„Coach K” i gorączka złota

„Coach K” i gorączka złota

Z wyglądu mocno przypomina bohatera filmu „40-letni prawiczek”, ale w odróżnieniu od nieśmiałego Andy’ego jest ceniony, utytułowany i bogaty. Mike Krzyzewski, który doprowadził amerykańskich koszykarzy do trzech złotych medali olimpijskich, igrzyska w Tokio tym razem obejrzy z perspektywy kanapy w swojej rezydencji w Durham. Potomek polskich imigrantów będzie mógł więc w spokoju powspominać swoją bogatą karierę trenerską.

Chociaż z tym spokojem też nie przesadzajmy, bo przecież trzeba będzie jakoś przygotować drużynę uniwersytetu Duke do swojego 41. sezonu w NCAA…

***

Kwarta numer jeden: Polska

Sha-SHEF-ski…

Kriz-il-lon-ski…

Kshih-SHEF-skee…

Kre-ZOO-skee…

A pieprzyć to. Po prostu „Coach K”. Po co łamać sobie język, skoro w świecie amerykańskiego basketu doskonale wiadomo, o kogo chodzi.

Co ciekawe, ojciec słynnego trenera, William, też miał problem z własnym nazwiskiem, chociaż oczywiście kompletnie nie chodziło o wymowę. Bał się, że przez obcobrzmiącą godność będzie dyskryminowany, dlatego zarówno jako żołnierz podczas drugiej wojny światowej, a potem jako operator windy w budynku w centrum Chicago, posługiwał się nazwiskiem Kross. Senior rodu Jan Krzyżewski (czyli dziadek bohatera tego tekstu), który osiedlił się w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX w., raczej nie mógł mieć nic przeciwko, bo wtedy już nie stąpał po tym świecie.

Urodzony w 1947 r. w Chicago Mike, który był trzecim pokoleniem swojej rodziny na amerykańskiej ziemi, nie miał jednak zamiaru majstrować przy swoim nazwisku. Nie władał już wprawdzie językiem polskim, ale chciał zachować nazwisko rodowe, dlatego skazał wszystkich dookoła na językową gimnastykę.

Mike Krzyzewski jest potomkiem polskich imigrantów, chociaż szczegóły dotyczące jego korzeni znane są tylko połowicznie. Nie wiadomo, skąd pochodził dziadek od strony ojca (wspomniany Jan), ale wiadomo, że rodzina matki Emily wywodziła się prawdopodobnie z okolic Krakowa. Dziadek z tej familii w 1906 r. wskoczył na pokład statku płynącego z Antwerpii i po długiej podróży dotarł do Nowego Jorku. Wkrótce znalazł robotę w kopalni węgla w Pensylwanii i wiódł życie, o którym tak marzył: za dolary.

W domu Mike’a Krzyzewskiego było skromnie, ale godnie. Rodzina utrzymywała się z pensji ojca windziarza oraz matki sprzątaczki, ale William i Emily wiedzieli, że ich dzieci muszą mieć lepsze życie. Uznali, że w przypadku Mike’a, jedyną słuszną drogą będzie ta wojskowa, która miała prowadzić przez słynną uczelnię West Point. Młody początkowo zupełnie nie był tym zainteresowany, ale rodzice tak długo suszyli mu głowę, że w końcu zgodził się. Po latach wspominał, że była to najlepsza decyzja w jego życiu, bo w wojskowej szkole nauczył się życia. Poza tym, była ona dla niego trampoliną do trenerskiego fachu. Krzyzewski najpierw przez trzy lata był bowiem rzucającym obrońcą w drużynie z West Point, a następnie przez kolejnych pięć jej trenerem.

Pytany o swoją karierę, zawsze podkreśla, że najwięcej zawdzięcza właśnie matce. Kiedy jeszcze żyła, czyli do 1996 r., dzwonił do niej po każdym meczu swojej drużyny. – Pamiętam pewną historię. W 1990 r. w finale ligi drużyna z Las Vegas dosłownie nas zabiła. To była jedna z moich najwyższych porażek w NCAA. Wróciłem do domu, usiadłem przed kominkiem, a mama podeszła i powiedziała: „Nie martw się. Za rok wygracie”. Powiedziałem jej: „Mamo, proszę cię, przegraliśmy właśnie finał”. Za rok faktycznie wygraliśmy ligę i kiedy siedziałem w swoim mieszkaniu, ona podeszła i powiedziała: „Mike, mówiłam ci przecież, że tym razem wygracie” – opowiadał po latach Krzyzewski podkreślając, że etos pracy wyniósł właśnie z rodzinnego domu.

Kiedyś zdradził, że przed meczami miał zwyczaj wkładania do kieszeni koszuli różaniec należący do mamy. Matce wiele lat po jej śmierci podziękował też w inny sposób. Jego fundacja, której celem jest pomoc młodym ludziom w osiągnięciu wykształcenia, nosi nazwę „Emily K”.

Można powiedzieć, że to dzięki niej zachował również w sobie pierwiastek polskości. Chociaż sam prawdopodobnie nigdy nie był nad Wisłą, to jednak nazywa siebie polskim Amerykaninem. Kiedy może, bierze także udział w imprezach polonijnych. W przeszłości był nawet proszony, aby został Honorowym Marszałkiem podczas organizowanej w Chicago parady z okazji święta 3 maja.

 

 

Kwarta numer dwa: Duke

Trenerskie szlify zbierał będąc najpierw asystentem słynnego Boba Knighta w Indiana Hoosiers, a potem pracując na własny rachunek w West Point (1975-1980). To właśnie stamtąd w 1980 r.  wyciągnęli go włodarze Duke University. Krzyzewski pierwszą konferencję prasową zaczął od wytłumaczenia dziennikarzom, jak poprawnie wymawia się i pisze jego pokręcone nazwisko. Pracownicy mediów zrobili ponoć wielkie oczy.

Nie jego nazwisko było jednak najważniejsze. Zadaniem nowego trenera było stworzenie programu szkoleniowego, który pozwoli drużynie z Duke dobić do uczelnianej czołówki oraz „produkować” jak najwięcej graczy z realnymi szansami na zaczepienie się w NBA. Krzyzewski, który miał wtedy 33 lata, dostał więc dość duży kredyt zaufania, wiedział, że jego głowa nie spadnie przy pierwszych niepowodzeniach. A pierwsze trzy sezony rzeczywiście były trudne i drużynie nie udało się awansować z Atlantic Coast Conference do dalszej fazy gier. Tamte kampanie ekipa Krzyzewskiego kończyła z bilansami 17-13, 10-17, 11-17.

Drużyna w końcu jednak odpaliła i w 1986 r. zameldowała się już w finale NCAA. Ostatecznie przegrała z Louisville 69:72, ale to był jednak sygnał, że program zaczął działać i z tej mąki będzie całkiem niezły chleb. I tak faktycznie się stało, bo Blue Devils zaczęli regularnie grać w turniejach finałowych, a w 1991 r. zdobyli swój pierwszy w historii tytuł pokonując w finale Kansas 72:65. Rok później ten wyczyn udało się powtórzyć, a w pokonanym polu akademicy z Duke pozostawili Michigan (spacerek 71:51). Przez ten ostatni sezon drużynie udało się przejść niemalże suchą stopą, bo przegrała ona tylko dwa razy. Łącznie za jego kadencji uniwersytet Duke zdobył pięć tytułów (później także w sezonach 2001, 2010 i 2015) i aż dwanaście razy zagrał w NCAA Tournament Final Four.

Przez 39 sezonów program Krzyzewskiego doprowadził do NBA ponad sześćdziesięciu graczy. Do grona najlepszych należy zaliczyć przede wszystkim Granta Hilla, Christiana Laettnera, Eltona Branda, Shane’a Battiera, Luola Denga czy Carlosa Boozera. Kiedyś szkoleniowiec zdradził według jakiego klucza dobierał graczy: – Są trzy elementy, które mają dla mnie jednakowo duże znaczenie. Pierwszy to talent, taka osoba musi mieć DNA mistrza. Drugi, zawodnik musi być dobrym uczniem, bo jesteśmy dobrą szkołą. I trzeci, gracz musi być po prostu dobrym gościem. To ważne z jakiej rodziny pochodzi, jakich ma przyjaciół.

„Coach K” to żywa legenda Duke, ale też całej ligi akademickiej. Do dziś poprowadził Blue Devils w 1334 meczach, z których wygrał aż 1059. To w dużej mierze dzięki niemu ekipa z miasta Durham stała się jedną z najpopularniejszych drużyn w lidze, chociaż – co za tym idzie – dorobiła się też dużego grona zagorzałych hejterów. Sam trener doczekał się nawet wielkiego honoru, jakim było nazwanie sportowej części kampusu w Duke „Krzyzewskiville”. Studenci potrafią długimi dniami koczować tam w namiotach, żeby kupić bilety na mecze ukochanej drużyny. 

Kwarta numer trzy: team USA

Przygoda Mike’a Krzyzewskiego z drużyną narodową zaczęła się jeszcze w latach 80. W 1984 r. podczas złotych dla Amerykanów igrzysk w Los Angeles był asystentem starego znajomego Boba Knighta. W podobnej roli pracował także przy słynnym Dream Teamie Chucka Daly’ego, który rozbił rywali w puch podczas igrzysk w Barcelonie ’92. W pewnym momencie już tylko kwestią czasu było, kiedy za kierownicę w reprezentacji złapie szkoleniowiec Duke. I ten czas nadszedł w 2005 r.

Kadra potrzebowała impulsu po przerżniętych igrzyskach w Atenach, które skończyły się dla niej tylko brązowym medalem i wpisaniem do CV tak kompromitującej porażki jak ta z Portoryko. Nie było wyniku, nie było też klimatu wokół reprezentacji. Amerykanie traktowani byli na świecie po prostu jako zbieranina gwiazdek, a nie drużyna z prawdziwego zdarzenia.

Początek Krzyzewskiego nie był może najlepszy, bo na mistrzostwach świata w 2006 r. w Japonii skończyło się na trzecim miejscu, ale najważniejsze, że po wygraniu mistrzostw Ameryki kadra USA awansowała do igrzysk w Pekinie, bo to one były głównym celem. Gotowość do gry w Chinach zgłosiło wiele gwiazd NBA, m.in. Carmelo Anthony, Kobe Bryant, Dwight Howard, LeBron James, Jason Kidd czy Dwyane Wade, ale znów najważniejsze było sklejenie z nich jednego organizmu. Żeby zamiast kilku solistów zbudować orkiestrę. Aby to zrobić, „Coach K” zaczął od indywidualnych rozmów z każdym z graczy. Chciał wiedzieć jak widzą grę kadry, jak powinny wyglądać treningi, co ich najbardziej wnerwia.

– Później, podczas pierwszego wspólnego spotkania z całą drużyną powiedziałem im, że nie grają dla Stanów Zjednoczonych. Tłumaczyłem im, że nie będziemy dobrzy, jeśli będziemy tylko grać dla kraju. Musieliśmy nauczyć się, jak BYĆ reprezentacją USA. Prosiłem ich, że kiedy wrócą do swoich pokoi, a strój będzie leżał na łóżku, niech poświęcą minutę na stanie się znów dzieciakami i poczują, że grają dla kraju. Aż sam miałem ciarki, jak im to powtarzałem – tak o tych trochę filmowych scenach opowiadał kilka miesięcy temu w rozmowie z „Artful Living”.

Krzyzewski doskonale wiedział, że wprowadzając wojskowy dryl nie dotrze do swoich gwiazdek, dlatego kombinował. Przede wszystkim w jego drużynie nie było zasad, do których mieli stosować się gracze. Zamiast tego było piętnaście standardów, które na jego prośbę ustalili sami zawodnicy. Jeden rzucił, że nikt nie powinien się spóźniać, drugi że podczas treningów nie ma żadnych wymówek, trzeci, że wszyscy razem siadają do posiłków i wyłączają telefony itd. Cwane, bo takim ruchem to na swoich zawodników przerzucił w pewnym sensie pilnowanie porządku:

– To były podstawowe rzeczy, żadne reguły. Ale przez te jedenaście lat nikt nigdy się nie spóźnił, nie mieliśmy nieudanego treningu.

Przez te jedenaście lat nie zabrakło też oczywiście najważniejszego, czyli sukcesów. Amerykanie pod wodzą Krzyzewskiego bez problemu wygrali mistrzostwo olimpijskie w Pekinie, pokonując w finale Hiszpanów 118:107 i zdobywając średnio w każdym meczu po 106 oczek. Sukces ten powtórzyli też w Londynie 2012 i Rio de Janeiro 2016. Nie ma tutaj specjalnie nad czym się rozwodzić, bo spośród wszystkich 24 meczów na igrzyskach, drużyna Krzyzewskiego wygrała wszystkie. Tylko w sześciu spotkaniach rywal potrafił zbliżyć się do nich na mniej niż dziesięć punktów. Większość tych spotkań miała miejsce w Rio, kiedy Amerykanom momentami szło jak po grudzie, chociaż ostatecznie i tak to oni zgarnęli złoty łup.

 

 

Ktoś powie, że taka robota to żadna trudna fucha dysponując takimi graczami, ale z drugiej strony w przeszłości nie każdy trener potrafił tak poukładać te drogie klocki. Zdaniem wielu ekspertów, to właśnie szkoleniowiec Duke sprawił, że wokół reprezentacji USA zapanował lepszy klimat. To on stał się spoiwem drużyny, zawodnicy po prostu chcieli dla niego grać. Być podopiecznym Krzyzewskiego, to było coś.

– „Coach K” pasuje do nas idealnie. Pozwala nam mieć wolność. Pozwala nam grać w koszykówkę, po prostu wyjść i dobrze się bawić, ale jednocześnie chce, abyśmy byli idealni – komplementował go LeBron James. Zawodnicy pytani o jego największe zalety, najczęściej podkreślają, że jest świetnym motywatorem. W kadrze za jego kadencji w końcu czuć było chemię. Do trzech olimpijskich triumfów Mike dorzucił jeszcze dwa tytułu mistrza świata z 2010 i 2014 r. Po igrzyskach w Rio zastąpił go na stanowisku Gregg Popovich.

Kwarta numer cztery: NBA

I pomyśleć, że cały czas mówimy o gościu, który nigdy nie prowadził żadnej drużyny w NBA. Chociaż żeby być precyzyjnym, dodajmy, że regularnie sam mówił „no, thanks” właścicielom klubów najlepszej ligi świata.

Odrzucał propozycje kontraktów m.in. od Boston Celtics (już na początku lat 90.), Portland Trail Blazers, New Jersey Nets, Minnesoty Timberwolves i Los Angeles Lakers. Kiedy grzecznie dziękował w 2004 r. za ofertę ostatnich „Jeziorowców”, którzy szukali następcy Phila Jacksona, jego konferencję prasową transmitowały na żywo wszystkie najważniejsze stacje telewizyjne w Stanach. Lakers proponowali mu 40 mln dolarów za pięć lat pracy, a w negocjacje zaangażowany był ponoć nawet Kobe Bryant, który starał się namówić go na transfer. Nic z tego.

Jak zawsze tłumaczył to sam Krzyzewski? – Nie jestem trenerem NBA, jestem trenerem uczelnianym. Chcę nie tylko zdobywać mistrzostwo, ale też uczyć. I moja szkoła daje mi takie możliwości, zarówno na parkiecie, jak i poza nim. 

Szkoleniowiec z polskimi korzeniami świadomie rezygnował więc z wielkich pieniędzy, bo stawki za sezon kręciło się nawet w granicach 15 mln dolarów. Chociaż oczywiście nie jest też tak, że nasz bohater trenuje koszykarzy z Duke za drobne. Tam też ma bardzo solidną wypłatę, która rosła wraz z jego coraz lepszymi wynikami z reprezentacją. Jak podawało „USA Today”, w ubiegłym roku Krzyzewski zainkasował tam prawie 9 mln zielonych i było to dwa razy więcej, niż jeszcze w sezonie 2011.

„Coach K” często lubi opowiadać pewną historię związaną z matką. Kiedy w latach 60. Mike opuszczał rodzinny dom i wyjeżdżał do West Point, Emily Krzyzewski powiedziała mu, aby wybrał właściwy autobus. Młody fuknął, że przecież potrafi kupić bilet na autobus. Matka wyjaśniła mu, że nie chodzi jej o komunikację miejską, ale o życie. Żeby zawsze wsiadał do dobrego autobusu, a więc podejmował dobre decyzje. Samochód z napisem NBA nigdy najwyraźniej nie był dla niego wygodny.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl, usab.com


Aktualności

Kalendarz imprez