Co się plecie na stulecie

Co się plecie na stulecie

Nawiązując do starego zwyczaju grafomanów – „w pierwszych słowach mojego listu” uprzejmie donoszę, że motto tego felietonu jest tylko na pozór zaprzeczeniem owianej ponadstuletnią tradycją dewizy nowożytnego ruchu olimpijskiego, zaproponowanej jeszcze przez barona Pierre’a de Coubertin, a wziętej od francuskiego dominikanina Henri Didona. „Szybciej, wyżej, mocniej” to piękne hasło, któremu sam hołdowałem od dziecka, tyle że z dzisiejszego punktu widzenia odbiera się je już nieco inaczej. Długoletni wyścig po palmę pierwszeństwa w sporcie wyczynowym doprowadził bowiem w dużym stopniu do wariactwa, uruchomił niepowstrzymaną falę sztucznego dopingu i w znacznym stopniu wypaczył szlachetne skądinąd wartości. Stąd tworzenie sportowych Frankensteinów, uosabianych chociażby przez szybkobiegacza Bena Johnsona i kolarza Lance’a Armstronga, stąd gwałtowna maskulinizacja kobiet na potrzeby tego wyścigu (patrz – NRD, czyli Niemiecka Republika Dopingowa), stąd obecne upokorzenie rodzaju ludzkiego poprzez walki w klatkach i plaga korupcji wśród promotorów sportu. 

W roku 1994 minęło 100 lat od chwili, gdy powstał współczesny ruch olimpijski, a ja miałem okazję to świętować, uczestnicząc w serii jubileuszowych imprez, zorganizowanych z tej okazji w Paryżu. Trochę mi wprawdzie smutno, bo już nie żyją moi współtowarzysze tamtych uroczystości, zwłaszcza stylowej fety w Lasku Bulońskim – pierwsza dama lekkoatletyki Irena Szewińska, supermistrz podnoszenia ciężarów Waldemar Baszanowski, prezydent MKOl Juan Antonio Samaranch, szef IAAF Primo Nebiolo, a także Włodzmierz Reczek, naówczas jeszcze członek lozańskiego Komitetu. Dziś mogę jednak pocieszać się tym, że nadszedł z kolei rok, w którym będziemy celebrować z dumą stulecie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Obu poczętych w Krakowie.

Nasi lekkoatleci już na początku roku zgotowali sobie złote gody stulecia, bo w Halowych Mistrzostwach Europy w Glasgow zajęli pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej, zgarniając przy tym aż siedem krążków z najszlachetniejszego kruszcu, między innymi za sprawą Ewy Swobody (60 m), Marcina Lewandowskiego (1500 m), Pawła Wojciechowskiego (skok o tyczce) i Michała Haratyka (pchnięcie kulą). Mam nadzieję, że niemal w takim samym stopniu zachwycą nas na letnich mistrzostwach świata w Ad-Dausze, by ledwie kilka dni potem (11 października) przystąpić w radosnym nastroju do obchodów stulecia PZLA. 

Małym wstępem do tej uroczystości była otwarta 5 kwietnia w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie wystawa różnego rodzaju pamiątkowych eksponatów, zdjęć i archiwaliów, dających wgląd w historię polskiej lekkoatletyki. W zasobach muzeum znajdują się między innymi używane w latach 1932 – 1936 pantofle biegowe rekordzistki świata w sprincie Stanisławy Walasiewiczówny, olimpijskie medale Ireny Kirszenstein-Szewińskiej z 1964 roku, tyczka złotego medalisty igrzysk 1976 w Montrealu Tadeusza Ślusarskiego… 

Sympatycznym akcentem otwarcia wystawy był fakt współprowadzenia konferansjerki przez dwukrotnego mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą Tomasza Majewskiego, a także obecność innych wielkich czempionów – Jacka Wszoły, Władysława Kozakiewicza, Artura Partyki, Jerzego Pietrzyka, Mariana Woronina, Władysława Nikiciuka, Teresy Sukniewicz-Kleiber, Grażyny Rabsztyn. Pojawili się też weterani polskiej l.a. – legendarny ośmiusetmetrowiec Zbigniew Makomaski, płotkarz (a do dzisiaj trener) Edward Bugała oraz wiecznie młody odkrywca talentów Roman Wszoła. To preludium jubileuszowych uroczystości nasunęło jednak i mnie, i obecnemu prezesowi PZLA Henrykowi Olszewskiemu nieco przygnębiającą refleksję, że na tle coraz lepiej rozwijającej się polskiej  lekkoatletyki całkiem nieoczekiwanie białą plamą stała się stolica kraju, w której stosunek do „królowej sportu” symbolizują dwa wiele mówiące elementy: brak bieżni na Stadionie Narodowym i pozostający od dziesiątków lat w ruinie stadion Skry, który pół wieku temu jako pierwszy w „demoludach” został wyposażony w tartanową nawierzchnię. 

Jak na ironię, właśnie w dniu otwarcia wspomnianej wystawy największa dzisiaj gwiazda polskiej lekkoatletyki, obsypana gradem złotych medali rekordzistka świata w rzucie młotem Anita Włodarczyk ogłosiła, że  opuszcza Skrę i przechodzi do AZS AWF Katowice, gdzie – nie tylko jej – oferuje się o wiele lepsze warunki, a pod bokiem jest nasza lekkoatletyczna arena numer jeden – rewelacyjnie unowocześniony Stadion Śląski w Chorzowie. 

No cóż, kiedyś największym zagłębiem lekkoatletycznym w kraju był okręg stołeczny, a w obrębie tzw. Wielkiej Warszawy tętniło życiem aż 13 stadionów z bieżniami, rzutniami i rozbiegami. Śmiem twierdzić, że gdyby kolejne władze miasta i państwa (likwidacja kompleksu sportowego Gwardii!) nie torpedowały sportu wyczynowego w Warszawie, polska lekkoatletyka miałaby się jeszcze lepiej, a i piłkarska młodzież miałaby gdzie grać. 

Tymczasem tuż za płotem reprezentacyjnego Centrum Olimpijskiego, mieszczącego Muzeum Sportu i Turystyki, straszy dwiema zardzewiałymi bramkami i zarośniętą już dawno żużlową bieżnią boczne boisko Spójni (okresowo Sparty), klubu, w barwach którego odnosił sukcesy wspomniany Zbigniew Makomaski, mistrz biegów na 400 i 800 metrów. Od pewnego czasu parkuje się tam samochody, a na co dzień wciąż gęstą trawę skubią kozy i konie. Czyżby w Warszawie zainicjowano akcję „Zamieniamy boiska na pastwiska”?

 

MACIEJ PETRUCZENKO


Aktualności

Kalendarz imprez