Caster Semenyi być albo nie być…

Caster Semenyi być albo nie być…

Fundamentalna kwestia: kto jest kobietą, a kto mężczyzną – okazuje się na gruncie sportu dylematem nie do rozstrzygnięcia. 

Taki wniosek nasuwa ogólnoświatowa awantura, wywołana przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF), które usiłuje zniechęcić zawodniczki  z syndromem hiperandrogenizmu (nadmiarem testosteronu) do występowania w kategorii kobiet. Inspiracją do wprowadzenia odpowiednich restrykcji stał się – jak wiadomo – przypadek Caster Semenyi z Republiki Południowej Afryki. Będąc jeszce 18-letnią juniorką, zdobyła ona niespodziewanie złoty medal w biegu na 800 metrów na mistrzostwach świata seniorek 2009 w Berlinie. Gdy zaraz po zwycięstwie mającej budowę kulturysty-wieśniaczki z Doliny Limpopo poszedłem na konferencję prasową, okazało się, że zamiast dowiedzieć się, co ma do powiedzenia nowa mistrzyni, mogłem tylko wysłuchać krótkiego komunikatu sekretarza generalnego IAAF Pierre’a Weissa, który oznajmił nam, pismakom, że z kobiecością Caster coś jest nie tak. 

No i wtedy się dopiero zaczęło! W obronie muskularnej biegaczki stanęła – jak jeden mąż – cała Afryka, komunikat IAAF uznano za przejaw rasizmu, a w samej RPA zaprotestował nawet człowiek-legenda, były prezydent tego państwa Nelson Mandela. W bardzo niezręcznej sytuacji znalazł się wtedy ówczesny szef IAAF – Senegalczyk Lamine Diack, którego do władzy wyniosły właśnie głosy Czarnego Lądu. Żeby i wilk był syty, i owca cała, lekkoatletyczna magistratura z Monako – na swój koszt – poddała więc kontrowersyjną osiemnastolatkę farmakologicznej kuracji, prowadzącej do „sprasowania” testosteronowego pakietu  w organizmie. Po tym zabiegu Semenya zaczęła osiągać zdecydowanie słabsze wyniki, ale owa kuracja, porównywalna z okresowym przyjmowaniem pigułki antykoncepcyjnej, nie była przez zawodniczkę kontynuowana i po okresie wolniejszego biegania Caster powróciła do dawnego poziomu. W kolejnych mistrzostwach świata (Daegu 2011) zdołała wszakże wywalczyć na 800 metrów tylko srebrny medal, ulegając Rosjance Marii Sawinowej, z którą przyszło jej przegrać również rok później w olimpijskim finale w Londynie, nim ta rosyjska kombinatorka została ex post zdyskwalifikowana za doping, a dwa złote trofea przyznano wobec tego Semenyi. 

Tymczasem IAAF usiłowała wprowadzać już regulacje tyczące dopuszczalnej zawartości testosteronu w organizmie kobiecym. U przeciętnej kobiety to na ogół 2 nanomole na litr krwi, a u przeciętnego mężczyzny co najmniej 8 nanomoli, w wielu wypadkach zaś do 30 i więcej. Prawidłowość  regulacji wprowadzanych przez lekkoatletyczną centralę  zakwestionowała mająca ten sam problem co Semenya najszybsza kobieta Indii Dutee Chand, odwołując się do Sportowego Trybunału Arbitrażowego w Lozannie, który uznał, że IAAF nie ma dostatecznych dowodów, że zawodniczki z objawami hiperandrogenizmu zyskują niedopuszczalną przewagę nad rywalkami, korzystając z męskiej porcji testosteronu. W ślad za Chand do Trybunału odwołała się też Semenya.

Walka „hiperandrogenek” o przetrwanie trwała kilka lat, aż w końcu 1 maja 2019 lozański Trybunał orzekł stosunkiem głosów 2:1, że wyznaczona przez IAAF (tylko w biegach od 400 metrów do 1 mili) testosteronowa norma w postaci pięciu nanomoli na litr krwi ma istotnie obowiązywać, choć jest „wyraźnie dyskryminacyjna”. Jurorzy wybrali po prostu „mniejsze zło” – w interesie biegaczek, których kobiecość nie budzi najmniejszych wątpliwości, jak to jest chociażby w wypadku naszej Miss Ośmiuset Metrów, piątej w olimpijskim finale 2016 w Rio de Janeiro – Joannny Jóźwik. 

Restrykcyjne przepisy zaczęły oficjalnie obowiązywać, stąd obok Semenyi nie mogły już startować we wspomnianych konkurencjach również dwie pozostałe medalistki 800 metrów z igrzysk w Rio – Francine Niyonsaba z Burundi i Margaret Wambui z Kenii. Podobne wyautowanie spotkało automatycznie sporo innych biegaczek. Oficjalnie wiemy na przykład, że do majowych mistrzostw świata w biegach sztafetowych w Jokohamie nie zostały dopuszczone dwie kolejne kenijskie hiperandorgenki, biegające głównie na 400 metrów Maximilia Imali (rekord 51.18 s) i Evengeline Makena (54.41).  

Team prawników wspomagających Caster złożył w maju apelację do Federalnego Sądu Najwyższego w Szwajcarii, no i  3 czerwca wybuchła bomba – bo zgodnie z orzeczeniem tegoż, IAAF musi na razie zawiesić swoje regulacje testosteronowe do momentu, gdy staną się one absolutnie bezdyskusyjne. Tym samym odsunięte na bok biegaczki mogą powrócić na bieżnię, nie troszcząc się o liczbę nieszczęsnych nanomoli. Jest to niewątpliwy triumf licznych stowarzyszeń feministycznych, a także organizacji broniących praw człowieka i aprobujących pogląd Caster Semenyi: jaką mnie Panie Boże stworzyłeś, taką mnie masz. 

Tyle że problem odróżniania płci w sporcie wciąż pozostaje – nie tylko w lekkoatletyce – nierozwiązany. Mamy wielką kłótnię autorytetów, wskazujących przede wszystkim, że z biologicznego punktu widzenia jedna cecha (np. poziom testosteronu albo zestaw chromosomów – „kobiecy” XX lub „męski” XY) nie przesądza jeszcze kto jest kobietą, a kto mężczyzną. Oczywiście, autorytety medyczne mogą sobie gadać, a w sportowej praktyce jest tak, że będący naturalną częścią organizmu potężny pakiet testosteronowy daje zawodniczce taką samą przewagę nad konkurentkami jak ostry doping sterydowy. Zatem w rywalizacji Semenyi z Sawinową mieliśmy do czynienia niejako z… podwójnym złem – z jednej strony nieszczęsnej natury, z drugiej – dopingowej kultury, jaka szeroko przyjęła się w Rosji.

Kiedyś płeć rozróżniano w sporcie w najprostszy, acz nieco upokarzający sposób, każąc zawodniczkom defilować przed fachowym jury na golasa ze szczególnym okazywaniem tzw. drugorzędnych cech płciowych (przede wszystkim genitaliów). Z czasem kryteria sie pogłębiły, no i mamy teraz swoisty pat, bo opinie ekspertów są skrajnie różne. 

Gwoli przypomnienia warto wymienić więc nazwiska dwu sławnych polskich lekkoatletek, których kobiecość została zakwestionowana. Pierwszą z nich była przedwojenna supermistrzyni, w biegu na 100 metrów złota medalistka w 1932 i srebrna w 1936 roku – Stanisława Walasiewiczówna, która figuruje w oficjalnych annałach IAAF z imponującą liczbą 37 oficjalnych i nieoficjalnych rekordów świata. Dopiero po jej śmierci stwierdzono, że była obojnakiem, ale nikt jej ani medali, ani rekordów nie zabrał. 

Całkiem inaczej postąpiono z Ewą Kłobukowską, która na setkę zdobyła w 1964 w Tokio brąz, w 1965 ustanowiła w Pradze (wraz z Ireną Kirszenstein, później Szewińską) rekord świata 11.1, a w 1966 wywalczyła w Budapeszcie tytuł mistrzyni Europy. Otóż Ewa została w 1967 zdyskwalifikowana jako kobieta na podstawie wspomnianego kryterium chromosomowego, które dopiero 25 lat później uznano za błędne. Bogu ducha winnej dziewczynie nie zabrano wprawdzie medali, ale IAAF wykreśliła z rejestru jej rekordy (100 m, 4×100 m). Jak widać, być niewiastą w sporcie wyczynowym jest naprawdę niełatwo. I chyba rację mają ci, którzy postulują wprowadzenie – obok mężczyzn i kobiet – trzeciej płci. Taka możliwość jest już konstytucyjnie dopuszczalna w niektórych krajach (Indie!). Ale przeniesienie tej kategorii na niwę sportu wprost trudno sobie wyobrazić. 


Aktualności

Kalendarz imprez