Co ma Melbourne do Tokio, czyli czy nasi tenisiści dzięki Australian Open będą bliżej IO?

Co ma Melbourne do Tokio, czyli czy nasi tenisiści dzięki Australian Open będą bliżej IO?

Iga Świątek zagra dziś w nocy najważniejszy jak na razie mecz w dorosłej karierze: o ćwierćfinał Australian Open. W pojedynku z Anett Kontaveit z Estonii w żadnym wypadku nie będzie bez szans. Na szali będzie leżało 360 punktów do rankingu WTA oraz 525 tysięcy dolarów australijskich, czyli prawie 1,4 mln złotych. Nie mamy pojęcia, co z takimi pieniędzmi postanowi zrobić Iga w razie wygranej, ale doskonale wiemy, co zrobi z punktami. Otóż zrobi ogromny krok w stronę występu na igrzyskach olimpijskich w Tokio.

W różnych sportach kwestia kwalifikacji olimpijskiej jest mocno skomplikowana. O jednym z większych absurdów możemy mówić w kontekście siatkarskiej reprezentacji Polski. Biało-czerwoni to aktualni mistrzowie świata, ba, tytuł najlepszej drużyny globu zdobyli dwa razy z rzędu. Kiedy jednak przyszło do walki o olimpijskie paszporty, mistrzowie, czy nie, Polacy musieli grzecznie wyjść na parkiet i walczyć o swoje w turnieju kwalifikacyjnym. Oczywiście, spisali się bezbłędnie i w Tokio zagrają. Ale – teoretycznie – była możliwa sytuacja, w której mistrzowie świata olimpijski turniej siatkówki obejrzeliby jedynie w telewizji.

W tenisie sytuacja jest znacznie prostsza i bardziej klarowna. O tym, kto w lecie będzie miał okazję powalczyć o olimpijskie medale, w największym stopniu zadecyduje ranking. Nie żaden olimpijski ranking, nie tabela fair play, turnieje kwalifikacyjne i inne wynalazki – najzwyklejszy w świecie ranking WTA w przypadku pań i ATP w przypadku panów. Co to oznacza dla biało-czerwonych? Kogo z naszych reprezentantów zobaczymy na kortach Ariake Tennis Park na przełomie lipca i sierpnia (25 lipca – 2 sierpnia)? I wreszcie – kto będzie miał szanse powalczyć o medal? Sprawdzamy!

5 kompletów medali do wzięcia

W Tokio powalczy 172 zawodniczek i zawodników. Do zgarnięcia są medale w dwóch turniejach singla, dwóch debla, oraz jednym miksta. W gronie tenisowych olimpijczyków na pewno będzie mieli biało-czerwonych. Na razie jednak nie da się jednoznacznie wskazać, jak wielu.

Format turnieju olimpijskiego jest czymś pomiędzy mniejszymi turniejami z cyklu ATP i WTA oraz imprezami wielkoszlemowymi. W tych mniejszych – w grze pojedynczej rywalizują 32 osoby, w Wielkim Szlemie – 128. W Tokio, podobnie, jak niespełna cztery lata temu w Rio de Janeiro, o medale w turniejach singla powalczą 64 zawodniczki i 64 zawodników. Turnieje debla będą o połowę mniejsze, czyli zagrają po 32 pary (dwa razy mniej niż w Australian Open). Mniejszy będzie także turniej miksta, w którym w Tokio powalczy raptem 16 par mieszanych (w Wielkim Szlemie są 32). I to właśnie w nim droga do medalu będzie zdecydowanie najkrótsza. Wygranie dwóch meczów oznaczać będzie wejście do strefy medalowej. Trzy zwycięstwa – to już upragniony, pierwszy w historii polskiego tenisa medal olimpijski. Żeby sięgnąć po niego w deblu trzeba wygrać cztery spotkania, zaś w singlu – aż pięć.

Skoro wiemy już, ile osób powalczy w turniejach olimpijskich, sprawdźmy, kto będzie miał taką szansę. Zasady kwalifikacji są – jak już ustaliliśmy – bardzo proste, a głównym kryterium będą rankingi ATP i WTA, opublikowane 8 czerwca, czyli dzień po zakończeniu turnieju na kortach imienia Rolanda Garrosa w Paryżu. W tym miejscu warto się na moment zatrzymać i przyjrzeć temu, jak układane są wspomniane listy rankingowe. Tutaj też sprawa jest mało skomplikowana. W przeciwieństwie do rankingów typu „Race”, w których brane są pod uwagę jedynie wyniki z bieżącego roku kalendarzowego, główne listy ATP i WTA uwzględniają starty z ostatnich 52 tygodni.

W każdym turnieju do zdobycia jest określona liczba punktów. I tak na przykład w Australian Open, podobnie jak w każdym tegorocznym turnieju Wielkiego Szlema, awans do drugiej rundy został wyceniony u panów na 45, a u pań na 70 punktów, wygranie dwóch meczów to odpowiednio 90 i 130 punktów, zaś awans do 4. rundy to 180 lub 240 oczek. Dziś w nocy Iga Świątek powalczy o 430 punktów za ćwierćfinał (360 w cyklu ATP), a jeśli uda jej się ta sztuka, to w kolejnym spotkaniu na szali będzie leżało aż 780. Za daleko myślami w przyszłość nie wybiegamy, napiszemy więc tylko, że finał to odpowiednio 1200 punktów u panów i 1300 u pań, a finał to wreszcie zgodne 2000 oczek. W mniejszych turniejach pule zarówno nagród, jak i punktów są oczywiście znacznie niższe. Przez okrągły rok gracze kumulują swoją zdobycz rankingową, na podstawie punktów są kwalifikowani do turniejów, rozstawiani i tak dalej. Co ważne, każdy punkt, czy z małego turnieju o puli nagród 10 tysięcy dolarów, czy z Wielkiego Szlema, ma ściśle określoną, 12-miesięczną datę przydatności do spożycia. Po upływie równego roku – znika. W praktyce oznacza to konieczność obrony punktów, albo – bolesny spadek w rankingu. Przekona się o tym choćby Naomi Osaka. Japonka rok temu wygrała Australian Open, zaś teraz odpadła sensacyjnie już w trzeciej rundzie. Z 2000 punktów, zdobytych w styczniu 2019 roku, teraz przy jej nazwisku zostanie tylko 130. Szybki rachunek i wychodzi nam, że niedawna liderka rankingu straciła w Melbourne 1870 punktów, co może ją nawet wyrzucić z pierwszej dziesiątki zestawienia WTA.

Tak będzie się toczyła cała zabawa do zakończenia Roland Garros. Tam w podobnej roli do Osaki wystąpi Iga Świątek, która zanotowała tam w ubiegłym roku 4. rundę. Jeśli teraz powinie jej się noga wcześniej, straci część ze zdobytych wówczas prawie 200 punktów. Ale – nie zapeszajmy i nie martwmy się na zapas. Póki co – Iga walczy o jak największą zdobycz na twardych kortach w Melbourne, a o ziemnych obiektach w Paryżu nawet nie zaczęła myśleć.

Amerykańskie kłopoty bogactwa

W każdym razie – kiedy już sezon na ziemi się zacznie, a potem skończy przed Wimbledonem, rozpocznie się także nerwowe liczenie punktów w rankingu pod kątem igrzysk olimpijskich. Zasady kwalifikacji mówią wprost: gwarantowane miejsce w turnieju olimpijskim w Tokio mają zawodniczki i zawodnicy sklasyfikowani na najwyższych 56 miejscach w rankingu. Ale… Oczywiście – jest trochę zastrzeżeń i wyjątków, o których spieszymy wam donieść.

Po pierwsze. Każdy krajowy komitet olimpijski może wystawić maksymalnie sześć zawodniczek i sześciu zawodników. Co więcej, najwyżej czwórka z jednego kraju może zagrać w jednym turnieju (maksymalnie może to być więc po 4 tenisistki i 4 tenisistów w singlu, po dwie pary w obu turniejach debla i dwie kolejne w mikście). W praktyce będzie to więc oznaczać sytuację, w której trafi się ktoś kto wprawdzie jest w pierwszej pięćdziesiątce szóstce rankingu singlowego, ale w Tokio nie zagra. Weźmy na przykład tenisistki ze Stanów Zjednoczonych. Ranking na dziś (już zawierający ich dotychczasowe wyniki w Australian Open (oficjalne notowanie zostanie opublikowane w poniedziałek po turnieju) wygląda następująco:

8. Serena Williams
11. Madison Keys
12. Sofia Kenin
17. Alison Riske
28. Amanda Anisimova
35. Sloane Stephens
51. Danielle Collins
52. Cori Gauff
53. Jennifer Brady

Widzicie? Aktualnie na liście Amerykanek do 56. miejsca w rankingu WTA mamy aż 9 zawodniczek. Rewelacja Australian Open, 15-letnia Cori Gauff, póki co nie ma szans na to, żeby się zakwalifikować do czołowej czwórki w swoim kraju, która za pół roku powalczy o olimpijskie medale. Ba, w gronie, które na dziś jest premiowane biletem do Tokio nie ma także choćby Sloane Stephens, czyli triumfatorki US Open 2017! Oczywiście, do 8 czerwca i zamknięcia list kwalifikacyjnych do turniejów olimpijskich jest jeszcze sporo czasu i cała lista jeszcze niejednokrotnie może zostać wywrócona do góry nogami.

Ilu biało-czerwonych zagra w Tokio?

Kłopotami bogactwa u Amerykanek się nie ma co przejmować. Rzućmy lepiej okiem, jak wygląda sytuacja biało-czerwonych. Póki co, w wirtualnym rankingu, uwzględniającym wyniki z Australian Open, Hubert Hurkacz, mimo porażki z Johnem Millmanem, zajmuje 28. miejsce. Co więcej, poza słabszym meczem właśnie w drugiej rundzie w Melbourne, Hurkacz gra w tym roku znakomicie i zachwyca ekspertów, którzy przewidują, że w najbliższych miesiącach powinien się szybko piąć w rankingu. W praktyce oznacza to, że jeśli nie wydarzy się żadna katastrofa, albo (odpukać w niemalowane) kontuzja, Hurkacza na olimpijskich obiektach w Tokio zobaczymy na pewno. Z drugim Polakiem w singlu może być różnie. Kamil Majchrzak aktualnie jest notowany w okolicach setnego miejsca na liście ATP. Pewnie byłoby lepiej, ale z występu w Australian Open (pierwszego w karierze bez konieczności gry w eliminacjach) wykluczyła go kontuzja. Jeśli jednak będzie w pierwszej połowie roku 2020 robił takie postępy, jak w całym 2019, jego występ na igrzyskach będzie całkiem realny.

U pań sytuacja jest jeszcze lepsza. Póki co Magda Linette, mimo porażki w 1. rundzie Australian Open jest najwyżej notowaną Polką, zajmuje 43. miejsce na liście WTA. Iga Świątek, po awansie do 4. rundy, wskoczyła do pierwszej pięćdziesiątki i depcze po piętach starszej koleżance. Ba, jeśli w nocy zdoła pokonać Anett Kontaveit, może skoczyć o kolejnych kilkanaście miejsc. Tak, czy inaczej, według wszelkich znaków na ziemi i na niebie, obie zobaczymy w lecie na obiektach Ariake Tennis Park.

Podwójna szansa w grze podwójnej?

Tyle, jeśli chodzi o singla. Ale przecież przez długie lata, o sile polskiego tenisa stanowiła także gra podwójna. To w niej w latach osiemdziesiątych turniej za turniejem wygrywał Wojciech Fibak, potem w jego ślady poszli Marcin Matkowski z Mariuszem Fyrstenbergiem, aż wreszcie w deblu zakochał się (z wzajemnością) Łukasz Kubot, który niedawno był numerem 1 w światowym rankingu, a w CV ma triumfy w Australian Open i Wimbledonie. „Matka” i „Frytka” wprawdzie już kariery zakończyli, ale Kubot wciąż jest aktywnym graczem. I mocno myśli o tym, co wydarzy się w Tokio. A wydarzyć – w jego przypadku – może się naprawdę dużo ciekawego.

Po pierwsze – oczywiście debel. Przez lata Kubot osiągał znakomite wyniki, ale w przeciwieństwie do Matkowskiego i Fyrstenberga – z zagranicznymi partnerami. Od dłuższego czasu regularnie gra z Brazylijczykiem Marcelo Melo. Akurat w Australii panowie niespodziewanie odpadli w drugiej rundzie, ale nie zmienia to faktu, że wciąż stanowią jedną z najlepszych par na świecie. Jeśli chodzi o polskich partnerów – Kubot grywa z nimi w rozgrywkach Pucharu Davisa, a ostatnio także w ATP Cup. Na papierze – jego duet z Hubertem Hurkaczem to idealne połączenie młodości i doświadczenia, dwóch znakomitych zawodników, których style mogą się doskonale uzupełniać. Problem polega na tym, że Hurkacz w debla gra rzadko, bo – co oczywiste – skupia się głównie na swojej karierze singlowej, podobnie, jak Kubot, kiedy był w jego wieku. W efekcie ich wspólne wyniki – póki co – nie imponują. W tym roku, w rozgrywkach reprezentacyjnych ATP Cup rozegrali trzy mecze: z Argentyńczykami, Chorwatami i Austriakami. Wygrali w nich w sumie jednego seta. Szału nie ma…

Dobre wiadomości w kontekście tego debla są dwie. Po pierwsze: Hurkacz i Kubot mogą tylko zdobywać doświadczenie i wspólnie się ogrywać, stając się coraz lepszą parą. Po drugie – raczej nie powinni mieć kłopotu z kwalifikacją. Przepisy mówią jasno: gracz z pierwszej dziesiątki rankingu deblowego może sobie dobrać rodaka (z pierwszej trzysetki rankingu) i będzie miał zapewnione miejsce w turnieju olimpijskim. Teoretycznie – to powinno nam gwarantować miejsce, bo Kubot od ładnych paru lat, jeśli wypada z najwyżej notowanej dziesiątki deblistów, to tylko na chwilę. Ryzyko, że wypadnie akurat 8 czerwca nie jest zbyt duże.

Ostatnią szansą na medal w Tokio, być może zresztą największą, będzie mikst. To turniej par mieszanych, w którym zagra łącznie 16 duetów, z czego jeden z Japonii (gospodarze). Tam zasady kwalifikacji są jeszcze inne. Do turnieju mogą przystąpić jedynie zawodnicy, którzy już grają albo w singlu, albo w deblu. Z ich rankingów (singlowych lub deblowych) tworzy się ranking łączony – przykładowo: 5. w rankingu deblistów Kubot, plus 35. w rankingu tenisistek Świątek to ranking łączony 40. 15 par z najwyższym łączonym rankingiem zagra o medale w mikście (maksymalnie dwie pary z jednego kraju). Iga Świątek i Łukasz Kubot w Australian Open postanowili potrenować wspólną grę, jedną rundę już przeszli, drugą zagrają jutro rano polskiego czasu.

JAN CIOSEK

Fot. FotoPyk


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez