Chellsie Memmel i nieoczekiwany powrót

Chellsie Memmel i nieoczekiwany powrót

Chellsie Memmel nie jest już nastolatką. Kiedyś po treningach odrabiała lekcje, teraz znalazła się w sytuacji, w której robić będą to jej koleżanki, a ona w tym czasie będzie zajmować się dwójką swoich dzieci. Srebrna medalistka z Pekinu karierę zakończyła pierwotnie w 2012 roku, ale zdecydowała się ją wznowić, aby powalczyć o IO w Tokio. O kwalifikację olimpijską łatwo nie będzie, jednak historia sportu zna podobne, nieraz udane, powroty.

Nie ma wielu dyscyplin, które w takim stopniu promują młodość. Większość gimnastyczek, jakie oglądamy podczas igrzysk olimpijskich, to nastolatki. To zresztą nie znak czasów, a trend utrzymujący się od lat. Przykład? Nadia Comăneci, w momencie, kiedy zachwyciła publiczność w Montrealu w 1976 roku, miała zaledwie czternaście wiosen. A w ekipie “Magnificent Seven” z Atlanty 1996, o której swego czasu pisaliśmy, nie było zawodniczek powyżej dwudziestego roku życia.

Co prawda w Tokio wielką faworytką w większości konkurencji będzie 23-letnia Simone Biles, ale to absolutny wyjątek. Amerykanka jest po prostu ulepiona z innej gliny. Zresztą z racji na przełożenie igrzysk, nie można wykluczyć, że nie będzie w stanie nawiązać do formy z 2019 roku, kiedy zdominowała gimnastyczne mistrzostwa świata. Nadchodzi bowiem nowe. Szans medalowych upatruje się w 17-letniej Sunisie Lee oraz 19-letniej Morgan Hurd, ale można jeszcze znaleźć wiele ciekawych nazwisk.

Amerykanie – z racji na nowe przepisy – będą mogli zabrać do Tokio wyłącznie czwórkę reprezentantek (w Rio była ich piątka). Niewykluczone, że do drużyny załapie się, poza Biles, jeszcze jedna weteranka – 24-letnia MyKayla Skinner, której ta sztuka nie udała się w 2012 roku oraz 2016 roku. Byłoby to bez wątpienia zaskoczenie. To jednak nic w porównaniu z ewentualnym scenariuszem, w którym częścią kadry Stanów Zjednoczonych, po dwunastu latach przerwy, staje się Chellsie Memmel.

Inna generacja

Jedyny medal olimpijski zdobyła w Pekinie. Dawno przed tym, jak światu objawiły się wspomniana Simone Biles oraz Aly Raisman, najsłynniejsze gimnastyczki minionej dekady. Chellsie Memmel podczas imprezy w Chinach nie zdołała zakwalifikować się do finału w żadnej konkurencji indywidualnej, ale była częścią ekipą, która sięgnęła po srebrny medal w wieloboju drużynowym.

Dla Amerykanów oczywiście liczy się zwycięstwo. Aby przejść do historii, musisz stanąć na najwyższym stopniu podium. Szczególnie, kiedy mówimy o gimnastyce – dyscyplinie, w której Stany Zjednoczone mają obsesję na punkcie rywalizacji z Rosją. Trudno jednak po latach narzekać na to drugie miejsce – było, stało się, na końcu to jednak olimpijski krążek. A na dodatek w tamtym roku wyprzedziły ich nie Rosjanki, nie Rumunki a Chinki.

Memmel nie uchodziła za największą gwiazdę w ówczesnej ekipie USA. Amerykanie znacznie lepiej wspominają występy Shawn Johnson, a przede wszystkim Nastii Liukin. Nie znaczy to jednak, że specjalnie odstawała od koleżanek pod kątem potencjału sportowego.

Tuż przed igrzyskami w Pekinie doznała kontuzji kostki. Zdołała się wykurować na czas, ale szefostwo kadry zdecydowało się ją zgłosić do wyłącznie jednej konkurencji indywidualnej: poręczy asymetrycznych. Jak się okazało – nie bez przyczyny, bo spowolniona urazem Amerykanka odpadła już na fazie eliminacji. To, że w ogóle zdołała wystartować w drużynie i zdobyć srebro, należało uznać za mały cud.

Gdyby nie problemy zdrowotne, mogłaby zapewne zdobyć ten jeden medal więcej, albo przynajmniej o niego powalczyć. Urazy ciągnęły się za nią również, kiedy była nastolatką. Zabrakło jej na igrzyskach w Atenach, bo złamała kość w stopie. A dwa lata później, podczas mistrzostw świata, nadwyrężyła ramię. I musiała wycofać się z rywalizacji, zanim zdążyła wziąć udział w finale wieloboju indywidualnego.

Nic więc dziwnego, że chciała wycisnąć więcej ze swojej kariery. Mimo tego, że na liczniku z przodu pojawiła się jej dwójka, zamierzała wziąć udział w IO w Londynie. Niestety, na rok przed imprezą znowu w drogę weszła jej kontuzja, tym razem ramienia. Potrzebna była operacja. A potem kolejna. Straconego czasu nie udało się nadrobić. Inne zawodniczki okazały się po prostu mocniejsze, przez co krajowe kwalifikacje skończyły się dla niej fiaskiem. Tuż po nich oznajmiła, że jej profesjonalna przygoda ze sportem dobiegła końca.

Kolejne lata przyniosły wielkie zmiany. Godziny spędzane na sali gimnastycznej zamieniły się na czas wolny, który musiała jakoś uporządkować. Z czasem dorobiła się rodziny. Pierwsze dziecko Chellsie – syn Dashel – przyszło na świat w 2015 roku, a kolejne – córka Audriellle – w 2018 roku. Mimo tego, sport wciąż się jej trzymał. Zaangażowała się w trenerkę (do dzisiaj zajmuje się kilkunastoma dziewczynami w wieku od dwunastu do osiemnastu lat), regularnie zasiadała też w jury podczas krajowych mistrzostw. Oceniała choćby popisy Simone Biles.

Nawet gdyby chciała, nie mogłaby w pełni oderwać się od gimnastyki. Jej rodzice są właścicielami szkółki gimnastycznej – M&M Gymnastics. Chellsie zdarzało się przychodzić na ich salę, w celu rekreacyjnym i dla podtrzymania formy. Miało to jednak cały czas całkowicie niewinny charakter, kompletnie niezwiązany z profesjonalnym sportem. Przełomem okazała się… pandemia koronawirusa. W czasie, gdy wszystkie zajęcia odwołano, a budynek święcił pustkami, potrzebny był ktoś, kto zajmie się utrzymaniem porządku i przygotowywaniem gruntu pod ewentualne, ponowne otwarcie.

Kimś takim była właśnie Chellsie. Amerykanka zaczęła stopniowo zakochiwać się w gimnastyce na nowo. Ćwiczyła dawne akrobacje, które z czasem wychodziły jej coraz lepiej. Okazało się, że z wiekiem nie zatraciła wiele z dawnego balansu i rozciągliwości. – Kiedy zaczęłam nabierać kondycji, pomyślałam: “powinnam porobić trochę salt i zobaczyć, jak mi idą”. Wychodziły nieźle, dobrze się bawiłam i sprawy potoczyły się szybko – wspominała.

Jednak zanim oficjalnie ogłosiła, że wraca do sportu, musiało minąć trochę czasu.

Znaki na niebie i ziemi

Filmiki na Youtube zaczęła nagrywać jeszcze w ubiegłym roku. Początkowo prezentowała w nich różne ćwiczenia inspirowane gimnastyką. W połowie kwietnia, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy za sprawą pandemii M&M Gymnastics zostało zamknięte dla gości, wystartowała natomiast z cotygodniową serią “Przygody w dorosłej gimnastyce Chellsie”. Szesnasty odcinek zakończył się rozmową z jej ojcem, który zapytał:

– Chcesz coś jeszcze dodać?

– Cóż, chyba czas przyznać, że wracam do gimnastyki.

Kilka dni wcześniej zadzwoniła do Toma Forstera, kierownika amerykańskiej kadry gimnastycznej. Znała się z nim od lat i potrzebowała jego błogosławieństwa. – To zabawne, bo gdzieś daleko w głowie miałam myśl, że powie: oj, może to nie jest dobry pomysł. Ale tego nie zrobił. Był bardzo uprzejmy, bardzo wspierający. Podkreślił, żebym dbała o zdrowie. Może ktoś inny odradziłby mi powrót, ale on tylko dodał mi motywacji – mówiła.

Obecnie trenuje trzy razy w tygodniu, bo ze względu na obowiązki macierzyńskie, nie może sobie pozwolić na więcej. Przed 2012 rokiem ćwiczyła zaś osiem godzin dziennie, od poniedziałku do niedzieli. Z drugiej strony: – Kiedy byłam młodsza, najwięcej trudności sprawiało mi utrzymanie odpowiedniej formy fizycznej. Obecnie czuję, że moje nogi są silniejsze, skaczę wyżej i z większą siłą. Lepiej się też odżywiam. Nauczyłam się więcej na temat swojego ciała. Moja głowa jest lżejsza, bo moje życie nie kręci się tylko wokół gimnastyki. Przede wszystkim jestem mamą.

Najstarsza gimnastyczka w historii, która wzięła udział w igrzyskach? Oksana Chusovitina. Zawodniczka, która w ciągu kariera najpierw reprezentowała Uzbekistan, a potem Niemcy, zakwalifikowała się na IO w Rio de Janeiro w wieku 41 lat. Jest też złotą medalistką z imprezy w Barcelonie w 1992 roku, a ostatni krążek do swojego dorobku dołożyła w Pekinie (srebro). Miała wówczas 33 lata, czyli tyle, ile Memmel skończy w przyszłym roku.

Historia daje jej szansę

Podobne powroty miały już miejsce w dziejach igrzysk olimpijskich. W poszukiwaniu najbardziej jaskrawego przykładu wypadałoby przywołać historię Marka Spitza. Wybitny pływak, dziewięciokrotny złoty medalista IO, karierę zakończył po imprezie w 1972 roku w Monachium, podczas której odniósł tak spektakularny sukces, że czuł się po prostu spełniony. I nie widział przed sobą żadnych nowych celów. Potem próbował sił na różnych płaszczyznach, na przykład w showbiznesie. Pod koniec lat osiemdziesiątych zatęsknił jednak za pływaniem i postanowił, że powalczy o kwalifikację na igrzyska olimpijskie w Barcelonie.

Zabrał się do tego w stu procentach na poważnie, ponownie rzucając się w treningowy wir. Ale o ile Spitz był obdarzony olbrzymim talentem, o tyle nie był w stanie oszukać wieku. Szczególnie że musiał toczyć rywalizację o miejsce w najbardziej konkurencyjnej kadrze świata.

To, co nie udało się Spitzowi, powiodło się jego rodakowi – Anthony’emu Erwinowi. Amerykański pływak specjalizujący się w krótkich dystansach po pierwszy olimpijski krążek sięgnął w 2000 roku w Sydney. W kolejnych latach błądził jednak po życiowych zakrętach. Motywację do pływania odzyskał dopiero w kolejnej dekadzie. W Londynie o włos minął się z medalem, ale już cztery lata później ponownie został mistrzem olimpijskim.

Liczymy, że chociaż w małym stopniu w ślady Erwina pójdzie Paweł Korzeniowski. Polski pływak karierę pierwotnie zakończył w 2016 roku, ale pod koniec ubiegłego zdecydował się wrócić do treningów. Jego celem jest wywalczenie minima olimpijskiego i zakwalifikowanie się do Tokio, dzięki czemu, jako pierwszy polski reprezentant tej dyscypliny w historii, będzie mógł pochwalić się udziałem w pięciu igrzyskach. O medalach i finałach jednak nie myśli: – Sam fakt pojechania na piąte igrzyska będzie dla mnie dużym wydarzeniemmówił nam.

Powrót związany z igrzyskami z Tokio zamierza zaliczyć też Mo Farah. Brytyjczyk jednak wcale nie zawiesił wcześniej butów na kołku, po prostu przeniósł się ze stadionu na biegi uliczne. Radził sobie w nich dobrze, ale nie na tyle, aby zagrozić najlepszym – Kenenisie Bekele oraz Eliudzie Kipchoge. Być może właśnie z tego powodu uznał, że lepiej będzie, jeśli powalczy o kolejny medal na 10 000 metrów. I mimo tego, że w przyszłym roku skończy 38 lat, naprawdę nierozsądnym byłoby skreślanie go.

Pamiętamy w końcu igrzyska w Rio. Najwięcej krążków z tamtej imprezy przywiozła inna legenda igrzysk olimpijskich, Michael Phelps. Choć trzeba podkreślić, że jego przerwa od sportu trwała tylko trzy lata, czyli stosunkowo krótko, jeśli porównamy go do Erwina czy właśnie Memmel.

Amerykańska gimnastyczka jednak zapewne nie podejmuje się grzebania w historii. Wróciła, bo gimnastyka wciąż sprawia jej  przyjemność. Wróciła, bo akrobacje, które niegdyś wychodziły jej bez mrugnięcia oka, wcale nie zyskały na trudności. Wróciła, bo nikt nie zabroni jej marzyć.

KACPER MARCINIAK

Fot. Youtube


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez