Chabowski: Walka o olimpijskie marzenie trwała od 2008 do 2021 roku

Chabowski: Walka o olimpijskie marzenie trwała od 2008 do 2021 roku

Marcin Chabowski to maratończyk, który do igrzysk ma pecha – przed Pekinem zabrakło mu niewiele do kwalifikacji, a przy okazji tych w Londynie i Rio doznawał kontuzji, które wykluczały go z wyjazdu czy nawet samej walki o niego. Do Japonii, tak się wydaje, wreszcie pojedzie.

W rozmowie z nami – a to gość, co nie unika trudnych tematów – mówi o czasach, gdy był odcięty od szkolenia, ponoszonych przez niego kosztach, szalonym biegu na mistrzostwach Europy w Zurychu, samotnych treningach bez szkoleniowca i zbliżającym się czasie olimpijskim, który będzie dla niego jednak doświadczeniem niepełnym, bo… możliwe, że w ogóle nie zawita do Tokio, a jedynie do Sapporo, gdzie wytyczono trasę biegu. 

KAMIL GAPIŃSKI: Jesteś znany z tego, że nie gryziesz się w język, więc zacznijmy od trudnego pytania. Jaką trójkę z piątki Polaków, którzy wywalczyli kwalifikację olimpijską, zabrałbyś na igrzyska?

MARCIN CHABOWSKI: Myślę, że wybór jest oczywisty – trójkę z najlepszymi czasami. Z tego względu, że wszyscy biegliśmy w ten sam dzień. Każdy miał też wybór, gdzie startować. Ci, którzy biegli w Dębnie, mieli wyniki, które predysponowały ich do startu w Holandii. No i przede wszystkim – historia pokazuje też, że trzy najlepsze wyniki w kraju ten start na igrzyskach gwarantowały.

Z tego co czytam w wytycznych dotyczących wyboru – najważniejsza będzie dyspozycja zdrowotna. Potem dyspozycja startowa, dalej – pozycja w rankingu World Athletics, miejsce uzyskane na mistrzostwach Polski oraz starty na innych imprezach rangi międzynarodowej. Potrafię sobie zatem wyobrazić, że niekoniecznie ten jeden wynik okaże się najważniejszy.

Zasady, które wymieniłeś, dotyczą przede wszystkim konkurencji, które odbywają się na stadionie. W ich przypadku często trzeba się potwierdzać dwa razy czy wystartować na mistrzostwach Polski przed imprezą docelową, podczas których ocenia się właśnie dyspozycję startową oraz zdrowotną. Jeśli w jakiejś konkurencji było pięciu kwalifikantów, to ostatecznie na imprezę mógł nie pojechać zawodnik z najlepszym wynikiem, tylko pierwsza trójka mistrzostw Polski. Natomiast jeśli chodzi o maraton – wygląda to inaczej.

Sam się nie obawiam, bo większość wspomnianych punktów działa na moją korzyść. Dyspozycja startowa – wszyscy mamy taką samą, bo startowaliśmy tego samego dnia. Dyspozycja zdrowotna – każdy jest zdrowy. World Ranking – mam najwięcej punktów z całej piątki. Imprezy mistrzowskie? Byłem 10. w Barcelonie, 4. na ME w Amsterdamie i miałem jeden nieudany start w Zurychu. Koledzy nie są w stanie pochwalić się tyloma startami na zawodach podobnej rangi, nie wspominając o moich występach w Pucharze Europy na 10 000 metrów na bieżni.

Jak popatrzymy na czasy z Enschede i Dębna: ty miałeś najlepszy – 2:10.17. Adam Nowicki pobiegł 2:10.21, tak więc deptał ci po piętach. Arkadiusz Gardzielewski, który wygrał maraton w Polsce, zanotował 2:10.31. Za nim znaleźli się Kamil Karbowiak z wynikiem 2:10.35 oraz Krystian Zalewski z 2:10.58. I tu jest ciekawa kwestia – może ktoś z PZLA stwierdzi, że Zalewski owszem, miał piąty czas, ale i tak zanotował najlepszy debiut w historii polskich maratończyków, przez co dostanie szansę w Tokio. Potrafisz sobie coś takiego wyobrazić?

Niekoniecznie. Gdyby miał czwarty czas, wyglądałoby to inaczej. Ale jest piąty i wyprzedził go młody Karbowiak, który ma też trochę większe doświadczenie – bo przebiegł trzy maratony. Mam dużą sympatię do Krystiana, bo to mocny i utalentowany zawodnik, który zresztą został rekordzistą Polski w półmaratonie. Jestem przekonany, że w kolejnych startach udowodni, że stać go na jeszcze szybsze bieganie. Ale kwalifikacje de facto się skończyły. Każdy miał szansę, Krystian zanotował bardzo dobry bieg, ale jest dopiero piąty w kolejce. Trzymam jednak kciuki, żeby pojechał na igrzyska jako zawodnik na 3000 metrów z przeszkodami, bo z tego, co wiem, jest wysoko w rankingu. I są ewentualne plany, aby wrócił do tej konkurencji na kilka miesięcy.

A no właśnie – dlaczego rozmawiam z maratończykiem, który prawdopodobnie poleci do Tokio, a nie z gościem, który błyszczy na 3000 metrów z przeszkodami? Zdobyłeś mistrzostwo Europy juniorów i prawie pobiłeś rekord Europy juniorów na tym dystansie, ale ostatecznie poszedłeś w innym kierunku.

Wszystko sprowadziło się do problemu systemowego. W Polsce wygląda to tak, że może i masz talent, i jesteś wybijającą się postacią, ale cały czas musisz się potwierdzać. Cały czas musisz robić wyniki na imprezach rangi mistrzowskiej, nawet tych młodzieżowych. Zamiast skupić się na rozwoju długofalowym, zawodnicy są poddawani szybkiej specjalizacji. Tak to wyglądało w moim przypadku – byłem źle prowadzony.

Miałem świetne wyniki juniorskie, ale nie było na mnie odpowiedniego planu – skupienia się na krótszych dystansach, poprawienia zapasu prędkości czy siły. Z czasem zabrakło mi i zdrowia, i mocy, aby biegać szybciej na przeszkodach. Pamiętam do dziś, jak, w wieku 21 lat, dwukrotnie o dziewięć setnych minąłem się z kwalifikacją na igrzyska w Pekinie. Mogłem co prawda załapać się na tę imprezę z minimum B, ale zarząd PZLA stwierdził, że nie wyśle młodego perspektywicznego zawodnika, tylko szóstego biegacza do sztafety 4×400, który potem okazał się kontuzjowany. I w Pekinie miał czterotygodniową wycieczkę.

Wtedy obraziłem się na przeszkody i zacząłem biegać na 10 000 metrów, rozwijając się w stronę biegów długich.

Jak wspominasz swój debiut w maratonie? Czy to był przełomowy moment, po którym zakochałeś się w królewskim dystansie? A może wręcz przeciwnie?

Mój debiut był bardzo nieudany. Chciałem mocno rozpocząć swoją przygodę w tej konkurencji, szczególnie że dobrze poradziłem sobie w półmaratonie, i zrobić minimum na igrzyska w Londynie. W połowie dystansu uciekła mi liderująca grupa, przez co biegłem sam. I na 36. kilometrze zabrakło mi kompletnie prądu. Tak jakby jakaś siła wyższa nacisnęła przycisk “power off”. Tak więc swojego pierwszego maratonu nie ukończyłem. Zostałem sprowadzony na ziemię. Drugi występ był podobny. Zameldowałem się na mecie, ale prawie na kolanach. Wynik? 2:14.30. Było to traumatyczne przeżycie, na ostatnich dwunastu kilometrach po prostu cierpiałem. Po wyścigu postanowiłem – po dziesięciu latach – zmienić trenera. Rozpocząłem współpracę ze szkoleniowcem zagranicznym. Minęło pół roku i pobiegłem swoją życiówkę – 2:10.07 – kwalifikując się na olimpijską imprezę w Londynie.

Czy ta seria niepowodzeń cię nie zniechęciła? Niejeden na twoim miejscu mógłby powiedzieć: a na cholerę mi to wszystko, skoro wychodzi średnio.

Niektórzy mówią, że moja historia uprawiania sportu zawodowego jest materiałem na książkę. Wiele osób po tylu przygodach, które miałem, mogłoby dawno zakończyć karierę. Pamiętam, jak po zdobyciu mistrzostwa Europy juniorów na przeszkodach złapałem kontuzję kolana, która wyłączyła mnie na jedenaście miesięcy z biegania. Jeździłem po całej Polsce, rozmawiałem z wieloma specjalistami i nikt nie wiedział, gdzie tkwi problem. Wtedy za wszystkie oszczędności pojechałem do Szwecji na artroskopię kolana u lekarza, który operował Davida Beckhama, Wayne’a Rooneya czy największe gwiazdy szwedzkiej lekkiej atletyki. On mi pomógł. Po roku wróciłem do sportu i niedługo później zostałem mistrzem Polski w biegach przełajowych.

Marcin Chabowski

To musiała być nieprawdopodobna satysfakcja. Kiedy z niemal inwalidy stałeś się zwycięzcą.

Dokładnie. Takich historii mam zresztą wiele. Po zakwalifikowaniu się na igrzyska w Londynie, mając 26 lat, znowu odezwało się u mnie tamto kolano. Z niewiadomej przyczyny zaczęło puchnąć. Nie byłem w stanie przebiec kilometra. Nagle straciłem szansę na start na olimpiadzie. Musiałem przejść trzecią operację kolana.

Poczułeś jeszcze większą sportową złość czy byłeś na krawędzi poddania się?

No cóż, to była załamka. Jesteś młodym zawodnikiem, osiągnąłeś bardzo dobry wynik, planujesz sobie przyszłość. Myślisz o igrzyskach, o tym, co będzie potem. Projektujesz sobie to wszystko. I w mgnieniu oka to się kończy. Potrzebna jest siła charakteru, aby zmotywować się do kolejnej pracy, rehabilitacji, powrotu. U mnie wyglądało to tak, że związek wypiął się na mnie. Uważam, że zachowałem się fair, bo powiedziałem prawdę – mam kontuzję, nie mogę jechać. I w nagrodę zostałem odcięty na wiele lat od jakiekolwiek szkolenia PZLA.

Z czego ty wtedy żyłeś?

Na całe szczęście od 2009 roku jestem żołnierzem Wojska Polskiego. Gdyby nie to, nie byłbym w stanie finansowo wszystkiemu podołać i móc dalej trenować. Takich zawodników jak ja jest w kraju wielu. Wojsko zapewnia szkolenie oraz byt finansowy, żebyś mógł startować w niektórych konkurencjach i walczyć marzenia, o wysokie rezultaty.

Wracając jeszcze do poprzedniego pytania – przez wiele lat czerpałem siłę z motywacji negatywnej. Mówiłem sobie: ja im pokażę, ja im udowodnię, zobaczą, że mam talent, że potrafię się sam przygotować. No ale problem w tym, że jeśli karmisz się czymś takim, staje się to wyczerpujące psychicznie. Potem musisz przekierować motywację w inne rejony. Myśleć, że możesz, ale nie musisz. Jeżeli się nie uda, to trudno. Kiedy jesteś młody, trudno jednak mieć takie podejście.

A dlaczego zabrakło cię na igrzyskach w Rio de Janeiro?

Znowu miałem kontuzję. Trenowałem sam, bez większych środków finansowych. Poleciałem na trzy miesiące do Meksyku, ale nie miałem pieniędzy, aby sobie wszystkiego zapewnić. Nie zabrałem fizjoterapeuty z Polski i nie mogłem też sobie na miejscu żadnego załatwić. Biegałem wtedy w fajnych, ciężkich warunkach, ale czułem pewne przeciążenie i kiedy wróciłem do Polski, naderwałem mięsień. To wykluczyło mnie z walki o igrzyska.

Opowiedz o starcie w Enschede. Niektórzy obawiali się, że ten bieg odbywa się na lotnisku, w związku z czym będzie wiać, warunki mogą być nienajlepsze do robienia wyniku.

Przede wszystkim na wynik w maratonie składa się wiele czynników. Najważniejsze są forma i zdrowie. Potem jest dyspozycja dnia, to, czy wstaniesz lewą nogą, czy nie. Trzeci czynnik to trasa – w Enschede była bardzo dobra, bo płaska, na lotnisku. I również kluczowy element – atmosferyczny. Tak to wygląda w maratonie: możesz trenować cały rok, ale koniec końców musisz mieć szczęście, bo jak będzie straszny wiatr, nie osiągniesz dobrego czasu. Nam się w Holandii udało tego uniknąć. Z tego co wiem – w Dębnie również pogoda dopisała. Dlatego też naszej piątce udało się tak dobrze pobiec.

A właśnie – kolejną sprawą jest postawa pacemakerów. To, czy dobrze wykonają swoją robotę. W Enschede wywiązali się z niej znakomicie. A na przykład podczas zawodów w Warszawie 2019 roku zakontraktowany pacemaker, który miał trzymać tempo przez trzydzieści kilometrów, odpadł na dwudziestym drugim. Zostałem więc sam na trasie, a był wtedy duży wiatr. Do samej mety musiałem walczyć i skończyło na 2:13.10, a nie 2:11:30. Zatem – żeby maraton wyszedł, wszystko musi się zgadzać.

W Holandii tak właśnie było. Do tego przed samym startem czułem się bardzo wyluzowany. U Adama Nowickiego, młodszego zawodnika, z którym mieszkałem w pokoju, było widać, że jest nerwowy, przejęty. Dzień wcześniej o godzinie piętnastej zaczął przygotowywać rzeczy startowe. Wykonywał swoje rytuały, a ja oglądałem film na komputerze i tylko się uśmiechałem pod nosem. Ale ostatecznie to on chrapał w nocy, a ja musiałem kopać w jego łóżko, bo praktycznie nie zmrużyłem oka. Położyliśmy się o 22:45, a pobudkę mieliśmy mieć o 4:30, a ja prawie w ogóle nie spałem.

Przez jego chrapanie?

Nie do końca. Czułem podświadomie, że ten maraton to dla mnie wielka szansa. I że chciałbym ją wykorzystać. Nieprzespana noc trochę mnie zmartwiła. Ale też doświadczenie podpowiadało mi, że najważniejsza jest noc dwa dni przed startem. Pamiętam, jak w 2014 roku, kiedy pobiegłem 2:11 w Łodzi i zakwalifikowałem się do mistrzostw Europy w Zurychu, też nie przespałem całej nocy przed startem.

Mogę się tu z tobą zgodzić. Przed swoim Iron Manem w 2018 roku przespałem jakieś dwie godziny, jak zszedłem o 4:30 zjeść śniadanie totalnie nieprzytomny, pomyślałem „jak ja będę przez 11 godzin uprawiać sport, jak jestem w takim stanie?”, a potem, gdy wszedłem do wody, wszystko puściło i poszły konie po betonie.

Włączyła się adrenalina.

No właśnie.

Marcin, jak patrzę na twoją maratońską historię, to wychodzi, że nie do trzech, a czterech razy sztuka. Nie udało się w Pekinie, Londynie i Rio. Tokio po prostu musi wyjść. Szczególnie, że gdyby było rok temu, jak pierwotnie miało być, to pewnie też byś tam nie pojechał, bo znów zmagałeś się z urazem. On by cię mógł wykluczyć, ale igrzyska przełożono. Wydaje się, że wszystko jest w tym Tokio pod ciebie.

Historia na fajną książkę, która może kiedyś powstanie. (śmiech) Cztery igrzyska i w końcu – mam nadzieję – dopiąłem swego. Jeśli stanę na starcie, to zrobię wszystko, by ukończyć ten maraton z dobrym wynikiem i zamknąć ten etap. Od 2008 do 2021 trwała walka o to, żeby to olimpijskie marzenie spełnić.

W momencie, gdy staniesz na starcie po tylu latach wyrzeczeń, walki – moim zdaniem to już jest zwycięstwo. Oczywiście, jak cię znam, to podejrzewam, że będziesz tam zasuwał. Chodzi mi jednak o to, że sam fakt znalezienia się tam, to już duża rzecz.

Jedyne, co mnie boli, to to, że stracę ten klimat igrzysk, bo prawdopodobnie nie będziemy mieszkać w wiosce olimpijskiej w Tokio. Nie będę miał styczności z zawodnikami innych reprezentacji, nie pójdę na stadion dopingować kolegów czy na mecz koszykówki, żeby obejrzeć Amerykanów.

Nie zjesz hamburgera w wiosce olimpijskiej po starcie… To pierdoły, ale takie, które budują klimat igrzysk.

Dokładnie. Nie zaliczę też na przykład imprezy z zawodnikami z innych krajów. Dlatego boli mnie, że w 2012 roku nie poleciałem do Londynu. Z tego, co wiem, to teraz polecimy do Sapporo na obóz aklimatyzacyjny, wystartujemy w maratonie i nawet prawdopodobnie nie weźmiemy udziału w ceremonii zamknięcia igrzysk, a dwa dni po tym zamknięciu wrócimy do domu. Pod tym względem te igrzyska mogą być dla mnie bolesne – że przez COVID nie poczuję tego klimatu.

Do tego prawdopodobnie wystartujemy bez kibiców. Już w Enschede nie było fanów i czułem się jak na treningu, nie jak na faktycznym maratonie. Przewaga Dębna była taka, że trochę tych kibiców było na trasie i dopingowali, a to mobilizuje do wysiłku. W Holandii biegliśmy w takich laboratoryjnych warunkach bez dopingu, pewnie podobnie będzie w Sapporo. Ale może to i dobrze, mam już doświadczenie, wiem jak się wyłączyć i skupić na biegu.

Pomyślisz trochę o kotach… Bo to jest zawsze tak, że ci którzy nie biegają, zadają maratończykom pytanie: „O czym wy myślicie w trakcie biegu?”. Ty kiedyś powiedziałeś, że o swoich kotach. Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

Czasem śmieję się do żony, że na trasie muszę dać radę, żeby zarobić na karmę i żwir. (śmiech)

A to nie są tanie rzeczy!

Tak, zwłaszcza, że mój kot je drogą karmę, więc trzeba się zmobilizować, żeby być kilka miejsc wyżej, gdzie premia finansowa jest większa. Ale tak szczerze to najlepszy stan podczas maratonu jest – według mnie – stanem takiej pustki, transu. To może się wydać dziwne, ale biegniesz i nie myślisz o niczym. Masz pustkę w głowie. Przed sobą masz koszulki, przeciwników, skupiasz się na odgłosach stóp, które uderzają o asfalt, swoim oddechu, nie rozglądasz się na lewo-prawo, nie myślisz o tym, czy wytrzymasz. Po prostu biegniesz. To jest najlepszy stan. Wiem, że zawsze, gdy udawało mi się go osiągnąć podczas biegu, to były to udane starty.

Gdy nie jestem w stanie czegoś takiego w sobie włączyć, to myślę o różnych rzeczach. Na przykład jest taki filmik na YouTubie, absurdalny, ale mnie motywuje. W Enschede ostatnie pięć kilometrów przebiegłem najszybciej ze wszystkich. Już na 35-36 kilometrze wiedziałem, że wystarczy złapać rytm i będę miał minimum na igrzyska. Więc na tych pięciu ostatnich kilometrach powtarzałem sobie: „Jesteś zwycięzcą! Jesteś diamentem!”. Jak ktoś to wpisze na YouTubie, to od razu mu ten filmik wyskoczy. To jest taki happening, który bawi wielu ludzi.

Taka pierdoła czasami mnie motywuje, bo jest to dla mnie zabawne, pozytywne. Każdy powinien znaleźć takie zakotwiczenie, jak to się zwie w psychologii. Coś, co go motywuje. Dla jednego będzie to muzyka z „Rocky’ego” czy urywki z filmu, dla innego zawodnika będą to najlepsze momenty z jego startów, puszcza sobie kompilację ze swoich zwycięstw, zdobywanych medali z podkładem muzycznym, a dla kogoś jeszcze innego będzie to pierdoła – jego koty czy cokolwiek innego. Każdy, kto wie, co go motywuje, taką kotwicę w trudnych momentach może sobie włączyć. Ona pozwoli mu nie odpuścić, tylko zagryźć zęby i męczyć się dalej.

Marcin Chabowski

Marcin, jakie są marzenia 35-letniego maratończyka? Wyjąwszy Tokio. Do końca kariery zawodowej masz jednak bliżej niż dalej. 

Zdziwiłbyś się. (śmiech)

Wiem, że są osoby, które biegają długo. Kiedyś widziałem, jak Kenijczyk w wieku 43 lat wygrywał maraton w genialnym czasie. Marcin Konieczny, nasz mistrz świata w triathlonie, biega maraton w 2:29 mając 49 lat. Są takie maszyny. Pytam jednak o to, jak to u ciebie wygląda – czy masz plan, że biegasz do tego i tego roku, a potem koniec? I inna ważna rzecz – czy jak skończysz karierę profesjonalną, to potem, wzorem Henryka Szosta, będziesz tylko siedział i układał plany, czy chcesz amatorsko biegać? Pamiętam, że Henryk kiedyś powiedział mi, że po karierze od razu kończy z bieganiem, bo dla niego to zawód, sposób na zarabianie pieniędzy, a nie przyjemność.

Widzę siebie na Bahamach na leżaku z drinkiem i palemką. Piękna wizja. (śmiech) Szczerze powiedziawszy zawsze mówiłem, że w wieku 40 lat widzę siebie na emeryturze. Z biegiem czasu ta koncepcja się jednak trochę zmienia, ponieważ od 10 lat trenuję biegaczy-amatorów. W 2018 roku zacząłem też robić szkolenia biegowe dla amatorów, przeszkoliłem ponad 450 osób w Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Wrocławie czy Gdańsku. Przekazywanie tej wiedzy, doświadczenia, prowadzenie szkoleń i rozwijanie tego biznesu jest dla mnie satysfakcjonujące.

I tak widzę swoją emeryturę, że po karierze biegowej nadal będę mógł zostać w sporcie, działać w nim bardziej biznesowo. Mam tu na myśli szkolenia, coaching online, organizowanie obozów biegowych dla amatorów zagranicą. W grę wchodzą nawet mowy motywacyjne czy organizowanie imprez sportowych, bo mam nadzieję, że COVID się skończy, odbudują się firmy i sponsoring, będzie można na powrót robić bardzo fajne eventy sportowe dla wielu ludzi. W tym się widzę. Oczywiście, praca pracą, ale zabawa zabawą. Więc w głowie mam tez  taką wizję, że 5-6 razy w roku będę jeździć na wakacje w ciepłym klimacie, bo jestem ciepłolubny.

Okej, ale do kiedy w takim razie biegasz i jakie są jeszcze te cele?

Wydaje mi się, że to, do kiedy będę biegał, jest zależne od dwóch czynników. Pierwszy to zdrowie. Dopóki będę je mieć i będę w stanie się utrzymywać na dobrym poziomie, to będę biegać. Starty w czasach 2:14-2:15 czy łamanie z ledwością 30 minut na 10 kilometrów mało mnie interesują, bo jest to jednak poziom dużo niższy niż ten, na który mnie stać. Drugi czynnik jest mentalny, psychiczny. Jeśli będę miał w sobie cały czas motywację do ciężkiej pracy i treningu, to będę to robić. Dziś mam 35 lat. Myślę, że przy zachowaniu zdrowia jeszcze trzy lata mogę biegać na wysokim poziomie, na to mnie stać.

Czyli igrzyska w Paryżu gdzieś w tle są.

Jeżeli będą w 2024 roku, to minimalna szansa na te igrzyska jest. Byłoby to jednak już naprawdę ostatkiem sił, bo biegać igrzyska w wieku 38 lat, to już też jest wyczyn ze względu na moją przeszłość, staż treningowy. Trenuję od 2000 roku, czyli wychodziłoby prawie 25 lat biegania. Gdyby jeszcze wtedy pojechać na igrzyska…

A zamierzasz biegać hobbystycznie po zakończeniu kariery? Żeby chociaż serce lepiej pompowało krew.

Na pewno. Będę chciał utrzymać zdrowie i sylwetkę, więc na pewno będę biegać, ale bardzo spokojnie. Chciałbym organizować wyjazdy biegowo-turystyczne w wielu fajnych miejscach, jak mówiłem. To też będzie zmuszało mnie do tego, by biegać, już bardziej amatorsko. Moją pasją od kilku lat jest też golf, więc pewnie często będę chodzić na partyjki. Kiedyś byłem też koszykarzem, grałem na pozycji rozgrywającego w klubie, więc pewnie on też znajdzie się w moim repertuarze amatorskich dyscyplin. Lubię też tenis. Na emeryturze będę miał czas na rzeczy, na które nie mam go teraz, bo zawodowo biegam. W golfa jestem w stanie zagrać może kilka rund w roku, a handicap jak na amatora mam bardzo przyzwoity, bo 20. Jeżeli ktoś się zna na golfie, to wie, że nie jest to wcale zły wynik.

Czyli skończysz karierę i Mariusz Czerkawski oraz Jerzy Dudek wezmą cię w obroty. Zobaczymy, czy będziesz kozak.

Powiem tak – zawsze chciałem z Jurkiem zagrać. (śmiech)

Powiedz, gdy stajesz na starcie zawodów i wiesz, że możesz się poprawić, nawet zakręcić w okolicach życiówki jak w Enschede, to z jednej strony jest pewnie satysfakcja, bo to bardzo fajne czasy jak na Europejczyków, ludzi o naszym kolorze skóry. Natomiast jak patrzysz na afrykańskich zawodników? Czy to jest frustrujące, że gdy stajesz na starcie, to możesz stwierdzić niemal z pewnością, że nie masz z najlepszymi z nich szans? A do tego jak patrzysz na Kenijczyków? Pamiętam, że Henryk Szost, który w język się nie gryzie, bardzo narzekał na to, że jego zdaniem w większości są na dopingu i zwozi się ich na biegi wręcz autobusami. Jak ty to widzisz?

To jest trudny temat. Z najlepszymi z nich faktycznie nie ma szans. Oni półmaratony robią w 57-58 minut, a pełne maratony w 2:04 i lepiej. Poziom jest kosmiczny. I co byś nie zrobił, jakich pieniędzy w siebie nie wpompował, nie jesteś w stanie podjąć z nimi walki o medale olimpijskie. Problem polega na tym, że ty będąc na przykład 10. na mecie igrzysk, osiągając tym samym duży sukces, w Polsce dla statystycznego kibica czy dziennikarza jesteś nikim.

Jak ktoś się zna na bieganiu, to patrzy na wynik Henryka Szosta z Londynu, gdzie był dziewiąty, jak na medal olimpijski. Bo wyprzedzili go tacy kozacy, że to, czego on dokonał, to było coś niesamowitego.

Tak, pobiegł tam bardzo dobrze, był wysoko i super. Do czego jednak zmierzam – jesteś na przykład 10. na mistrzostwach świata i w Polsce nie znaczy to nic, a w USA już jesteś gwiazdą, bo ludzie wiedzą, że to 10. miejsce w takiej konkurencji jak maraton jest niemal jak medal olimpijski.

Bo cały świat biega. Nie jest tu tak jak na przykład – z całym szacunkiem – w rzucie dyskiem.

Tak, to jest duży wyczyn. Za tym idzie wsparcie, idą pieniądze. Masz wielkie kontrakty. Mogę rzucić taką anegdotą. Pojechałem na bardzo znany półmaraton w Nowym Jorku i mieszkałem w pokoju z Amerykaninem. On biegał w maratonie 2:12 z dużym hakiem. Pyta się mnie: „Widziałem, że jesteś ambasadorem takiej i takiej firmy?”. Powiedziałem mu, że no tak, jestem. On zapytał, ile mam pieniędzy od tej firmy, a ja na to: „Ale jakich pieniędzy? O co ci chodzi?”. Na to on dalej, że wie, że to tajemnica, ale żebym mu powiedział, on też mi powie, jaki on ma kontrakt. Ja mówię: „Człowieku, ale nie mam z tego pieniędzy, mam tylko sprzęt sportowy”. On nie wierzył, myślał, że kłamię. Mówi: „Niemożliwe, ja zadebiutowałem z 2:12.50 i na start dostałem kontrakt na 40000 dolarów”. To jest przykre, że w wielu krajach, gdzie rynek jest bardziej rozbudowany, zawodnicy ze słabszego poziomu mają dużo lepsze warunki od nas, biegaczy z innego rynku, tej Europy Środkowo-Wschodniej.

Powiedz mi jeszcze taką rzecz – czemu trenujesz bez szkoleniowca? Z jednej strony masz olbrzymią wiedzę i imponujące są te twoje szkolenia. Zerkałem na to, jak je prowadzisz i jak się zaangażowałeś, eksperci, których pytałem, też podkreślali, że poprawiasz tych amatorskich biegaczy. Z drugiej strony dobrze jest, gdy nawet największy kozak ma kogoś, kto potrafi spojrzeć z boku, coś poprawić, zauważyć, opcjonalnie kopnąć w dupę, gdy ma się gorszy czas, bo nie chce się trenować.

Masz rację, oczywiście. U mnie bierze się to z tego, że ja nie widzę w Polsce takiego trenera, z którym chciałbym podjąć współpracę. Dlatego trenuję sam. Myślę, że gdybym miał możliwość trenowania z jakimś zagranicznym szkoleniowcem, to takiej współpracy bym się podjął. Mówię, oczywiście, o trenerze, który osiąga sukcesy i prowadził uznanych zawodników, ma autorytet. To jednak kosztuje, wiązałoby się pewnie z jakimś procentem od nagród, ale też z wyjazdami, żeby ten trener mógł cię poznać, zobaczyć, jak reaguje na bodźce. I to by bardzo dużo kosztowało – spędzanie czasu z trenerem na zagranicznych wyjazdach, gdzie mógłby cię poznać i coś opcjonalnie poprawić. Nie ukrywam, że taka współpraca dałaby mi nową wiedzę, doświadczenie. Z chęcią trenowałbym ze szkoleniowcem Calluma Hawkinsa, Brytyjczyka, który biega bardzo dobrze. Trenuje go jego ojciec. Na pewno wiązałoby się to z wyjazdami, na które aktualnie nie mam środków finansowych. Po prostu.

Ty żyjesz, jak rozumiem, głównie z pieniędzy z wojska i ze swoich zawodników, które otrzymujesz za prowadzenie ich i szkolenia?

Tak jest. A od półtora roku nie mogę prowadzić szkoleń, bo jest COVID. Zawodów też jest mniej, więc mniej mam zawodników do prowadzenia, kolejni się wycofują, każdy ma jakieś kredyty do spłacania. Ja i tak powiem, że marzenia, oczywiście, nie mają ceny, podobnie kwalifikacja olimpijska. Ale szczerze – jestem na minus. W Enschede nie zarobiłem nic. Dopłaciłem do tego wyjazdu i przygotowań. Na Teneryfę wcześniej pojechałem na własny koszt. Do tego są takie rzeczy jak odżywki czy fizjoterapeuci, do których chodzę dwa razy w tygodniu, żeby utrzymywali mnie w zdrowiu. Patrząc na to tak, że są moje przygotowania kontra otrzymywana bonifikata za dobrze wykonaną pracę, to wychodzę na minus.

Powiem ci, że jest to wkurzające, gdy przyglądasz się temu z boku. Bo jak ktoś biega na takim poziomie i musi do tego dokładać, to znaczy, że gdzieś został popełniony błąd w systemie. Nie powinno tak być.

Ja to wszystko opiszę na pewno na swoim blogu, zapraszam tam wszystkich. W pewnym sensie to co robię, to jest amatorstwo. Jeżeli ktoś mnie nazywa zawodowcem, to ja zawsze protestuję i mówię, że nie jestem zawodowcem, a wyczynowcem. Jestem zawodnikiem wyczynowym, który ma amatorskie warunki. Bo zawodowiec tylko je, śpi i ma zapewnione warunki oraz sztab ludzi, którzy pracuje na jego sukces. A u nas nie ma biegaczy długodystansowych, którzy są zawodowcami. Zawodowcem jest na przykład Marcin Lewandowski.

Zrobimy ci więc małą reklamę. Jeśli ktoś chciałby z tobą trenować, to co miałby zrobić i jaki to jest koszt, by mieć ciebie za trenera?

Podjęcie współpracy ze mną jest bardzo proste. Wystarczy wejść na marcinchabowski.com, kliknąć w zakładkę „Trener biegania”, zapoznać się z warunkami współpracy i wypełnić formularz zgłoszeniowy. Wtedy komunikuję się z takim zawodnikiem na Skypie, ustalamy sobie cele, które są realne bądź nie.

Nie z każdym podejmuję współpracę, bo jeżeli w tym formularzu zawodnik przedstawia mi wizję swojego biegania, to ja ją modyfikuję i przedstawiam zawodnikowi wizję szkolenia – jak poprawić go technicznie, biegowo, ale tak, by przy tym zachował zdrowie. Czasem nie podejmuję współpracy z zawodnikiem, bo szkodziłoby to jego zdrowiu, a dla mnie najważniejsze jest właśnie zdrowie takiego biegacza.

Zdrowe uprawianie sportu jest dla amatora najważniejsze, a wynik sportowy jest efektem ubocznym tego, że miał ciągłość treningów, zachował zdrowie, poprawił się w wielu aspektach technicznych, siłowych, wydolnościowych i może cieszyć się z tego progresu. Czasem jednak taki zawodnik chciałby to zrobić w pół roku, a powinno to trwać dłużej – rok, nawet półtora. Jeżeli zawodnik nie chce podjąć metodycznej współpracy ze mną, to ja z nim nie współpracuję, bo nie podpiszę się jako Marcin Chabowski pod takim treningiem.

Ale to jest fajne. Nie chodzi tylko o pieniądze, ale też jednak szanowanie własnego nazwiska. Mógłbyś pewnie przyjąć 500 zawodników, wpadałoby na konto za każdego, a tego nie robisz.

Na koniec mieliśmy porozmawiać o Zurychu. Na mistrzostwach Europy uciekłeś wtedy wszystkim, przez 30 kilometrów biegłeś pierwszy. Ja pamiętam, że leżałem na kacu, bo to był dzień po ślubie mojej siostry i myślałem: „Jak ja się muszę źle czuć, skoro widzę wariata, który uciekł wszystkim i biegnie z przodu?”. Ostatecznie dojechało cię jednak zdrowie, musiałeś zejść z trasy. Co to był za bieg, jak ty właściwie wpadłeś na taki pomysł? Bo przeszedł niewątpliwie do historii polskiego maratonu.

Tu muszę krótko wrócić do tego, że w 2012 roku, po tym jak osiągnąłem życiowy sukces, a nie pojechałem na igrzyska, zostałem zupełnie odcięty od wszystkiego – szkolenia, stypendium, wsparcia. Zostałem sam jak palec. Pamiętam, że przed mistrzostwami Europy własne pieniądze pojechałem wtedy do Meksyku. Wydałem bodajże 12000 złotych na wyjazd, o ile nie więcej. Zrobiłem formę, wróciłem do Łodzi, zakwalifikowałem się na mistrzostwa.

Zrobiłem wtedy przed nimi solidny wynik – 2:11. I wyszedłem, uwaga, na minus. Bo w maratonie byłem piąty, za biegaczami z Afryki. W równaniu uposażenia i nagroda kontra moje nakłady na przygotowanie – wyszedł minus. Zwróciłem się do Polskiego Związku Lekkiej Atletyki – a ten szkolił gorszych biegaczy, takich, którzy się nawet nie zakwalifikowali – o częściową refundację kosztów, bo chciałem jechać na mistrzostwa Europy. Nie dostałem żadnych pieniędzy, ale powiedziano mi, że jak chcę jechać na mistrzostwa, to oczywiście mogę. Zafundowano mi jeden obóz przygotowawczy w Sankt Moritz. Pojechałem tam, osiągnąłem bardzo wysoką dyspozycję, wydaje mi się, że to była prawie życiowa forma.

Stając na starcie mistrzostw Europy powiedziałem sobie: „Muszę zdobyć medal, bo jak go nie zdobędę, to znowu wyautują mnie ze wszystkiego”. Bieg był bardzo wolny, na 7-8 kilometrze zaatakował Belg, zrobił rytm, a ja poszedłem za nim, bo byłem na to nastawiony, zmotywowany. Poszła więc ucieczka jak w kolarstwie. Po 200 metrach się odwróciłem, a cała grupa była daleko za nami, nikt nie poszedł. Belg się przestraszył, niemal stanął w miejscu, czekając na resztę.

A co zrobiłem ja? Don Kichot, ryzykuję. Oni się boją biec, ja byłem w życiowej formie. Zaryzykowałem, medialnie wyszło fajnie. Z perspektywy czasu, oczywiście, oceniam, że pobiegłem źle. Bo gdybym pobiegł mądrzej, to w tamtej dyspozycji i na tamtej trasie mógłbym się zakręcić koło medalu albo przynajmniej czołowej piątki. Stało się jednak, jak się stało. Zdobyłem doświadczenie, mam nadzieję, że zaprocentuje ono na igrzyskach. Podsumowując: nie byłem wtedy przygotowany mentalnie. Stałem na starcie jak nabuzowany byk, przed sobą miałem czerwoną płachtę w postaci medalu i myślałem tylko o tym, by komuś coś udowodnić, zdobyć medal, bo mnie wtedy nie odpalą przy zielonym stoliku.

ROZMAWIAŁ
KAMIL GAPIŃSKI

Fot. Archiwum prywatne


Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
michal
michal
7 miesięcy temu

Superwywiad! Dobre pytania Gapek. Trzymam kciuki za Twój występ Marcin. Oby zdrowie dopisało i złamiesz 2:10 🙂

Marcin
Marcin
7 miesięcy temu

w 2019 biegłem w Warszawie To był mój pierwszy maraton . Długo i starannie się do niego przygotowywałem . Wiadomo trening ale też przestudiowanie trasy ,cały plan biegu kiedy woda kiedy żel itp. Marcin tak jak wspomniałeś w wywiadzie na tym biegu też udało mi się wyłączyć myślenie .Pamiętam z piegu odgłos stóp i białą linie na ulicy . Biegłem całkowicie z pustą głową . Gdzieś w połowie trasy pamiętam dziewczynę która zawołała ” DAWAJ MTB ” 🙂 i to wszystko . Chciałem zmieścić się w 4 godzinach ,a na menie byłem z czasem 3:48:00 . Na samej końcówce była… Czytaj więcej »

Marcin
Marcin
5 miesięcy temu

Gratuluję wyniku! Sam też troszkę biegam. Po latach żałuję że nie spróbowałem tego sportu na poważnie… Obszerny fragment biegu z pana udziałem oglądałem przez przypadek. Jak zobaczyłem z jakim czasem wpadł pan na metę to byłem w szoku, opadła mi szczęka! Trzeba naprawdę mieć charakter i dużo samozaparcia w sobie żeby przez tyle lat walczyć z przeciwnościami i robić wyniki! Trzymam mocno kciuki za pana że na igrzyskach olimpijskich forma i okoliczności dopiszą i życiówka będzie poniżej 2:10. Bekele (wiem że to inne finanse i z tego tytułu nawet spokojniejsza głowa) swoją życiówkę zrobił w wieku 37 lat. Tak więc… Czytaj więcej »

Aktualności

Kalendarz imprez