“Chcemy, żeby Natalia Kaczmarek biegała poniżej 50 sekund”

“Chcemy, żeby Natalia Kaczmarek biegała poniżej 50 sekund”

Marek Rożej to cichy bohater igrzysk w Tokio. Był jednym z dwóch trenerów, obok Aleksandra Matusińskiego, sztafety mieszanej, która w spektakularnym stylu zdobyła złoty medal. Od paru lat prowadzi Natalię Kaczmarek, która w ostatnich miesiącach wyrosła na najszybszą z “Aniołków”. W październiku tego roku przejął zaś męską sztafetę 4×400 – i w krótkim czasie pomógł jej podnieść się z kolan, a potem zająć piąte miejsce w olimpijskim finale. – W Paryżu będziemy już walczyć o najwyższe cele – zapewnia w rozmowie z nami.

KACPER MARCINIAK: Spotkania z prezydentem Wrocławia, marszałkiem województwa dolnośląskiego… Sporo ma pan teraz obowiązków.

MAREK ROŻEJ: Tak to właśnie wygląda. Ale mówimy oczywiście o pozytywnych rzeczach. To miłe ze strony marszałka i prezydenta, że nas dostrzegają, doceniają i zapraszają.

Natalia Kaczmarek, pana zawodniczka, jest multimedalistką i mistrzynią olimpijską. Brzmi to kapitalnie. Kiedy pan się do tego przyzwyczai?

Przyznam, że jeszcze to do mnie nie dotarło. Prowadzenie zawodniczki czy zawodnika, który sięga po medal olimpijski, to marzenie każdego trenera. A tu nie dość, że Natalia ma tylko 23 lata, to jeszcze zdobyła dwa krążki. Tak że… aż brakuje słów. Trudno mi powiedzieć, kiedy po tym wszystkim ochłoniemy.

A niedługo będzie trzeba nowych celów.

Zgadza się, choć raczej nie będzie z tym problemu. Tak jak mówiłem, to młoda lekkoatletka. Mamy wyniki, w które celujemy. Chcemy, żeby poprawiała się indywidualnie i sprowadziła rekord życiowy do poziomu poniżej 50 sekund. Co przydarzyło się wcześniej tylko jednej Polce, oczywiście Irenie Szewińskiej.

Natalia zaczynała biegać w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie brakowało jakiejkolwiek bieżni tartanowej, musiała zasuwać po mączce. Potem przyjechała na studia do Wrocławia i trafiła do pana. Progres, który poczyniła od tamtego czasu, jest imponujący.

To przywilej wieku i talentu. Była prawidłowo prowadzona od kategorii młodzieżowych, juniorskich, więc potem mogła szybko się poprawiać. Natomiast co do nawierzchni – w Gorzowie faktycznie trenowała na mączce, ale we Wrocławiu, trudno w to uwierzyć, też nie mamy żadnego stadionu z czterystumetrową bieżnią, która byłaby tartanowa.

Potencjał Natalii był ukryty w ubiegłym roku? Słyszałem, że biegała naprawdę szybko, tylko przez odwołane mityngi i brak regularnych startów, nie była w stanie tego pokazać.

Pandemia w ubiegłym roku nam i tak, ironicznie, pomogła. Po przełożeniu igrzysk olimpijskich mogliśmy skupić się na spokojnej pracy i testowaniu nowego treningu. Wiedzieliśmy doskonale, że wszystko idzie w dobrą stronę. Tylko tak jak pan powiedział – trudno było to sprzedać, bo brakowało startów, szczególnie tych w mocnej stawce. Zdarzało się też, że nie mieliśmy szczęścia do warunków atmosferycznych. W 2020 roku więc brakowało cyferek, ale Natalka już była szybka.

Czyli kiedy zaczęła regularnie biegać poniżej 52 sekund, nie był pan specjalnie zaskoczony?

Tegoroczne treningi, w okresie bezpośredniego przygotowania przed sezonem, wskazywały na to, że jest w naprawdę dobrej dyspozycji. W kwietniu przebywaliśmy też na zgrupowaniu na Teneryfie, gdzie mieliśmy optymalne warunki pogodowe do treningu. Widziałem, na jakich Natalka biega prędkościach.

A potem w Chorzowie, tuż przed mistrzostwami świata sztafet, kadra uczestniczyła w sprawdzianie na 400 metrów. Wyniki były nieoficjalne, ale pobiegła wówczas 51.40. Zatem, kiedy wystartowała już w oficjalnych zawodach i zrobiła 51.03… byliśmy może trochę zaskoczeni, biorąc pod uwagę, że to był początek sezonu. Ale zdawaliśmy sobie sprawę z jej możliwości.

Żałował pan, że nie udało się jej awansować do olimpijskiego finału na 400 metrów? Czy nie miało to znaczenia, bo podstawowym celem i tak były sztafety?

Czuliśmy rozczarowanie. I wcale nie byliśmy zadowoleni z ani wyniku, ani miejsca. Poziom co prawda należał do kosmicznych, bo awans do finału dawało 49.82. Ale po cichu i tak liczyliśmy na to, że się w nim znajdzie. Co do samego biegu półfinałowego: może na tle tak mocnych rywalek nie było to widoczne, ale ona bardzo szybko go rozpoczęła. Praktycznie zrobiła po drodze życiówkę na 200 i 300 metrów.

Muszę jednak przyznać, że po finale sztafet 4×400 cieszyliśmy się poniekąd z tego, że nie biegała w finale indywidualnym. Była w końcu bardziej wypoczęta. Możemy gdybać – co by było, gdyby znalazła się w najlepszej ósemce na 400 metrów? Może kosztowałoby ją to dużo sił, a potem w damskiej sztafecie nie udałoby się nam zdobyć medalu?

Forma młodszych zawodniczek, czyli nie tylko Kaczmarek, ale i Kornelii Lesiewicz, zmotywowała resztę Aniołków?

Na pewno duża rywalizacja w sztafecie 4×400 kobiet napędza wyniki. Dziewczyny mobilizują się nawzajem, każda z nich chce znaleźć się w tej finałowej czwórce na ważnych zawodach. Natalka zresztą od paru lat pukała do trzonu sztafety. Już w 2018 roku brała udział w halowych mistrzostwach świata oraz mistrzostwach Europy. Co prawda biegała co najwyżej w eliminacjach, ale jednak była członkinią zespołu.

Na tym to wszystko polega. Jeśli jest napór młodych zawodniczek, które się poprawiają i robią coraz lepsze czasy, to starsze i bardziej doświadczone koleżanki czują się zmotywowane, aby pracować, biegać i – co by nie mówić – zdobywać medale. Bo przecież ta ekipa od 2017 roku z żadnej imprezy nie wracała z pustymi rękoma.

Jak wysoko sięgają możliwości Kaczmarek? Możemy oczekiwać, że wkrótce będzie walczyć o medale wielkich imprez nie tylko w sztafetach, ale nawet indywidualnie?

Myślę, że tak. Jej życiówka jest niewiele gorsza od tej Justyny Święty-Ersetic, która przecież niejednokrotnie pojawiała się w finałach na 400 metrów. Z mistrzostw Europy w Berlinie przywiozła nawet złoto. Mocno wierzymy, że Natalka będzie osiągać podobne wyniki. Dzięki naszym metodom treningowym nie boimy się rywalizacji “turniejowej”. Im więcej biegów na dużej imprezie, tym jej szanse wzrastają.

Tymczasem wiele dziewczyn ma świetne wyniki w tabelach, ale niekoniecznie sprawdza się w bieganiu dzień po dniu. Brakuje im powtarzalności.

Natalia Kaczmarek i Justyna Święty-Ersetic po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego w sztafecie mieszanej

Podczas igrzysk w Tokio był pan jednym z dwóch trenerów złotej sztafety mieszanej. Jak wyglądał podział obowiązków między panem a Aleksandrem Matusińskim?

Można w skrócie powiedzieć, że ja byłem odpowiedzialny za męską część, a Olek kobiecą. Natomiast wszelkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Ja przedstawiałem mu swoją kolejność, jeśli chodzi o moich zawodników, on robił to samo, tylko z dziewczynami, a potem rozmawialiśmy – czy ten skład będzie dobry, czy może coś pozmieniać. Jesteśmy od lat przyjaciółmi i powiedzmy, że nad sztafetą mieszaną pracowaliśmy razem.

A to nie wyglądało tak, że złoty medal sztafety mieszanej przyszedł “przy okazji”? Bo skupialiście się głównie na swoich zespołach?

Nie, nic z tych rzeczy. Już od mistrzostw świata w 2019 roku, kiedy polska sztafeta mieszana zajęła piąte miejsce w finale, wierzyliśmy w jej spore możliwości. Wydawało nam się nawet, że może być jeszcze mocniejsza niż sztafety damskie czy męskie. Szczególnie że w nich konkurencja na świecie od zawsze była zawsze bardzo duża. Kiedy zatem chłopcy zaczęli na treningach biegać naprawdę szybko, mocno nastawiliśmy się na miksta. Chcieliśmy zacząć igrzyska z przytupem. I to się faktycznie udało, bo sztafeta zdobyła złoto.

Sztafeta mieszana biegała w “superkolcach”, rewolucyjnych butach z karbonową wkładką. Może pan coś o nich więcej opowiedzieć?

Dają sporą różnicą w porównaniu do tradycyjnych kolców. Ale to nie tak, że my je wynaleźliśmy i zyskaliśmy dzięki nim przewagę, jak to gdzieś dało się przeczytać. Po prostu obserwowaliśmy to, co dzieje się na świecie. Wielu zawodników już w ubiegłym sezonie biegało w nowych kolcach. I w tym roku, podczas halowych mistrzostw Europy, dziewczyny też z nich korzystały, dzięki współpracy z firmą zaopatrującą je w obuwie.

Całe szczęście, że w Tokio nam ich nie brakowało, bo patrząc na inne reprezentacje – mało którzy zawodnicy biegają w innych kolcach. Zrobiliśmy wszystko, żeby nie zostać w tyle.

Potrzeba trochę czasu, aby się do nich przyzwyczaić?

Trzeba je obiegać, bo inaczej odbicie z kolców jest kierowane bardziej do góry niż do przodu. Wypada zatem zrobić w nich parę treningów, też dlatego, żeby dostosować technikę biegu i wykorzystać jak najlepiej możliwości tych butów.

Męską sztafetę przejął pan w październiku 2020 roku. Czuł się pan początkowo jak na placu budowy? Trzeba było wszystko zmieniać i naprawiać?

Nie do końca. Wiedzieliśmy, że chłopcy mają potencjał. Natomiast trzeba było odbudować u zawodników motywację. I przekonać ich, że starty zespołowe powinny być dla nich najważniejsze. Do pewnego momentu wszyscy skupiali się głównie na startach indywidualnych, a sztafetę traktowali jak dodatkową, mniej ważną konkurencję.

Natomiast, nie oszukujmy się – różnice do światowych potęg są takie, że to właśnie w drużynie nasz potencjał jest największy. Podsumowując: naszym czterystumetrowcom również w 2020 roku nie brakowało możliwości, ale potrzebne było kilka rozmów, trochę pracy, zrobienie dobrej atmosfery i zyskanie świadomości, że starty sztafetowe to priorytet.

Kłody pod nogami się jednak na przestrzeni ostatnich miesięcy pojawiały. Łukasz Krawczuk nie był w stanie odbudować formy, Rafał Omelko zakończył karierę, a Jakub Krzewina miał problemy natury pozasportowej. Fundamenty sztafety zostały podłamane.

Zgadza się, ale miała miejsce ta sama sytuacja co u dziewczyn. Pojawiła się młodość. Przed zawodnikami, którzy dotychczas byli w cieniu, otworzyła się szansa. Najważniejsze było przekonać ich, że mogą przejąć schedę po starszych kolegach i odnosić nie mniejsze sukcesy.

Sytuacja z Polską Agencją Dopingową uderzyła Krzewinę? Stracił nieco motywacji do treningów, czuł – nieuzasadniony – wstyd?

To też pytanie do niego, ale myślę, że tak. W momencie, kiedy dowiedzieliśmy się, że został zawieszony, zarówno mi, jak i jemu, odechciało się trenowania. Natomiast w momencie, kiedy pojawiło się światełko w tunelu, Jakub zyskał dodatkową motywację, aby udowodnić swoją niewinność, swój talent – a to najlepiej było zrobić zbudowaniem dobrej formy sportowej.

Krzewina pobiegł w eliminacjach sztafet 4×400 w Tokio. I wynik był rewelacyjny.

Już przed imprezą wszystko wskazywało na to, że jego forma jest zwyżkowa, że biega coraz szybciej. A potem na zgrupowaniu w Japonii zrobiliśmy chłopakom sprawdzian na 400 metrów i moje przypuszczenia się potwierdziły. Co ciekawe, Krzewina i Mateusz Rzeźniczak zrobili wtedy podobny czas. Dlatego też zdecydowałem, że jeden z nich pobiegnie w eliminacjach, a a drugi w – ewentualnym – finale. Jakub poszedł na pierwszy ogień, bo ma większe doświadczenie. Ale z racji na zakłócone przygotowania do igrzysk nie miałem gwarancji, że dzień pod dniu będzie w stanie dać z siebie wszystko.

Marek Rożej i Jakub Krzewina

Jednym z celów sztafety z Birmingham, która w 2018 roku pobiła halowy rekord świata, było rozprawienie się z najlepszym czasem w historii Polski na stadionie. Wam w Tokio zabrakło do niego niewiele.

Tak, w eliminacjach 55 setnych, a w finale 49 setnych. Bez dwóch zdań chłopaki uwierzyły, że są w stanie pobić rekord Polski. Pamiętajmy, że ich pierwszy bieg w Tokio przebiegał w idealnych warunkach – nie było tłoku na zmianach, kolizji. Kajtek Duszyński na finiszu nie musiał też wypruwać sobie żył, tylko mógł oszczędzać siły na kolejny bieg.

Natomiast, patrząc na przebieg rywalizacji finałowej, uważam, że wynik, który udało nam się osiągnąć, jest bardziej wartościowy. Od początku biegliśmy na piątej czy szóstej pozycji. Cały czas byliśmy w tłoku, musieliśmy nadrabiać na zmianach, bo nie przekazywaliśmy pałeczki przy krawężniku, tylko na środkowym torze. Tak więc – to nie był komfortowy bieg, ale wynik udało się wykręcić rewelacyjny. Można nawet powiedzieć, ze to był najlepszy występ Polaków w sztafecie 4×400 w historii, biorąc pod uwagę okoliczności.

Wspomniał pan o Kajetanie Duszyńskim. Ten chłopak w Tokio zachwycił wszystkich fanów lekkoatletyki w Polsce. Ma niesamowity “gaz” na finiszu.

To zawodnik, który na co dzień trenuje z Krzyśkiem Węglarskim w Łodzi. Zrobili kawał dobrej roboty. Kajtek zresztą pukał do męskiej sztafety od paru lat. Nawet podczas słynnych HMŚ w Birmingham był rezerwowym. Udowadniał zatem swoją przydatność, ale dopiero w tym roku, kiedy paru zawodników odeszło, on uwierzył, że może być mocnym filarem drużyny. Poprawił się indywidualnie, został mistrzem Polski na stadionie. Jego wyniki pokazują, że nie ma w Polsce pustki na 400 metrów, pojawiają się następcy.

Piąte miejsce w olimpijskim finale – taki wynik, jeszcze w maju, kiedy miały miejsce nieoficjalne mistrzostwa świata sztafet w Chorzowie, byłby trudny do uwierzenia.

Tak, ale w sezonie halowym chłopcy byli w naprawdę dobrej dyspozycji. Wierzyliśmy, że na HME w Toruniu powalczymy z Holendrami o zwycięstwo. Przytrafił się jednak COVID. Czwórka z szóstki naszych zawodników miała pozytywny test. I o ile dwóch zawodników nie miało objawów, tak dwóch pozostałych przechodziło chorobę długo i ciężko. Zatem podczas mistrzostw świata sztafet było u nich widać pozostałości “pocovidowe”.

Natomiast, patrząc historycznie, męska sztafeta nigdy nie była w stanie przygotować wysokiej formy na początek maja. Brało się to poniekąd z tego, że zawodnicy są nauczeni budowania formy na mistrzostwa Polski. Wtedy decyduje się ich o przyszłości, o tym, kto załapie się na docelową imprezę. Myślę jednak, że w przyszłym roku, nawet w kwietniu czy w maju, dyspozycja czterystumetrowców będzie wysoka.

Celem męskiej sztafety na igrzyska w Paryżu jest medal?

Tak, myślę, że możemy to otwarcie przyznać. Wiadomo, że na świecie jest sporo mocnych sztafet, sporo kandydatów do medalu. Ale trzeba sobie wysoko stawiać cele. Ta sztafeta rodziła się w ciężkich bólach, była poddawana różnym testom. Jeszcze na dwa miesiące przed igrzyskami w Tokio nie wiedzieliśmy, czy w ogóle na nie pojedziemy. Ale potem, po zajęciu piątego miejsca w olimpijskim finale, czuliśmy lekki niedosyt.

Męska sztafeta jest młoda, ma duże możliwości. Za trzy lata podejmiemy więc walkę o najwyższe cele, czyli o medale.

ROZMAWIAŁ
KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Waffen77
Waffen77
1 rok temu

Medale, buahaha… Męska sztafeta…

LOLEK
LOLEK
10 miesięcy temu
Odpowiedz  Waffen77

Znafca się odezwał. Ileś tam lat temu w medale dziewczyn na MŚ też wielu nie wierzyło.

Ostatnio edytowany 10 miesięcy temu przez LOLEK

Aktualności

Kalendarz imprez