Cały czas z niczym – kraje, które nie zdobyły medalu na letnich igrzyskach

Cały czas z niczym – kraje, które nie zdobyły medalu na letnich igrzyskach

Siódmy dzień sierpnia 2016 roku, park olimpijski Barra. W Arena Carioca 2 – jednej z trzech hal wybudowanych specjalnie z myślą o igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro – odbywa się turniej kobiet w judo w kategorii do 52 kilogramów. Zwyciężczynią zostaje Majlinda Kelmendi – zawodniczka z Kosowa, która na poprzednich igrzyskach reprezentowała Albanię.

Kelmendi była jedną z faworytek do miejsc medalowych, została nawet chorążyną reprezentacji. Ale kadra olimpijska tego państwa składała się z zaledwie ośmiu zawodników, więc wciąż to gigantyczny sukces dla Kosowian. Tym samym debiutujące na igrzyskach olimpijskich Kosowo wzbudza zazdrość wśród siedemdziesięciu innych krajów, które nigdy nie zdobyły medalu na letnich igrzyskach olimpijskich. W tym wspomnianej Albanii, uczestniczącej na tych turniejach od ośmiu edycji. Postanowiliśmy sprawdzić z jakiego powodu aż siedemdziesiąt jeden reprezentacji nie może pochwalić się zdobyczą medalową podczas tej imprezy. Zacznijmy od przedstawienia wszystkich tych, które o swój pierwszy krążek powalczą również w Tokio:

*Liechtenstein w zimowej edycji igrzysk zdobył aż dziesięć medali. To fenomenalny wyniki zważywszy na fakt, że kraj zamieszkuje mniej niż czterdzieści tysięcy obywateli. Jednak my skupiamy się na igrzyskach letnich, a w nich Liechtenstein nie może pochwalić się żadną zdobyczą medalową. Fot. Newspix

Warto dodać, że to nie wszystkie reprezentacje, które nie zdobyły medalu na igrzyskach. Jednak część krajów z zerem na koncie już po prostu nie istnieje, a reprezentacje innych… nie oznaczają kraju. Tak, jak na przykład kadra uchodźców, która zadebiutowała w Rio de Janeiro i pojawi się również w Tokio. Czy też zjednoczona drużyna obu Korei, występująca na zimowych igrzyskach w Pjongczangu. A która w razie organizacji w przyszłości letniej edycji tego turnieju w Korei Południowej – bo w Korei Północnej raczej nie wyobrażamy sobie przeprowadzenia igrzysk – może ponownie się połączyć. Jednak trudno zaliczyć ją do tabeli, skoro nie wiadomo kiedy i czy w ogóle to się wydarzy.

Kiedy ludzi kupa…

…i Herkules sobie nie poradzi – że tak pozwolimy sobie nieco wygładzić to powiedzenie. Zdawałoby się, że w kraju o sporej populacji musi pojawić się choć jeden zawodnik, który będzie w stanie zabłysnąć na igrzyskach. Ale nawet największy talent może przepaść lub nie rozwinąć się na tyle by dojść na szczyt, kiedy dane państwo nie posiada odpowiedniej struktury szkolenia, a sport nie zajmuje głowy jego mieszkańcom. Nie chodzi tu o samo zainteresowanie aktywnością fizyczną.

Większość ludności poniższych krajów ma inny, drastyczny priorytet. Mówiąc bez ogródek, życie w skrajnym ubóstwie zmusza ich do ciągłej walki o to, aby przetrwać każdy kolejny dzień. Nie może zatem dziwić, że zawodowe uprawianie sportu wykracza daleko poza ich możliwości. Spójrzmy na najludniejsze z krajów oraz ich roczny produkt krajowy brutto na osobę. Dodajmy, że realny PKB per capita w naszym kraju wynosi prawie trzydzieści sześć tysięcy dolarów rocznie.

  • Bangladesz – 171 milionów ludności – PKB 5812$;
  • Demokratyczna Republika Konga – 86 mln – 1132$;
  • Mjanma (dawna Birma) – 55,3 mln– 4831$;
  • Angola – 30,8 mln – 6878$;
  • Jemen – 30,5 mln – 1924$;
  • Nepal – 30,4 mln – 4199$;
  • Madagaskar – 26,9 mln – 1639$;
  • Burkina Faso – 21,5 mln – 2334$;
  • Mali – 20,8 mln – 2469$;
  • Malawi – 18,9 mln – 1005$;
  • Czad – 16,8 mln – 1621$;
  • Somalia – 16,3 mln – 941$.

Ludzie żyjący w wyżej wymienionych krajach każdego dnia walczą o byt. Spośród dziesięciu najbiedniejszych państw na świecie,  siedem nie zaznało sukcesu w postaci olimpijskiego krążka. Powody tak złego stanu rzeczy są różne i w wielu przypadkach nakładają się na siebie. Ciężkie warunki klimatyczne, niewiele zasobów naturalnych, niewydolna gospodarka nieraz torpedowana ciągłymi konfliktami zbrojnymi – to tylko najważniejsze z nich.

Sport – tak. Sport olimpijski – niekoniecznie

Ale choć zwykle fatalny stan państwa jest głównym powodem braku sukcesów na igrzyskach, to nie jest jedyną przyczyną. W wielu krajach bez olimpijskich sukcesów największym zainteresowaniem cieszy się piłka nożna. I chociaż w tym sporcie również nie zdobywają one najwyższych laurów ze względu na jego masowość i konkurencję, to niektóre państwa mogą pochwalić się pojedynczymi piłkarzami na światowym poziomie. Przykładem chociażby Bośnia i Hercegowina, której barwy reprezentuje Edin Dzeko – dwukrotny mistrz Anglii z Manchesterem City – czy Miralem Pjanić, gracz Barcelony, wcześniej seryjnie zdobywający tytuły w Juventusie. Ale na igrzyskach Bośniacy startowali siedmiokrotnie, za każdym razem wracając z niczym.

Wiele krajów nie osiąga sukcesów na igrzyskach również dlatego, że występuje w nich zainteresowanie dyscyplinami, których nie zobaczymy na olimpijskich turniejach. Są nimi chociażby baseball, krykiet – pojawił się raz… w 1900 roku – czy rugby. To ostatnie co prawda było obecne w Rio, ale w wersji siedmioosobowej. Nie licząc tego występu, ostatni raz w programie igrzysk rugby pojawiło się przed II wojną światową.

Ale spore grono państw posiada sporty, które są popularne wyłącznie u nich lub ewentualnie w konkretnych regionach świata. Na przykład w Bangladeszu – ósmym najludniejszym kraju na świecie – mieszkańców najbardziej pasjonuje wspomniany krykiet oraz… Ha-du-du, zwany gdzie indziej kabbadi.

Co tu dużo mówić, ten sport jest pokręcony. Przypomina grę w berka, tylko na sterydach. Polega na tym, że zawodnik drużyny atakującej musi wejść do strefy zespołu jej broniącej, dotknąć któregoś z przeciwników oraz zdołać uciec do swojej bazy. Żeby było jeszcze dziwniej, zwyczajowo gracz ten musi cały czas powtarzać słowo „kabbadi”. W Bangladeszu to wręcz sport narodowy, a Indie posiadają profesjonalną ligę, w której realizacja meczu stoi na bardzo wysokim poziomie. Mało znany sport? U nas tak, ale klipy z najlepszymi akcjami na YouTube zgarniają miliony wyświetleń.

Nasi redakcyjni koledzy – Kamil Gapiński i Paweł Paczul – zmierzyli się z komentowaniem tego sportu w ramach swojej audycji, w której często odkrywają mniej znane w Polsce sporty. Polecamy również zobaczyć na YouTube wersję ludową kabaddi, która bardziej przypomina sztukę walki, niż grę zespołową.

Wobec takiego stanu rzeczy trudno dziwić się, że choć Bangladesz uczestniczy w igrzyskach od 1984 roku, to nie przywiózł z nich ani jednego medalu. Mało tego, pomimo ogromnej liczby ludności kraj ten zwykle posyłał swoich reprezentantów w ramach dzikich kart, przyznawanych przez MKOl dla słabszych państw w celu promocji igrzysk i sportu jako takiego. Dopiero w Rio de Janeiro Bangladesz wystawił pierwszego zawodnika w historii, który uzyskał możliwość wyjazdu przez kwalifikację sportową. Dokonał tego golfista Siddikur Rahman. Wprawdzie swoją grą nie zrobił furory – zajął pięćdziesiąte piąte miejsce na sześćdziesiąt możliwych – ale dzięki tej niespodziewanej kwalifikacji Bangladesz wystawił największą reprezentację od początku udziału w igrzyskach. Liczyła ona siedmiu sportowców.

Skupiliśmy się na najludniejszym z krajów, bo jego przykład dobrze ilustruje problem braku zarówno infrastruktury jak i zainteresowania dyscyplinami olimpijskimi. Jednak istnieje mnóstwo nieoczywistych sportów z innych państw, które stanowią element ich kultury. W Jemenie tradycyjnym sportem są skoki przez wielbłąda. Dobrze się domyślacie – w przeciwieństwie do skoku przez kozła, który był dla wielu zmorą podczas lekcji WF-u, tu wielbłąd jest żywy. W Kambodży uprawia się pradal serey – ichniejszą sztukę walki, zbliżoną do kickboxingu. W tym samym rejonie Azji – na przykład w sąsiadującym z Kambodżą Laosie – popularny jest sepak takraw, który najprościej porównać do siatkonogi.

Maluczcy

4 sierpnia 1996 roku – finał turnieju bokserskiego w Atlancie. W kategorii superciężkiej (+91 kg) o złoto powalczy Władimir Kliczko – ukraiński talent, na którego osobę zakusy czynią najwięksi promotorzy na świecie. Jak okaże się po latach, nie mylili się co do jego potencjału – pięściarz zza naszej wschodniej granicy, który kilka razy walczył w warszawskiej Gwardii w czasach amatorskich, jako zawodowiec zabetonuje wagę ciężką na długie lata.

Tymczasem na drodze do olimpijskiego triumfu stanął mu Paea Wolfgramm, mało znany reprezentant Tonga – niewielkiej wysepki leżącej na południowym Pacyfiku, o populacji liczącej zaledwie sto tysięcy mieszkańców. Z finałowego starcia obaj pięściarze mogli wyjść zadowoleni. Kliczko, gdyż wygrał bez większych problemów i został mistrzem olimpijskim. Wolfgramm, bo został pierwszym – i jak do tej pory jedynym – medalistą igrzysk w historii swojego kraju. Państwa wręcz mikroskopijnego, o populacji wynoszącej mniej osób, niż wynosi liczba mieszkańców Tarnowa.

Boks w ogóle jest szczęśliwy dla małych krajów. Najmniej licznym państwem które może poszczycić się medalem przywiezionym z letnich igrzysk są Bermudy, z populacją nieco ponad sześćdziesięciu dwóch tysięcy mieszkańców. I również zawdzięczają to pięściarzowi, Clarence’owi Hillowi, który wywalczył brąz w Montrealu. Natomiast z czasów najnowszych nie sposób nie wspomnieć o Kiranim Jamesie – mistrzu olimpijskim z Londynu oraz wicemistrzu z Rio de Janeiro w biegu na 400 metrów. Reprezentuje Grenadę, którą zamieszkuje sto jedenaście tysięcy ludzi.

Ale pomimo aż dwudziestu ośmiu odbytych turniejów i całego zalewu dyscyplin – obecnych oraz takich, które wypadły z programów igrzysk – aż tak niewielkie narody na igrzyskach przepadają już w pierwszych startach. Powód jest prozaiczny – ich populacja jest tak mała, że nawet przy genialnej organizacji i finansowaniu trudno o potencjał ludzki na miarę medalisty olimpijskiego. A środki nie raz są. Mowa tu między innymi o takich krajach jak Monako, które brało udział już w dwudziestu edycjach letnich igrzysk olimpijskich, czy Liechtenstein. To państwa z największym PKB na świecie. Dla nich najszybszą drogą do sukcesu na igrzyskach byłaby zapewne naturalizacja dobrego sportowca z innego kraju.

Jednak to nie jedyny problem. Najmniejsze z nich – Tuvalu oraz Nauru – mają odpowiednio mniej niż jedenaście i dwanaście tysięcy mieszkańców. W dodatku to wyspy oddalone od większego lądu o kilka godzin drogi morskiej lub powietrznej. W przypadku takich państw trudno jest zorganizować jakiekolwiek sensowne zaplecze treningowe. Lista krajów bez medalu olimpijskiego jest usłana właśnie tego typu krajami.

Czy kiedykolwiek było blisko?

Podsumowując – obecnie kraje, które jeszcze nie zdobyły medalu, w zdecydowanej większości posyłają zawodników w ramach wspomnianych wcześniej dzikich kart, przyznanych przez MKOl. Dla takich sportowców wyjazd na igrzyska jest przygodą życia i spełnieniem marzeń. Ale wśród nich znajdują się totalni amatorzy, którzy poziomem nijak nie pasują do igrzysk olimpijskich. Jednym z najsłynniejszych przykładów takich zawodników jest Eric Moussambani – człowiek, którego w ramach dzikiej karty Gwinea Równikowa posłała do rywalizacji w pływaniu na igrzyska w Sydney. Skończyło się na tym, że zamiast walki o kwalifikację do następnego startu, Eric w basenie walczył o to, aby się nie utopić. Choć tu nadmieńmy, że swoją determinacją podbił serca tysięcy kibiców na świecie.

Większość państw, aby przełamać swoją czarną serię nie posiadając podstawowych struktur sportowych, musi liczyć na ukazanie się wyjątkowego talentu w danej dyscyplinie. Zawodnika, który w tego typu krajach mógłby z miejsca aspirować do miana najwybitniejszego sportowca w ich historii. Ponadto, musiałby on posiadać odrobinę szczęścia. Finał igrzysk to jeden start, od którego wszystko zależy. Nawet najlepszy sportowiec może zawalić akurat ten występ i wrócić z niczym. Bo zaiste, wśród wymienionych krajów byli zawodnicy, którzy na igrzyska bynajmniej nie jechali w ramach wycieczki turystycznej. Weźmy dwa przykłady sportowców, będących bardzo blisko wypisania swoich krajów z listy zeru medali na koncie.

Saint Kitts i Nevis miało ogromną szansę aby odebrać Bermudom tytuł kraju o najmniejszej liczbie ludności, który zdobył medal na letnich igrzyskach olimpijskich. Wszystko za sprawą Kima Collinsa – prawdziwego weterana biegów sprinterskich, który cieszył kibiców swoimi startami przez aż dwadzieścia trzy lata. Przez tak długi okres czasu można wziąć udział w wielu rodzajach imprez rangi mistrzowskiej. Ale sprowadzanie kariery Collinsa wyłącznie do jego długowieczności byłoby sporym nietaktem. Czterokrotnie zdobywał brązowy medal mistrzostw świata, dwa razy cieszył się z wicemistrzostwa świata w halowym biegu na 60 metrów. Jednak jego największym sukcesem jest mistrzostwo globu  na otwartym stadionie z 2003 roku z Paryża.

Zatem do Aten jechał jako mistrz. Niestety dla siebie oraz mieszkańców swojego niewielkiego kraju, zajął tam dopiero szóste miejsce, choć w finale poprawił swój najlepszy wynik w sezonie. Troszkę można było spodziewać się jednak takiego rezultatu. Paryskie mistrzostwa świata opuściło trzech zawodników, którzy wyprzedzili go w Atenach – w tym zwycięzca Justin Gatlin – a Asafa Powell został w nich zdyskwalifikowany w ćwierćfinale. Ale z drugiej strony, Collins w jednym z biegów pokonał wtedy Maurice’a Greene’a – mistrza olimpijskiego z Sydney, który z Aten przywiózł brązowy medal. Więc podium z pewnością nie było poza jego zasięgiem.

Z kolei reprezentant Somalii – Abdi Bile – miał strasznego pecha do samych startów na igrzyskach. W 1987 roku w Rzymie został mistrzem świata w biegu na 1500 metrów. W dodatku pobił rekord tej imprezy, więc w Seulu faworyt mógł być tylko jeden. Niestety, organizm Somalijczyka nie wytrzymał obciążeń, jakie ten narzucił na siebie podczas przygotowań do igrzysk olimpijskich. Bile doznał złamania kości piszczelowej i tak szansa walki o medal przeszła mu koło nosa.

Jeszcze gorszy rozwój wydarzeń nastąpił przed igrzyskami w Barcelonie. W 1991 roku w Somalii wybuchła wojna domowa, której pokłosiem były zniszczone płody rolne. W kraju którego gospodarka opiera się w większości na rolnictwie, doprowadziło to do śmierci głodowej tysięcy ludzi. Wobec takiego rozwoju wydarzeń Somalijski Komitet Olimpijski zdecydował się zrezygnować z udziału w hiszpańskich igrzyskach. I tak druga szansa medalowa przeszła Abdiemu koło nosa. Na najważniejszej imprezie czterolecia wystartował on dopiero w Atlancie. W finale zajął szóste miejsce, co i tak jest najwyższą pozycją osiągniętą przez somalijskiego sportowca na igrzyskach. Ale miał wtedy trzydzieści cztery lata, jego szczyt formy dawno przeminął. Z tego względu najbardziej może żałować dwóch straconych wcześniej szans.

Oczywiście, takich przykładów jest znacznie więcej, ale tyle wystarczy, by pokazać, że zły stan danych państw, coraz większe dysproporcje w możliwościach treningowych pomiędzy krajami dobrze rozwiniętymi, a najbiedniejszymi, czasami też zwykły pech sprawiają, że lista kurczy się coraz mniej chętnie. Zwłaszcza, że wspomniane już kilka razy fatalne warunki bytowe państwa również powodują odpływ ludzi, którzy mogliby zostać wielkimi mistrzami gdyby tylko zapewniono im podstawy. Tak, jak Mo Farah, legenda biegów długodystansowych – czterokrotny mistrz olimpijski, reprezentujący Wielką Brytanię. Ale urodzony… w Mogadiszu – stolicy Somalii, z której jego rodzina musiała uciekać w poszukiwaniu lepszego życia.

SZYMON SZCZEPANIK

Fot. YouTube – Olympics


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
airborell
airborell
4 miesięcy temu

Liechtenstein ma dziesięć medali olimpijskich! Tylko z igrzysk zimowych.

Aktualności

Kalendarz imprez