Co oznaczają ostatnie świetne wyniki w świecie lekkiej atletyki?

Co oznaczają ostatnie świetne wyniki w świecie lekkiej atletyki?

Trzecia najlepsza odległość w historii pchnięcia kulą. Dwa rekordy świata w nietypowych konkurencjach: 150 metrów oraz 300 metrów przez płotki. Znakomity wynik na sto metrów sprintera, który specjalizował się dotychczas w dłuższych dystansach. Mimo tego, że świat lekkiej atletyki dopiero budzi się do życia, na przełomie ostatnich tygodni byliśmy świadkami kilku naprawdę imponujących wyników. Czy biorąc pod uwagę zakłócony rytm przygotowań w związku z pandemią, powinniśmy być takim stanem rzeczy zaskoczeni?

To miał być sezon jak wszystkie inne. O tym, że nie będzie, zaczęliśmy przekonywać się pod koniec stycznia, kiedy odwołane zostały halowe mistrzostwa świata w Chinach. W ciągu kolejnych tygodni pandemia koronawirusa rozniosła się z Azji na cały świat, co miało swoje nieuniknione konsekwencje. Z kalendarza znikały kolejne imprezy, a 24 marca stało się jasne – igrzyska olimpijskie zostaną przełożone.

Nie wiedzieliśmy nawet, czy świat sportu nie będzie zamrożony do końca roku. Te obawy okazały się jednak niesłuszne. Mamy drugą połowę lipca i choć na poważne mityngi (Diamentowa Liga, Continental Tour Gold) będziemy musieli jeszcze poczekać do sierpnia, to wielu najlepszych lekkoatletów już zbudowało naprawdę niezłą formę.

Ostatnie przykłady? Pod koniec zeszłego tygodnia amerykański kulomiot – Ryan Crouser – popisał się trzecim wynikiem w historii. Pchnął 22,91 m i w historycznych tabelach znajduje się przed nim już tylko dwójka zawodników z naprawdę zamierzchłych czasów – Ulf Timmermann oraz Randy Barnes.

Dwa dni później błysnął sprinter Michael Norman. Zaledwie 22-letni Amerykanin przebiegł 100 metrów w czasie 9,86 sekund, dołączając do Wayne Van Niekerka jako jeden z dwóch gości, którzy mają życiówkę na 100 metrów poniżej 10 sekund, na 200 metrów poniżej 20 sekund oraz na 400 metrów poniżej 44 sekund.

Jak cofniemy się kilka tygodni w czasie, to przypomnimy sobie również świetne występy Karstena Warholma (rekord świata na 300 m ppł) oraz Armanda Duplantisa (5,94 podczas zawodów Jump Challenge, w których udział brał też Piotr Lisek). Warto również wspomnieć o rekordzie świata na nietypowym dystansie, 150 metrów kobiet, który pobiła Brianna Rollins. Amerykanka, co ciekawe, specjalizująca się w konkurencjach płotkarskich, przebiegła ten dystans w czasie 16,41 sekundy.

Trochę się tego nazbierało, szczególnie że okres częstych startów dopiero przed nami. A jeszcze w marcu mogło wydawać się, że jeśli jakieś zawody w okresie wakacyjnym się odbędą, to wyniki nie będą nas zachwycać. Czy mówimy zatem o czymś, czego trudno było się spodziewać?

Skąd ta forma i co dalej?

Były opinie, że po pandemii z poziomem może być słabo, ale ja się spodziewałem, że będzie wysoki – mówi nam Tomasz Spodenkiewicz, statystyk lekkoatletyczny prowadzący konto Athletics News na Twitterze. – Budowano bazę pod igrzyska w Tokio, teraz jesteśmy koło tego terminu, a organizmu się nie da oszukać. Jeśli zawodnik miał w miarę komfortowe warunki do trenowania, to nic dziwnego, że wystrzelił z formą.

Z drugiej strony, wciąż mówimy o pojedynczych przypadkach. Na dodatek zawodnicy jak Warholm, Duplantis, Crouser są takimi gigantami w swoich konkurencjach i znajdują się na takim etapie kariery, że trudno od nich oczekiwać przeciętnych rezultatów. I to nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę zakłócony tryb przygotowań. Pandemia mogła uniemożliwiać im starty, ale kiedy już stanęli przed szansą, żeby się pokazać, to zrobili to w wielkim stylu.

Tych wyników wciąż jest niesamowicie mało – komentuje Janusz Rozum, komentator Eurosportu oraz statystyk Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. – Dlaczego zresztą Amerykanie teraz wystartowali? Otóż Nike zarządziło, że muszą wystartować. Dlatego też część z nich zrobiła pięć startów. Ale choćby Norman w swojej czwartej czy piątej konkurencji przebiegł 300 metrów w czasie 44,90. To już zahacza o amatorszczyznę. Oczywiście, jak zawodnicy trenują, to niezłe czasy i odległości też będą. Ale niektóre konkurencje wyglądają zaś słabiutko, jak na to, co powinniśmy w tej porze roku oglądać.

W tym wszystkim warto pamiętać o tym, że wszelkie starty w ciągu najbliższych miesięcy będą miały niewielkie znaczenie. Pod względem finansowym – jasne, pula nagród w Diamentowej Lidze nie powinna odbiegać od tego, co widzieliśmy w zeszłym roku. Zawodnicy naturalnie staną przed szansą do sprawdzenia swojej formy. Ale nie będą walczyć o medale wielkich imprez ani nawet kwalifikacje olimpijskie. Okno, podczas którego wróci możliwość zdobywania biletów do Tokio, otworzy się 30 listopada.

Z tego powodu choćby Kevin Mayer – rekordzista świata w dziesięcioboju i główny kandydat do złotego medalu w tej konkurencji na igrzyskach – wystartuje dopiero w grudniu. Jego drogą może pójść kilku czołowych zawodników, choć jak podkreśla Spodenkiewicz wcale nie tak wielu: – Jest bardzo mało lekkoatletów, również w Polsce, którzy w ogóle nie zamierzają startować. Ja jestem optymistą, co do wyników, które będziemy oglądać.

Statystyk zwraca też uwagę na specyfikę nadchodzących zawodów: – Diamentowa Liga będzie jednak inna niż w poprzednich latach. Bez rywalizacji o punkty, bez klasyfikacji. Pamiętajmy o problemach z przemieszczaniem się po świecie. Jest to nawet nie niebezpieczne, a po prostu utrudnione. Kraje mają różne wymogi co do wylotów, przylotów, kwarantanny. Mówi się choćby o tym, że może ona spotkać zawodników w Finlandii. Piotr Małachowski się jednak do tego kraju wybiera, a potem ma kolejne imprezy w kalendarzu, więc prawdopodobnie da się ją ominąć. 

Zależnie od tego, w jakim kraju odbędzie się mityng Diamentowej Ligi, będzie on mógł inaczej wyglądać. Każdy organizator osobno ogłosi format zawodów i dyscypliny, które podczas nich zobaczymy. Kto wie, może znowu dojdzie do wirtualnych potyczek, w ramach których zawodnicy będą rywalizować porozrzucani po różnych punktach globu? Oprócz Diamentowej Ligi zobaczymy też starty w ramach Continental Tour Gold, w tym choćby Memoriał Kamili Skolimowskiej (na który, jak już wiemy, przyjadą gwiazdy polskiej i światowej lekkiej atletyki).

Zawodów w okresie sierpnia, września, a nawet października będzie zatem na pęczki. Możemy spodziewać się kolejnych imponujących wyników i popisów znanym nam zawodników, którzy pójdą śladem Normana i Crousera. Trzeba jednak pamiętać, że poziom zależnie od konkurencji może się bardzo wahać. Poza tym nie każdy zawodnik miał identyczne warunki do treningu. Wszystko zależy od tego, jak mocno dany kraj dotknęła pandemia koronawirusa. Niektórzy lekkoatleci mogli trenować w pełnym komforcie, inni musieli poddać się naprawdę długiej i intensywnej kwarantannie, która zakłóciła ich rytm przygotowań.

Nikt nie patrzył im na ręce

Musimy pamiętać też o kolejnej kwestii dopingu. O ile w ostatnich tygodniach słyszeliśmy o przypadkach lekkoatletów, którzy zostali zdyskwalifikowani (Salwa Eid Naser oraz sterta kenijskich biegaczy), to nie ulega wątpliwości, że kontrole były przez minione miesiące niezwykle trudne do przeprowadzenia. Ba, możemy powiedzieć, że czasami wręcz niemożliwe. – Co do dopingu, żadnej konkretnej wiedzy nie ma, trudno to oceniać. Widziałem jednak statystyki, chyba przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, które pokazały niebotyczny spadek przeprowadzanych testów. Jest to problem. Możemy się co najwyżej łudzić, że sportowcy nie wykorzystają lub nie wykorzystali tej okazji – mówi Spodenkiewicz.

Zaufanie to podstawa, ale nie ma co być naiwnym. Na pewno niektórzy sportowcy przerwę od startów potraktowali, jako okazję do zbudowania formy w niedozwolony sposób. Nikt nie patrzył im na ręce, a oni mogli w spokoju robić, co im się żywnie podoba. Miejmy po prostu nadzieję, że takich przypadków będzie jak najmniej.

– Mówi się, że czasami do wypłukania dopingu wystarczą dwadzieścia-cztery godziny. Dlatego zawodnicy muszą się jeszcze tego samego dnia, co startowali, przed północą, stawić na kontroli. Albo weźmy ciężarowców: dwa tygodnie się gdzieś zaszyli i to im wystarczyło, żeby przejść przez jakiś cykl dopingowy – mówi Rozum. – Ten okres ostatnich kilku miesięcy bardzo więc kusił, ale z drugiej strony ludzie wpadają. Mamy około sześćdziesięciu czołowych Kenijczyków zawieszonych w tej chwili.

Odłóżmy jednak na bok pesymistyczne myśli i po prostu cieszmy się, że już w sierpniu czeka nas napakowany lekkoatletyczny kalendarz. A na dodatek stadiony (choć zapewne nie wszystkie) otworzą się przed kibicami.

Ale nawet jeśli nie zamierzamy oglądać zmagań lekkoatletów z perspektywy trybun, to po prostu warto je śledzić, co podkreśla Spodenkiewicz: – Pamiętajmy, że igrzyska odwołano w marcu. W dużej mierze więc tę formę zdążono zbudować, choć to też zależy, o jakiej konkurencji mówimy. Nie można pozwolić sobie na taki sezon, w którym cały czas startuje się na pół gwizdka. Trochę tak to wygląda, że jak się startuje, to trzeba na maksa, żeby się nie odzwyczajać. Niektórzy zawodnicy wykorzystali ten czas, aby przejść różne zabiegi, operacje, które wcześniej były odwlekane. Ale jak ktoś jest zdrowy, to szkoda tego nie wykorzystywać.

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
fan_kibolkiewicza
fan_kibolkiewicza
20 dni temu

Kovacs też rzucił 22.91 na MS w Doha. Swoją drogą niebotyczne te wyniki. Majewski rzucał o metr bliżej i wygywał złoto IO. Haratyk i Bukowiecki przekraczają 22 m i mogą niestety zapomnieć nawet o medalach.

Aktualności

Kalendarz imprez