Chód sportowy się skraca, dochodzi breakdance. Jakie zmiany przyniosą igrzyska w Paryżu?

Chód sportowy się skraca, dochodzi breakdance. Jakie zmiany przyniosą igrzyska w Paryżu?

Równość płci, wyjście do młodych widzów, większa atrakcyjność medialna – tak w skrócie można podsumować zmiany w sportach, jakie zostaną wprowadzone podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu. Czy można się temu dziwić? Nie. Sporty olimpijskie – na czele z lekkoatletyką – od lat mają problem z przykuciem uwagi młodych odbiorców. Organizatorzy muszą starać się o ich atencję. Stąd być może niewielkie w przekroju całości, ale istotne zmiany. Część sportów zostanie skrócona, część rozdzielona, a swój wielki debiut na dorosłych igrzyskach zaliczy… breakdance. Oto, co zmieni się w Paryżu.

Po pierwsze – równość płci

Pytanie o konieczność zmian zapewne zadaje sobie wielu z was. Bo zmiany ogólnie nie są zbyt dobrze przyjmowane. I cóż, wygląda na to, że w Paryżu nie będą dotyczyły wielu sportów, lecz mają na celu kilka rzeczy. Po pierwsze, wyrównanie procentowej liczby sportowców obu płci. W Rio de Janeiro kobiety stanowiły 44% całości sportowców. W Tokio procent kobiet wyniósł 49%. Celem igrzysk w Paryżu jest równy udział kobiet i mężczyzn w stosunku 50-50.

Z tego też względu zostaną zmienione niektóre klasy w żeglarstwie. W Tokio mogliśmy oglądać pięć konkurencji męskich: RS:X, Laser, Finn, 470 oraz 49er. Kobiety występowały w RS:X, Laser Radial, 470 oraz 49erFX. Dodajmy, że różnice pomiędzy klasami Laser i Laser Radial oraz 49er i 49erFX są kosmetyczne – na przykład mniejsza powierzchnia żagla. Lecz nie wdając się głębiej w szczegóły techniczne można stwierdzić, że żeńskie wersje to nieco ulepszone odmiany żaglówek sterowanych przez panów.

W Paryżu żeglarki i żeglarze wystartują w klasach Laser Radial/Laser, 49erFX/49er oraz iQFoil, która zastąpi RS:X. Ta ostatnia to dalej windsurfing, lecz sprzęt został wymieniony na nowy, lepszy oraz tańszy w utrzymaniu i produkcji. Do tego dojdą cztery konkurencje mieszane: Nacra 17 (była w Tokio), 470, kiteboarding oraz jedna konkurencja, która nie została jeszcze ustalona.

Niewielkim, ale ważnym z naszej perspektywy zmianom ulegnie kajakarstwo. Wprawdzie w Tokio była tam równa liczba męskich i żeńskich konkurencji, jednak w Paryżu do programu dojdzie slalom ekstremalny. Niestety, odbędzie się to kosztem sprintów kajakowych, spośród których odpadnie męska i żeńska jedynka na 200 metrów. Szkoda, bo właśnie w tej konkurencji wśród pań jesteśmy naprawdę mocni. Marta Walczykiewicz w Rio de Janeiro wywalczyła w niej srebrny medal, natomiast w Tokio skończyła w finale na czwartej pozycji.

Po drugie – niektóre federacje podpadły MKOl

O ile sami nic nie mamy do zrównania liczby obu płci na igrzyskach, o tyle innego zdania może być środowisko bokserskie, w którym ogólna liczba sportowców ma zostać przez to ograniczona z 286 do 252. Choć dodajmy, że równość płci może stanowić tylko oficjalny powód. Nieoficjalnie, to kolejna część rozgrywki pomiędzy MKOl a AIBA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu), więc podmiotami, które nie żyją ze sobą najlepiej. AIBA to organizacja, która kompromitowała się przez lata – od przymykania oko na ustawianie walk bokserskich, po kolejne wpadki organizacyjne. Zatem w Tokio doszło do sytuacji bez precedensu – MKOl pozbawił ją prawa do organizowania kwalifikacji oraz samego olimpijskiego turnieju bokserskiego i przeprowadzał te zawody na własną rękę. I trzeba powiedzieć, że wyszło to naprawdę nieźle. Oczywiście, zawsze znajdzie się zawodnik pokrzywdzony werdyktem sędziowskim, lecz w porównaniu do lat minionych takich przypadków było stosunkowo mało.

Ale AIBA nie jest jedyną organizacją, której MKOl uważnie patrzy na ręce. Liczba kategorii wagowych w podnoszeniu ciężarów zostanie ograniczona z siedmiu do pięciu. To skutek bałaganu i kolejnych trupów wypadających z szafy Międzynarodowej Federacji Podnoszenia Ciężarów (IWF). Afery korupcyjne i dopingowe doprowadziły do totalnego szargania reputacji tamtejszych działaczy, na co MKOl reaguje jednoznacznie – IWF ma zrobić u siebie porządek, inaczej dyscyplinie grozi stopniowe ograniczanie konkursów medalowych. W skrajnym przypadku mówi się nawet o wydaleniu całej dyscypliny z igrzysk.

Po trzecie – medialność

To chyba największy zarzut dotyczący zmian wprowadzanych na igrzyskach. Oglądalność i pogoń za jak najlepszą sprzedażą imprezy kosztem tradycji. I tak możemy ogłosić, że Dawid Tomala pozostanie ostatnim mistrzem olimpijskim w chodzie sportowym na 50 kilometrów. W Paryżu ten dystans zniknie z programu. Format w jakim jest – a raczej była – przeprowadzana ta konkurencja, zdawał się nie do obrony z medialnego punktu widzenia. Przypomnijmy, że zawodnicy maszerują po dwukilometrowej pętli, którą pokonują dwadzieścia pięć razy. Chyba, że odliczymy symboliczne wejście na stadion, co akurat w Tokio nie miało miejsca. Ze względu na wysokie temperatury chodziarze rywalizowali w Sapporo.

W dodatku na tym dystansie na igrzyskach nie startowały kobiety, co również nie pomogło utrzymać go w programie. Poza tym, problemem był czas transmisji. Ustanowiony przez Yohanna Diniza rekord świata w chodzie na 50 kilometrów wynosi 3:32:14. Zatem zwykle na całą transmisję trzeba było poświęcić około czterech godzin. Cztery bite godziny oglądania, jak zawodnicy krążą po tym samym kółku. Przyznacie, że nie brzmi to jak najprzyjemniejszy w odbiorze sport na świecie. Oczywiście, po sukcesie Tomali w Polsce pojawiło się wiele komentarzy, że skandalem jest wycofywać konkurencję z takimi tradycjami. Lecz jeżeli stoicie po tej stronie barykady, to przyznajcie tak szczerze – oglądaliście cały marsz Polaka na żywo? Czy może kilka-kilkanaście minut finiszu i to z odtworzenia? No właśnie…

Możemy zżymać się na MKOl, że uśmierca konkurencję z tak długą tradycją. Lecz prawda jest taka, że zrobiliśmy to my, kibice, swoimi pilotami od telewizorów. Poza tym bardzo możliwe, że otrzymamy zamiennik królewskiej pięćdziesiątki w postaci chodu na 35 kilometrów zarówno w wykonaniu pań jak i panów. Choć tu zaznaczamy, że to jeszcze nic pewnego, a negocjacje wciąż trwają.

Po czwarte – wyjście do młodych

Ostatni powód zmian na igrzyskach wiąże się z poprzednim. MKOl zdaje sobie sprawę z tego, że średni wiek odbiorcy igrzysk olimpijskich z roku na rok wzrasta. Możemy oczywiście głosić wzniosłe hasła o zachowaniu tradycji i wartości sportu olimpijskiego, czy też o tym, że niektóre sporty wręcz nierozerwalnie kojarzone są z igrzyskami i zbrodnią jest ich usuwanie. Jak wspomniany chód sportowy na 50 kilometrów, obecny w programie zawodów od 1932 roku. Jednak na końcu wszystko sprowadza się do tabelek w Excelu, a te mówią jasno – igrzyska z turnieju na turniej tracą zainteresowanie. Co prawda nie opublikowano jeszcze dokładnych danych oglądalności japońskich igrzysk z całego świata, ale możemy podeprzeć się statystykami z największego rynku telewizyjnego, czyli Stanów Zjednoczonych.

Ceremonia otwarcia w Tokio przyciągnęła przed telewizory około 17 milionów Amerykanów. To aż o 36% mniej, niż  w przypadku rozpoczęcia igrzysk w Rio de Janeiro. W telewizji NBC rekord oglądalności z dnia igrzysk wyniósł 16,2 miliona, podczas gdy w Rio były to 24 miliony. Oczywiście, należy wziąć poprawkę na rzeczy takie jak zmiana strefy czasowej czy też pandemia. Lecz jednym z ważnych czynników jest to, że ludzie po prostu odchodzą od telewizji. Co prawda oglądalność turnieju na serwisach streamingowych – również tych oficjalnych – zaliczyła znaczny wzrost, jednak nie zrekompensowała różnicy pomiędzy obiema imprezami.

Stąd pojawienie się już w Tokio takich sportów jak skateboarding, surfing czy wspinaczka sportowa. Ale Paryż idzie o krok dalej, do nowych sportów dołączając breakdance. Dyscyplina ma za sobą udaną próbę generalną podczas młodzieżowych igrzysk olimpijskich w Buenos Aires w 2018 roku. Oczywiście, jej wprowadzenie wzbudza takie same kontrowersje, jak wspomniana deskorolka, słychać nawet podobne argumenty. Z jednej strony są głosy krytyków, że to nawet nie jest sport, a już na pewno nie olimpijski. Z drugiej breakdance’owi puryści mówią, że igrzyska zabiją duszę samego breakdance’u, który jest czymś więcej, niż sportem – dla nich to styl życia. Ale jeżeli samo środowisko – przynajmniej w części – jest zainteresowane dołączeniem do igrzysk, to my nie widzimy przeciwskazań. Ten sport również wymaga lat treningów i poświęceń, zatem dlaczego odbierać chętnym możliwość walki o medale?

Po piąte – ukłon w stronę gospodarzy

Kolejną zmianą na paryskich igrzyskach będzie rozdzielenie wspinaczki sportowej. Wprawdzie ten sport dopiero debiutował na igrzyskach w Tokio, ale w dziwacznej formie połączenia jego trzech odmian – prowadzenia, boulderingu i sprintu – w jedną konkurencję. O ile dwa pierwsze rodzaje wspinaczki są do siebie zbliżone, bo liczy się w nich wytrzymałość i odpowiednie podejście do problemu napotkanego na ściance, o tyle wspinaczka na szybkość to zupełnie inny sport. Przekonała się o tym Aleksandra Mirosław. Dwukrotna mistrzyni świata w sprincie w Tokio pobiła rekord świata w swojej koronnej konkurencji, lecz w pozostałych dwóch nie miała wielkich szans. W finale dwa razy zajęła ostatnią pozycję, przez co straciła szansę na medal.

Na szczęście dla polskich zawodników, których domeną jest głównie sprint, w Paryżu postanowiono odłączyć go od pozostałych dwóch typów wspinaczki. W ten sposób na następnych igrzyskach mamy podstawy by liczyć na zdobycze medalowe. Ale taka decyzja bynajmniej nie wynikała z dobrej woli Francuzów względem naszych zawodników. O statusie tego sportu nad Sekwaną opowiadał nam Tomasz Oleksy:

– Francja to kolebka wspinaczki. Są mocno ulokowani w światowej federacji, mają dużo swoich przedstawicieli. Lobbowali za zwiększeniem [konkurencji medalowych na igrzyskach] i im się udało. Dla dyscypliny idealnie się złożyło, że następne igrzyska będą w Paryżu. Dla nas – Polaków – też dobrze się składa. Bo nie oszukujmy się, Polacy nie istnieją w boulderach ani w prowadzeniu. Musimy nad tym pracować. Mamy zdolną młodzież, ale świat nam odskoczył. Natomiast we Francji wspinaczka jest bardzo popularna. Nawet na byle jakie zawody, w małych miejscowościach, przychodzi po dwa tysiące ludzi. Mają bardzo dobrze zbudowaną infrastrukturę.

Dodajmy, że wybieranie na dyscyplinę dodatkową sportu popularnego w kraju gospodarza to częsta praktyka. W Tokio mogliśmy oglądać karate oraz baseball – jeden z najpopularniejszych sportów drużynowych w Japonii. W Pekinie status sportu pokazowego miało wushu. Jednak to czy dodatkowe dyscypliny zostaną dołączone do stałego programu igrzysk nie zależy już od organizatora pojedynczej edycji turnieju. Zatem polskim wspinaczom nie pozostaje nic innego jak wykorzystać szansę, którą akurat zesłał im MKOl wybierając Paryż na gospodarza następnych igrzysk. Bo ta przez długi czas może się nie powtórzyć. Chyba, że komitet zdecyduje się na stałe przyłączyć wspinaczkę do programu igrzysk.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
metalen
metalen
4 miesięcy temu

swietny material – dzieki

pep pep
pep pep
4 miesięcy temu

,,W finale dwa razy zajęła ostatnią pozycję, przez co straciła szansę na medal.” Naprawdę dwa ósme miejsca pozbawiły ją szansy na medal ? Medal by był gdyby choc raz była 7, ale to było nierealne i to nie był wcale warunek konieczny Medal bowiem by był takze wtedy gdyby ona była (jak była) dwa razy 8 a w finałowym prowadzeniu Nonaka byłaby czwarta a Noguchi piąta, a było odwrotnie (Noguchi 4, Nonaka 5) . Zeby było dobrze bylo zatem blisko , dosłownie o włos, bo lokaty wszystkich innych zawodniczek układały się idealnie. A co Walczykiewicz, to ona jest tak wiekowa,… Czytaj więcej »

Aktualności

Kalendarz imprez