niesamowite, ale dla mnie to po prostu rzeczywistość. Nawet, kiedy byłam dużo młodsza, rodzice zawsze mi mówili, że mogę tego dokonać. Wiele rzeczy, które się wydarzyły, było zaskakujących. Ale dla mnie to nie były tak duże niespodzianki, jak dla wszystkich pozostałych – tłumaczyła. Przyznacie, że mocno dojrzałe słowa, jak na tak młodą dziewczynę.

Co ważne, w żadnym wypadku nie uderzyła jej do głowy woda sodowa. Artur Rolak (współautor audycji Tenis Klub na Weszło FM), dziennikarz od lat jeżdżący na Wimbledon, autor biografii Agnieszki Radwańskiej i Łukasza Kubota opowiada: To bardzo fajna rodzina, oboje rodzice mają przeszłość sportową. I są zupełnie normalni, nie zachowują się, jak rozkapryszone gwiazdy. Na Wimbledonie widziałem taką scenę, że mama Cori miała jej coś przynieść na korty treningowe. Zapomniała jednak identyfikatora, więc ochroniarz nie mógł jej wpuścić. Wiele osób na jej miejscu zrobiłoby awanturę, na zasadzie „ty chyba nie wiesz, z kim rozmawiasz?!”. Ona tylko się uśmiechnęła, pokazała na swoją córkę i grzecznie poprosiła, żeby przekazał jej torebkę.

Moje pokolenie nie będzie siedzieć cicho

Wygrać Wimbledonu w debiucie, w wieku 15 lat się nie udało, co dość oczywiste w dzisiejszym tenisie. Po wyczerpujących kwalifikacjach i przy ogromnej presji ze strony mediów i kibiców, starczyło na IV rundę, co i tak jest niesamowitym osiągnięciem. W tym wieku Coco powinna przecież grać w juniorskim turnieju, z innymi dziewczynkami, a nie bić się z zawodowymi tenisistkami z wieloletnim doświadczeniem. A jednak – biła się, jak równa. Po zwycięstwie nad Venus Williams, odesłała do domu Magdalenę Rybarikovą (31 lat, 141. w rankingu WTA) oraz Polonę Hercog (28 lat, 60. WTA). Przeszkodą nie do przejścia okazała się dopiero niedawna liderka rankingu Simona Halep, która po zaciętym meczu wygrała 6:4, 6:4.

Gauff ostatecznie więc przegrała, ale tak naprawdę była w wąskim gronie tych, którzy z Wimbledonu wyjeżdżali, jako zwycięzcy. Wszystkie jej mecze biły w USA rekordy oglądalności i były najlepiej oglądanymi spotkaniami dnia. Ba, nawet w Wielkiej Brytanii, która przecież nieszczególnie musi się przejmować nastolatką zza oceanu, jej mecz z Hercog przyciągnął przed telewizory ponad pięć milionów widzów! Z dnia na dzień Coco stała się w USA gwiazdą pierwszej kategorii. Kiedy przyjechała na US Open, ludzie dosłownie oszaleli na jej punkcie. Że na jej mecze w singlu przychodziły tłumy, i że jej spotkanie z liderką rankingu Naomi Osaką wypełniło największy tenisowy stadion świata, to jeszcze nic. Ponad 14 tysięcy kibiców zajęło wszystkie miejsca na obiekcie Louisa Armstronga, kiedy panna Gauff, z inną nastolatką Caty McNally grały w turnieju debla na US Open! Nastolatki. W debla. 14 tysięcy widzów. Czyste szaleństwo.

Gauff jednak jest już nie tylko ciekawostką i gwiazdką jednego turnieju. Jest, bez cienia wątpliwości, przyszłością tego sportu, która może dominować przez lata. Swoją dzisiejszą popularność – co może zaskakiwać – wykorzystuje nie tylko do podpisywania kolejnych kontraktów reklamowych, ale także do poszerzania wiedzy wśród kibiców. Na przykład, w czasie obchodów Miesiąca Czarnej Historii, pisała w mediach społecznościowych o Juneteenth, czyli zniesieniu niewolnictwa w USA.

– Myślę, że to bardzo ważne dla czarnoskórych Amerykanów, żeby świętować Juneteenth. Świętujemy przecież wszyscy dzień niepodległości 4 lipca, ale niewiele osób obchodzi to święto. Uważam, że to naprawdę ważne, bo nie wszyscy zostali wyzwoleni. Wiele osób o tym nie wie, co było dla mnie wielkim zaskoczeniem – mówiła. – Wimbledon dał mi szansę zarobienia dużych pieniędzy oraz podniesienia świadomości na temat różnych spraw. Z każdym wygranym meczem rosła liczba osób, które mnie obserwują, to dobrze. To oznacza coraz większą uwagę dla tematów, które są dla mnie ważne. Zawsze chciałam być nie tylko tenisistką. Ostatnio młodzi ludzie prowadzą różne ruchy społeczne. Świat musi się do tego przyzwyczaić, tak, jak wcześniej był przyzwyczajony do tego, że to starsi ludzie są liderami i mówią nam, co robić. Moje pokolenie właśnie zdecydowało, że to czas, by przemówić. Śledzę ruchy klimatyczne, uczę się na temat metod, jakimi możemy pomóc, choćby zmieniając styl życia swój, czy swojej rodziny.

Klimat i historia to jedno, ale oczywiście w życiu Cori Gauff najważniejszy jest tenis. Już jest pewna występu w Australian Open bez eliminacji, zamierza także powalczyć o udział w igrzyskach olimpijskich. Póki co – droga jest bardzo daleka, bo z rankingiem w okolicach 69. miejsca Gauff jest dopiero 11. wśród reprezentantek USA, a do Tokio pojechać mogą maksymalnie cztery. Z drugiej strony – na poprawę pozycji zostało jeszcze mnóstwo czasu, a Coco już wiele razy pokazała, że wykonywanie skoków w rankingu, jakich nie powstydziłby się nasz tyczkarz Piotr Lisek, nie stanowi dla niej większego problemu. Rok 2019 zaczynała pod koniec siódmej setki, w kilka miesięcy skoczyła około 600 miejsc. Jeśli będzie się rozwijać w takim tempie, jak dotychczas, nie zdziwimy się nie tylko, jeśli poleci do Tokio, ale nawet, jeśli wróci stamtąd z medalem…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez