Brzmią jak żart, ale nim nie są. Osiem wyjątkowych olimpijskich historii

Brzmią jak żart, ale nim nie są. Osiem wyjątkowych olimpijskich historii

Igrzyska to nie tylko wielkie triumfy, wspaniałe ceremonie otwarcia, dramaty faworytów i niespodzianki w wykonaniu sportowców, po których się tego nie spodziewaliśmy. To też historie, które zwykle pozostają nieco w cieniu tego wszystkiego, a warte są przypomnienia. Bywa jednak tak, że w niektóre trudno uwierzyć, bo brzmią po prostu jak żart. Mimo że dziś Prima Aprilis, zapewniamy was jednak, że każda z tych, które tu przytoczymy, jest jak najbardziej prawdziwa. A zaczniemy od… ubrania.

  1. Złota bluza

Wiadomo, że sportowcy mają swoje przesądy. Jedni wchodzą na boisko tylko lewą nogą, inni spluwają wyłącznie przez prawe ramię, jeszcze inni cały rytuał przygotowania do zawodów muszą mieć niezmiennie taki sam. Czasem jednak przesąd pojawia się zupełnie przypadkowo. Tak też było na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach.

Startował na nich Parry O’Brien, amerykański kulomiot, zresztą gość, który w pewnym sensie zrewolucjonizował ówczesne pchnięcie kulą, zmieniając nieco jego technikę. Ale to temat na inną opowieść. W każdym razie nas interesuje to, że wtedy był jeszcze młodym zawodnikiem, na karku miał ledwie 20 lat. Wiadomo było, że ma spore możliwości, ale złota raczej po nim nie oczekiwano. A ten je zdobył.

Tu opowieść nieco się rozjeżdża, ale to jedyny element, który niekoniecznie się zgadza. Bo czasem mówi się, że Parry z powodu zimna ubrał bluzę, czasem, że chodziło po prostu o koszulkę. W każdym razie – w trakcie zawodów miał na sobie górną część garderoby. Gdy wygrał, uznał, że to ona przyniosła mu szczęście. Wrócił do pokoju w wiosce olimpijskiej, w którym mieszkał razem z Simem Innesem, Cy Youngiem i Jackiem Davisem. Ten pierwszy miał startować następnego dnia w rzucie dyskiem. Parry wziął to pod uwagę, opowiedział o swoim złocie i zapytał mniej więcej tak (a przynajmniej w ten sposób sobie to wyobrażamy):

– Hej, Sim, nie chciałbyś też wskoczyć w ten ciuch?

Sim stwierdził, że i owszem, chciałby. Założył więc koszulkę/bluzę i… zdobył złoto. Zachęcony tym Young, oszczepnik, stwierdził, że na swoją konkurencję też ubranie wypożyczy. I co się okazało? Ano, że i on był złoty. Został tylko Davis, płotkarz, który grzecznie za to podziękował. – Gdy do mnie dotarła, była nieco podarta i rozciągnięta od noszenia – mówił. Da się to zrozumieć.

Wystartował więc na 110 metrów przez płotki w swoich standardowych ubraniach i… przegrał, choć przez większą część dystansu zdecydowanie prowadził. Potknął się jednak na dziewiątym płotku i stracił cenne części sekundy. Czy uchroniłoby go przed tym wypożyczone ubranie? Oceńcie sami.

  1. Bez ubrań

Emil Zatopek wygrywał, choć w przesądy raczej nie wierzył. Po prostu szybko biegał, a do tego miał niesamowitą zdolność regeneracji. Tak dobrą, że w Helsinkach osiągnął coś, czego nie udało się wyrównać żadnemu innemu biegaczowi – zdobył złote medale na 5000 i 10000 metrów oraz w maratonie. Tam też złoto w rzucie oszczepem zdobyła jego żona, Dana.

Poznali się jednak cztery lata wcześniej i właściwie to na igrzyskach rozkwitała ich miłość. Wiadomo, że w wioskach olimpijskich zwykle sporo się dzieje, a nie wszystko jest przeznaczone dla mediów. Niektórzy olimpijczycy się jednak wyłamują i opowiadają historie o imprezach, seksie czy nawet ogniskach. Dana i Emil żyli jednak w zupełnie innych czasach. To był rok 1948, męska i kobieca wioska zorganizowane były osobno, trudno było nawet o zwykłe spotkanie.

Emil przekradał się więc pod okno mieszkania Dany, po drodze myląc i strażników w wiosce, i ochroniarzy przydzielonych sportowcom przez czechosłowackie, komunistyczne władze. I pod tym oknem śpiewał piosenki, oboje też wymykali się gdzieś na ubocze, spędzić ze sobą czas. I tak to wyglądało niemal codziennie. Raz jednak zostali przyłapani i to w najgorszym możliwym momencie. Zatopek postanowił pochwalić się złotym medalem z biegu na 10000 metrów. Przyniósł go do kobiecej części wioski, oboje z Daną siedli nad basenem… no i krążek właśnie tam wpadł.

Emil stwierdził, że co jak co, ale swoje pierwsze złoto wyciągnąć z wody musi. Rozebrał się więc do naga i wskoczył do basenu. Gdy już wychodził, akurat zjawiła się przełożona wioski. Pozwoliła mu się tylko ubrać, a potem wyrzuciła wielkiego mistrza na ulicę. Dana zawsze się śmiała, gdy wspominała tę historię. Pomyślcie sobie jednak, że gdzieś przez lata żyła kobieta, która mogła opowiadać znajomym, że widziała z bliska Emila Zatopka, jednego z największych lekkoatletów w historii, z jego złotym medalem… i niczym więcej.

Ciekawe, ile osób jej wierzyło.

  1. Zwycięzca, którego nikt nie poznał

Percy Williams z Kanady pojechał na igrzyska w 1928 roku, by wystartować tam w sprincie. I stał się sensacją. Zgarnął złoto zarówno na 100, jak i na 200 metrów, choć nikt się tego po nim nie spodziewał. Nawet amsterdamska orkiestra, która na szybko szukała nut do kanadyjskiego hymnu. Percy z miejsca stał się w ojczyźnie bohaterem narodowym i gdy wrócił do kraju, witało go ponoć 25 tysięcy osób.

Później zresztą wcale nie zwolnił. W 1930 roku ustanowił rekord świata, a na sto jardów wygrał bieg w Igrzyskach Imperium Brytyjskiego. Od kontynuowania kariery na najwyższym poziomie powstrzymała go kontuzja, której doznał na tej samej imprezie. Choć dodać wypada, że po okresie rehabilitacji wrócił nawet na igrzyska w Los Angeles, gdzie jednak odpadł w półfinale, a sztafeta z nim w składzie skończyła tuż za podium.

Jego najwspanialszym momentem ze sportowej kariery pozostaje więc dublet, jaki wywalczył w 1928 roku i owacyjne powitanie w ojczyźnie. Jednak już wcześniej, w Amsterdamie, wielu fanów zapragnęło świętować jego sukces. Kanadyjscy kibice podeszli więc pod hotel, w którym mieszkał Percy. Wszyscy czekali aż Williams się pojawi. I ten faktycznie to zrobił. Tyle tylko, że… nikt go nie poznał, więc Percy stał w tłumie, czekając wraz z ludźmi na pojawienie się siebie samego.

Stałem tam, czekając na „jego” pojawienie się i rozmawiając z ludźmi. Bawiłem się tą chwilą – mówił potem. Po złocie na 200 metrów pomyłki już nie było, rozpoznawali go wszyscy. Wielu dzisiejszych mistrzów zapewne marzy jednak o takiej anonimowości, jakiej uczestnikiem był Percy po pierwszym tytule.

  1. Orkiestra musi grać

Wspomnieliśmy przy historii Percy’ego, że muzycy mieli problem ze znalezieniem nut do kanadyjskiego hymnu. Ostatecznie jednak jakoś się udało. Inaczej było na igrzyskach w Helsinkach. Tamta olimpiada jakoś już tak ma, że przyciąga historie, w które dziś trudno byłoby uwierzyć. W tym konkretnym przypadku chodzi o bieg na 1500 metrów, w którym startował wówczas Josy Barthel.

To kolejny z gości, którzy faworytami nie byli. Tym bardziej, że stawka na tym dystansie była wówczas napakowana faktycznymi gwiazdami biegów średnich. Barthel się do nich nie zaliczał, choć od dawna biegał na niezłym poziomie. W Helsinkach trafił z formą idealnie, o jakiś metr wyprzedzając na finiszu Boba McMillena ze Stanów Zjednoczonych. Na trzecim stopniu podium stanął wtedy Werner Lueg, Niemiec, jeden z wielkich faworytów.

Gdyby wygrali McMillen czy Lueg, problemu by nie było. Traf chciał jednak, że Barthel zaszokował świat lekkiej atletyki oraz… organizatorów. Josy był bowiem Luksemburczykiem, a nikt nie przypuszczał, by kraj ten mógł zdobyć jakiekolwiek złoto. Zresztą przypuszczenie to było całkiem uzasadnione, biorąc pod uwagę, że do dziś Barthel jest jedynym mistrzem olimpijskim z Luksemburga.

I to właśnie temu zawdzięczamy jeden z ciekawszych epizodów w dziejach igrzysk. Otóż, tak jak w przypadku Percy’ego, tak i teraz rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie nut do hymnu, który miała zagrać orkiestra. Z kanadyjskim było jednak o tyle łatwiej, że medali dla Kanady na igrzyskach w Amsterdamie – choć niekoniecznie złotych – oczekiwano. Więc nuty gdzieś były, trzeba je było jedynie wydobyć. Hymn Luksemburga na igrzyskach w Helsinkach? A kto by się przejmował hymnem Luksemburga! Nuty były przecież niepotrzebne.

A skoro tak myślano przed biegiem, to ostatecznie nie znaleziono ich po nim. I orkiestra, na czele z jej dyrygentem oraz organizatorami, stanęła przed niełatwym zadaniem. Mogła nie grać nic, a mogła też zagrać… cokolwiek. Postawiono na tę drugą opcję. I tak Josy Barthel odbierał swoje złoto ze łzami w oczach, słuchając czegoś, co w założeniu miało brzmieć jak hymn Luksemburga.

Na pewno jednak nim nie było.

  1. Pięć centymetrów mniej zmienia wszystko

Pora przenieść się do znacznie nowszych czasów. Na igrzyskach w Sydney doszło do sytuacji, jaka nie zdarzyła się być może nigdy wcześniej w historii. Gimnastyczki startowały wtedy w skoku przez konia. Tyle że nie wyglądało to jak rywalizacja na najwyższym poziomie, raczej jakby skakały dziewczyny, które talent może i mają, ale wciąż się uczą.

SPONSOREM STRATEGICZNYM PKOL JEST PKN ORLEN

I tak to szło przez 18 z 36 zawodniczek. W ich gronie była nawet Swietłana Chorkina, jedna z najlepszych gimnastyczek w historii. Potem tłumaczyły, że każda swój zły skok zrzucała na nerwy, jakiś malutki błąd. Trenerzy też zdawali się tak myśleć. Aż w końcu Allana Slater z Australii powiedziała głośno to, co myślało wiele osób. – Podeszła i rzuciła: „To nie wygląda w porządku”. Normalnie powiedzielibyśmy jej: „Okej, okej, cicho i wróć do szeregu”. Tym razem jednak miała rację – wspominała Peggy Liddick, trenerka kadry.

Okazało się, że koń był za niski. O pięć centymetrów, ale na tym poziomie to ogromna różnica, równie dobrze mogłoby go w ogóle nie być. Nadia Comaneci, obecna wtedy na trybunach, przyznawała, że nie widziała niczego dziwniejszego w całej swej karierze. Gdy konia poprawiono, wszystkie gimnastyczki dostały możliwość powtórzenia swoich skoków. Chorkina – słynąca ze swej emocjonalności – odmówiła. I nie liczyła się już w walce o medale. – To nasza liderka, ale po tym zamieszaniu była emocjonalnie zmęczona – mówili przedstawiciele rosyjskiej kadry.

Cały ten incydent opisywano jako „komediodramat”. I tak to mniej więcej wyglądało. Wyobraźcie sobie, że taki Piotr Lisek traci złoto w skoku o tyczce, bo sędziowie zamiast ustawić ją na sześciu metrach, przez pomyłkę dali 6.05 i Polak nie zdołał przeskoczyć tej wysokości. Taki to rozmiar błędu. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Na igrzyskach? To wręcz niemożliwe – mówiła Kelli Hill, trenerka kadry USA.

I z tym zdaniem zgadzał się każdy. Tamte zawody przeszły do historii. Choć chyba nikt nie chciał, żeby stało się to w ten sposób.

  1. Matematyka? Można się pogubić

Skoro już o błędach organizatorów, to cofnijmy się w czasie aż do igrzysk w Los Angeles 1932. Choć tu bardziej zawalił gość, który tak naprawdę miał tylko jedno zajęcie – liczenie okrążeń. I to nawet niezbyt wielu, bo chodziło o bieg na 3000 metrów z przeszkodami, kółek było więc siedem i pół. Prosta robota, co? No tak, dopóki nie zagapicie się na zawody skoku w dal, rozgrywające się w tej samej chwili.

Choć to tylko jedna z wersji tej historii. Inna mówi, że oficjel po prostu zapomniał odliczyć pierwsze okrążenie. A bieg się toczył. I gdy Volmari Iso-Hollo z Finlandii przebiegł przez linię mety ze zdecydowaną przewagą, zauważył, że według oficjalnych tablic powinien zrobić jeszcze jedno kółko. Ruszył więc dalej i organizatorów od wielkiego skandalu uchroniło tylko to, że gość był po prostu znakomitym biegaczem. Prowadzenia nikomu bowiem nie oddał nawet na nadprogramowych metrach.

Gorzej było za jego plecami. Srebro zgarnął Thomas Evenson, a trzeci był Joseph McCluskey. Skład podium w żadnym razie – mimo nadprogramowych metrów – się więc nie zmienił, ale kolejność tej dwójki po 3000 metrów była już inna. McCluskey sam wskazał sędziom, że wszyscy przebiegli dodatkowe kółko, a ci stwierdzili, że miał rację. Zaoferowano mu nawet start następnego dnia, którym mógłby naprawić ten błąd i powalczyć o srebro, ale odmówił, mówiąc, że „bieg ma tylko jedną linię mety”.

McCluskey został więc ostatecznie brązowym medalistą jedynego w historii igrzysk biegu na niespełna 3500 metrów z przeszkodami. W sumie też całkiem niezły sposób na przejście do historii, prawda?

  1. Chłopaki, to w drugą stronę miało być…

Historie o ludzkich błędach zakończmy w Berlinie, na ostatnich przedwojennych igrzyskach. W turnieju bokserskim udział brał wówczas Thomas Hamilton-Brown, południowoafrykański pięściarz. Odpadł wtedy w pierwszej rundzie, a poza tym właściwie nic wielkiego w świecie sportu nie osiągnął. Jego nazwisko zostało jednak utrwalone przez splot nieszczęśliwych dla niego okoliczności.

W pojedynku z Carlosem Lillo z Chile, który zresztą odpadł w ćwierćfinale, Hamilton-Brown był lepszy. Sędziowie jednak uznali inaczej. A przynajmniej tak się pierwotnie wydawało. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że jeden z nich przez pomyłkę… podał wynik odwrotnie, niż zamierzał. I gdyby od razu zrobił to dobrze, Thomas przeszedłby do kolejnej rundy.

Pomyłkę tę odkryto po kilku dniach, ale nadal nie było za późno na to, by ją naprawić. Postanowiono więc odszukać Hamiltona-Browna i to się udało. Problem polegał na tym, jak funkcjonują bokserzy – przed walkami zrzucają zbędne kilogramy, po nich często szybko je przybierają. I tak było już wtedy. Zwłaszcza, że Thomas, zasmucony swoją porażką, postanowił pocieszyć się jedzeniem. I przez kilka dni robił to nader skutecznie.

Efekt był taki, że owszem, mógłby wystartować w kolejnej rundzie olimpijskich zmagań, ale… był za ciężki. I nie mógł rywalizować w swojej wadze, a o przeniesieniu go do innej nie było mowy. Skończyło się więc na tym, że Lillo boksował dalej, a Hamilton-Brown miał kolejny powód, by szukać pocieszenia w jedzeniu. Przyznajcie jednak – każdy choć raz w życiu tak zrobił. Gościa zdecydowanie da się zrozumieć.

  1. Podejrzana pochodnia

Różne są formy wyrażania protestu. Mało kto jednak spodziewał się, że w 1956 protestować będzie się… przeciwko sztafecie z ogniem olimpijskim. Barry Larkin, australijski student, uznał, że nie podoba mu się jej tradycja, wywodząca się z nazistowskich Niemiec. Co zresztą – jeśli już próbować zbojkotować sztafetę – wydaje się jednym z sensowniejszych powodów, zwłaszcza nieco ponad dekadę po zakończeniu II wojny światowej, gdy ta wciąż była żywa w umysłach wielu osób.

Tyle że on sztafety nie miał zamiaru bojkotować. Uznał za to, że lepiej będzie ją… ośmieszyć. Zorganizował więc swego rodzaju happening.

Jak to zrobił? Skonstruował własną pochodnię. Do nogi krzesła przymocował puszkę po śliwkowym puddingu, a ogień uzyskał poprzez podpalenie pary majtek. Udając (z pomocą kolegi, jadącego obok niego na motocyklu) biegacza dotarł do Sydney. Tam zaczęła eskortować go policja, przy pomocy której przekazał pochodnię burmistrzowi Sydney, Patowi Hillsowi. Ten od razu zaczął wygłaszać przemówienie, a Larkin uciekł chwilę później. Gdy po kilku minutach pojawił się prawdziwy biegacz, wszyscy czekający na tę chwilę kibice byli dość mocno zaskoczeni. Burmistrz już nie, bo w międzyczasie ktoś szepnął mu do ucha, że z tą pochodnią coś jest mocno nie tak.

Swoją drogą całkiem możliwe, że pochodnia Larkina była… bezpieczniejsza od tej właściwej. Ta była bowiem w tamtym roku skonstruowana tak, że wielu z uczestników sztafety skończyło z poparzonymi rękami, bowiem pryskały od niej drobne strzępki metalu. Z puszki po puddingu nic takiego nie leciało. Nic dziwnego, że gdy Barry wrócił na uniwersytet… oficjalnie mu pogratulowano, a nawet zgotowano owację na stojąco.

Dzisiejsi pranksterzy mogą mu tylko zazdrościć.

SEBASTIAN WARZECHA 

Fot. Flickr 


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Nauczyciel
Nauczyciel
5 miesięcy temu

Błagam… Ubrał bluzę… w co ją ubrał?

Aktualności

Kalendarz imprez