“Chcę zacząć na pełnej petardzie”. Opóźniony powrót Marii Andrejczyk

“Chcę zacząć na pełnej petardzie”. Opóźniony powrót Marii Andrejczyk

W 2019 roku Maria Andrejczyk z grupy sportowej ORLEN planowała wrócić na najwyższe obroty i znów cieszyć się sportem. Plan się nie zmienił, ale na drodze pojawiły się nowe przeszkody. Czwarta oszczepniczka igrzysk olimpijskich w Rio nie traci jednak nadziei, że najpierw upora się z drobnym problemem zdrowotnym, a potem poradzi sobie z nowym systemem kwalifikacji i zobaczymy ją w akcji także w Tokio. “Nie chcę sobie narzucać zbyt dużej presji na ten rok, bo wiem, że to zabije moje rzucanie” – przyznała zawodniczka w rozmowie z Weszło.

Latem 2016 roku jej historią przez chwilę żyła cała Polska. Nie tylko wygrała kwalifikacje do olimpijskiego konkursu, ale zrobiła to w najlepszym możliwym stylu, bijąc przy okazji długoletni rekord Polski. Miała wtedy 20 lat, na scenę wdarła się przebojem i zupełnie nieoczekiwanie z dnia na dzień zaczęła być traktowana jako medalowa nadzieja. Gdy przyszedł decydujący moment najważniejszych zawodów czterolecia, Andrejczyk walczyła do samego końca, ale do medalu zabrakło jej ostatecznie zaledwie dwóch centymetrów.

Mimo okoliczności był to znakomity wynik zawodniczki, która miesiąc przed igrzyskami nie weszła nawet do finału mistrzostw Europy. Dość powiedzieć, że jej największym sukcesem było do tego momentu juniorskie mistrzostwo Europy z 2015 roku. Olimpijski medal przegrała z Barborą Spotakovą – dwukrotną mistrzynią olimpijską, którą uważa za wielką idolkę. W wywiadzie przeprowadzonym na gorąco po finale Maria zapowiedziała zresztą zemstę, ale w kolejnych miesiącach musiała się odnaleźć w zupełnie innych realiach.

Choć po igrzyskach w Rio “Przegląd Sportowy” uznał ją nawet “Odkryciem Roku”, to potem zniknęła niemal z dnia na dzień. W 2017 roku nie zobaczyliśmy Andrejczyk w akcji na żadnej imprezie. W zaciszu lekarskich gabinetów rozpoczęła się zupełnie inna walka – o zdrowie. U 21-letniej wówczas zawodniczki zdiagnozowano “zmęczeniowe pęknięcie barku”. Perypetie z barkiem trwały prawie 2 lata i zakończyły się operacją, po której nastał czas długiej i ostrożnej rehabilitacji.

Gdy Andrejczyk w końcu wróciła do rzutów, startowała zupełnie z innego pułapu. W 2016 roku w Rio wyśrubowała rekord Polski do poziomu 67,11 m, jednak dwa lata później jej najlepszy wynik w sezonie wyniósł 54,24 m. Nie to było jednak najważniejsze.

Nauczyłam się nowego ruchu moim barkiem

przekonywała oszczepniczka w rozmowie z nami w sierpniu 2018 roku i stopniowo zwiększała treningowe obciążenia.

Po drodze musiała odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Długa przerwa w startach to brak odpowiednich wyników. To z kolei przełożyło się na utratę stypendium kadrowego. Zawodniczka przestała być także częścią programu sponsoringowego Team 100, ale do igrzysk olimpijskich w Tokio może liczyć na wsparcie grupy sportowej Orlen oraz miasta Suwałki. W marcu 2019 roku – podczas 19. Pucharu Europy w rzutach w Samorinie – Polka pokonała barierę 60 metrów. To był zdecydowanie dobry prognostyk przed sezonem letnim, który Andrejczyk chciała zainaugurować już 4 czerwca w Rydze. W ostatnich dniach pojawiły się jednak pewne komplikacje, które zmusiły zawodniczkę do zmiany planów.

Niestety, na ostatniej prostej przed pierwszym zaplanowanym startem w sezonie letnim pojawił się drobny problem zdrowotny. Tym razem z łokciem – odezwała się moja stara kontuzja, z którą walczyłam cztery lata temu. Byłam na USG i na szczęście nie jest to nic poważnego. Czeka mnie zachowawcze leczenie, rehabilitacja i wzmacnianie przedramienia, ale szybko wszystko powinno wrócić do normy.

– uspokaja Maria Andrejczyk w rozmowie z Weszło.

Czekałam długo na te starty i naprawdę chciałam zacząć na pełnej petardzie. Muszę rzucać ze spokojną głową i na 100 procent moich możliwości. Nie chcę w tym roku zaczynać sezonu letniego mając w głowie to, że coś mnie boli i że za chwilę z moim łokciem może dziać się coś poważniejszego. Dlatego też po konsultacji z moim trenerem zrezygnowaliśmy z dwóch pierwszych planowanych startów. Jeśli po krótkiej przerwie wszystko będzie dobrze, to planuję rozpocząć sezon 20 czerwca. Wolę poczekać nawet kilka dni dłużej, ale muszę mieć pewność, że wszystko jest ustabilizowane.

– dodaje oszczepniczka.

Walka o igrzyska na nowych warunkach

W międzyczasie zmieniły się trochę zasady gry. Od 1 maja rozpoczął się niezwykle ważny okres w światowej lekkoatletyce – zawodnicy i zawodniczki mogą zapewnić sobie udział w igrzyskach olimpijskich. Nowy system kwalifikacji jest jednak skomplikowany. Jedna z dróg prowadzących do Tokio obejmuje “stary” sposób wypełnienia olimpijskiego minimum. Wartości te zostały jednak określone na relatywnie wysokim poziomie. Dla oszczepu to granica 64 metrów. Dla porównania – srebrna i brązowa medalistka ostatnich mistrzostw Europy w Berlinie nie pokonały podczas konkursu finałowej bariery 62 metrów.

Jeśli jednak ktoś nie wywalczy awansu drogą wypełnienia minimum, to przepustkę może sobie zapewnić korzystając z systemu rankingowego. To nowość – punkty do rankingu można zbierać startując z sukcesami w najważniejszych imprezach. Pierwszeństwo mają jednak ci, którzy wypełnią minima, ale nie jest wykluczone, że do listopada Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) odrobinę te wartości skoryguje.

Minimum olimpijskie jest na bardzo wysokim poziomie. Mimo wszystko widzimy po wynikach w tym roku, że dziewczyny rzucają naprawdę daleko. Świat idzie do przodu i trzeba go gonić – nie ma wyjścia! Nowy sposób kwalifikacji to ciekawe zjawisko, bo mam wrażenie, że dzięki temu może wzrosnąć atrakcyjność lekkoatletyki w oczach kibiców. System rankingowy sprawia, że pojawi się dodatkowy element kalkulacji, ale nie oszukujmy się – on jest szansą dla osób, które chcą po prostu pojechać na igrzyska. Jeśli ktoś chce pojechać tam po coś więcej, to minimum olimpijskie nie powinno być problemem

– ocenia Maria Andrejczyk.

Jestem gotowa psychicznie na ostrą walkę o to, by to minimum olimpijskie wypełnić. Nowy system może nałożyć na nas w określonych przypadkach dodatkową presję. Pojawi się element kalkulacji, który będzie czymś nowym, ale nie sądzę, by miało to wpływ na moje rzuty. Jak oszczep poleci, to poleci – do tego to się sprowadza. Te igrzyska są dla mnie cholernie ważne, ale traktuję je jako kolejne sportowe wyzwanie

– przyznaje czwarta zawodniczka olimpijskiego turnieju w Rio.

W 2019 roku poziom najlepszych oszczepniczek rzeczywiście może robić wrażenie. Do czerwca aż 29 zawodniczek pokonało granicę 60. metra. Osiem z nich przekroczyło już granicę 64. metra, a kilka zrobiło to podczas Pucharu Europy w rzutach w Samorinie. Andrejczyk w marcu osiągnęła tam najlepszy wynik w sezonie, wygrywając przy okazji rywalizację w grupie B. Dodatkowo zrobiła sobie prezent – skompletowała to osiągnięcie w dniu swoich urodzin.

„Presja zabije moje rzucanie”

Ten start dał mi dużo pewności siebie. Po nim wiem, że mój bark jest w dobrej kondycji. Po tym rzucie wyluzowałam i naprawdę odpoczęłam psychicznie. Teraz skupiam się tylko na czystych, normalnych przygotowaniach – tak jak robiłam to przed operacją. Oczywiście nadal mam ten bark gdzieś z tyłu głowy i tak pewnie pozostanie już do końca kariery, bo siłą rzeczy po tych wszystkich przejściach jest dla mnie najważniejszy. Teraz moim drugim oczkiem w głowie stał się łokieć (śmiech). Wiem, że muszę dbać o mój aparat ruchu, bo jeśli nie będzie zdrowy, to nie będzie dalekiego rzucania

– dodaje Andrejczyk.

Ostatnie miesiące są podporządkowane sportowi, ale zawodniczka nie zapomina także o studiach. Niedawno przeniosła się z Białegostoku do Suwałk i właśnie jest w trakcie sesji. Przed kilkoma miesiącami miała problem z zatokami, który skończył się ostatecznie operacją usunięcia kostniaka – niegroźnego nowotworu. Dzięki temu Andrejczyk – pod czujnym okiem trenera Karola Sikorskiego, z którym pracuje od lat – mogła w ostatnim czasie trenować z jeszcze większym obciążeniem.

W sezonie zimowym pracowałam najciężej w moim życiu. Nigdy wcześniej nie trenowałam z aż takim zapałem i poświęceniem. Przede wszystkim była w tym świadomość – wiedziałam co mam robić, wiedział to również mój trener. Mieliśmy określony kierunek i krok po kroku wiedzieliśmy, w którą stronę chcemy zmierzać. To był naprawdę konkretny okres przygotowawczy. Plan ułożony przez trenera bardzo mi pasował – jestem dumna, bo ten progres był naprawdę widoczny. Poprawiłam się fizycznie – zarówno siłowo, jak i pod względem szybkości i skoczności

– przyznaje 23-latka.

Na co to się przełoży w kontekście moich rzutów? Nie wiem, ale już nie mogę się doczekać żeby to sprawdzić! W tym sezonie będzie mnie cieszył każdy wynik powyżej 55-57 metrów. Warunki mogą być różne, różnie może być też z moją dyspozycją, ale bez względu na wszystko będą to solidne osiągnięcia. Celuję oczywiście wyżej, ale nie chcę sobie narzucać zbyt dużej presji na ten rok, bo wiem, że ta presja zabije moje rzucanie. Chcę mieć w tym taką czystą sportową radość, ale jednocześnie podchodzę do wszystkiego bardzo spokojnie. Przede wszystkim chcę się dobrze bawić

– dodaje.

W ostatnich latach zdążyliśmy dobrze poznać podejście naszej oszczepniczki do sportu i jedno wydaje się pewne – Andrejczyk to jedna z tych zawodniczek, które rywalizację mają we krwi. Choć sama zainteresowana nie chce głośno mówić o swoich konkretnych marzeniach na ten sezon, to pokonanie tak szybko granicy 60 metrów zdecydowanie wydaje się być dobrym prognostykiem.

Presja? Na razie jeszcze nie występuje, ale stopniowo wraz z kolejnymi występami pewnie zacznie się pojawiać. Maria Andrejczyk zdążyła jednak już udowodnić, że nie ma z nią problemu. W ostatnich latach na własnej skórze poznała blaski i cienie wielkiego sportu. Wielokrotnie mogła z tego wszystkiego zrezygnować, ale każda kolejna przeszkoda zdaje się ją coraz bardziej nakręcać. Kolejne cele na ten sezon związane między innymi z występami na mistrzostwach Polski w Radomiu, Uniwersjadzie w Neapolu, a klamrą wieńczącą sezon startów będą lekkoatletyczne mistrzostwa świata w Katarze.

 

 

FOT. NEWSPIX.PL


Aktualności

Kalendarz imprez