Boso po złoto. Wyjątkowa historia pasterza z Etiopii

Boso po złoto. Wyjątkowa historia pasterza z Etiopii

Zgłębiając jego losy aż trudno uwierzyć, że tyle mogło zmieścić się w jednym życiorysie. Mistrzostwo olimpijskie wywalczone gołymi stopami, obrona tytułu krótko po operacji, wypadek, który przekreślił wszystko, wplątanie w zamach stanu w targanej konfliktami ojczyźnie… Abebe Bikila żył tylko 41 lat, ale to jedno z najważniejszych nazwisk w historii olimpijskiego maratonu.    

Mieć Volkswagena Garbusa w 1969 r. w Etiopii to jednak było coś. Takim wozem nie jeździł każdy statystyczny zjadacz chleba. Dla Abebe Bikilii ten samochód okazał się jednak pułapką, która omal go nie zabiła. Chociaż tak naprawdę zabiła, tylko wyrok śmierci został nieco odroczony.

Nawet teraz, po pięćdziesięciu latach, wciąż krąży kilka wersji, jakie były rzeczywiste okoliczności wypadku, do którego doszło w stolicy Etiopii Addis Abebie. Według tej najczęściej przedstawianej, kiedy dwukrotny mistrz olimpijski wracał wieczorem do swojego domu, w mieście kolejny raz trwały protesty społeczne. Było już ciemno, gdy zobaczył na drodze grupę protestujących studentów. Chcąc ich ominąć, skręcił tak gwałtownie, że samochód wypadł z drogi i kilka razy koziołkował. Davey Frankel, reżyser filmu “Atleta” będącego mieszanką dokumentu i obrazu fabularnego, przedstawił ten moment nieco inaczej. Bikila, który mimo wielkich sukcesów sportowych wciąż należał do gwardii królewskiej cesarza Haile Selassie, wieczorem miał przesiadywać w barze wraz z kolegami z pracy. Do samochodu wsiadł po spotkaniu z nimi, a bezpośrednią przyczyną wypadku było ratowanie się przed czołowym zderzeniem z innym autem, które nagle wyskoczyło mu na nieoświetlonej drodze.

37-latek wypadł przez okno i następnie został przygnieciony przez własny samochód. Rozbity Volkswagen, stojący kilkadziesiąt metrów od drogi, został zauważony przez przypadkowego kierowcę dopiero nad ranem, gdy było już jasno. Kiedy mistrz olimpijski ocknął się w szpitalu, nic nie czuł. Był sparaliżowany od szyi w dół. Lekarze podnosili go na duchu. Mówili, że czucie w rękach, a później w nogach może powrócić, a on zacznie chodzić. A kto wie, być może nawet znów biegać. Niestety, mieli rację tylko w połowie. Chociaż sportowiec mógł wkrótce operować rękami, nogi pozostały nieruchome. Oznaczało to życie na wózku inwalidzkim.

Od pastuszka do pracownika pałacu

Kiedy Abebe Bikila przyszedł na świat 7 sierpnia 1932 r. w małej wiosce Jato, dokładnie tego samego dnia w wielkim Los Angeles startował olimpijski maraton. Wygrał go Argentyńczyk Juan Carlos Zabala, który do złota dorzucił jeszcze rekord olimpijski, na starcie stanęło zaledwie 28 zawodników, ale nawet jeden nie pochodził z Afryki.

Piękny dzień na urodziny, ale z drugiej strony czasy w ojczyźnie były niespokojne. Zaledwie dwa lata wcześniej cesarzem Etiopii, w wyniku krwawego przejęcia władzy, został Haile Selassie. Ten sam, który ponad czterdzieści lat później stał się bohaterem książki “Cesarz” Ryszarda Kapuścińskiego. Bikila tylko trzy lata wychowywał się jednak jako obywatel Etiopii. Po agresji ze strony faszystowskich Włoch Benito Mussoliniego, w 1935 r. jego podbity kraj włączono do nowo utworzonej Włoskiej Afryki Wschodniej. Etiopia była okupowana aż do 1941 r., kiedy to włoskiego agresora wykurzyła dopiero inwazja brytyjska.

Kiedy sytuacja w kraju uspokoiła się, rodzina Abebe Bikilii mogła bezpiecznie wrócić do swojej rodzinnej, położonej między wzgórzami wioski. Społeczność Jato żyła bardzo skromnie. Mieszkała najczęściej w lepiankach pokrytych słomą. A najważniejsze było oczywiście doglądanie bydła pasącego się na zboczach gór. Młody Abebe też był pasterzem, codziennie pokonywał przynajmniej kilka mil, aby najpierw zaprowadzić zwierzęta na wypas, a później sprowadzić je do zagrody. W wolnych chwilach uczył się pisać i czytać w okolicznej szkole chrześcijańskiej lub bawił się w popularną wśród tamtejszych dzieciaków grę przypominającą nieco hokej na trawie.

Długo mieszkał tylko z ojcem, ponieważ po rozwodzie jego matka Wudinesh przeprowadziła się do leżącej ponad 100 km dalej stolicy Addis Abeby. Syn dołączył do niej prawdopodobnie na przełomie lat 40. i 50, a więc kiedy był już pełnoletni. Chciał rozpocząć nowe życie w wielkim mieście, ale start nie był łatwy. Chłopak przez blisko rok nie mógł znaleźć pracy i był w zasadzie na utrzymaniu matki. Wkrótce jednak pojawiła się przed nim duża szansa, konkretnie możliwość zaciągnięcia się do gwardii królewskiej. Bikila w czasie wojny jako kilkuletnie dziecko niewiele rozumiał, ale lubił przypatrywać się mundurom. Imponowało mu też, że jego ojciec-rolnik w krytycznym momencie również zaciągnął się do armii. Chciał pójść jego śladem. Poza tym, fucha ochroniarza w pałacu rodziny królewskiej to był wielki awans społeczny. Dla takich jak on, coś wręcz niewyobrażalnego.

Abebe lubił swoją spokojną pracę i żadnym problemem nie było dla niego również to, że w drodze do niej musiał codziennie przebiec kilka kilometrów. Był wysportowany jednak nie tylko ze względu na przyzwyczajenia z dzieciństwa. O formę gwardzistów dbał niejaki Onni Niskanen, szwedzki trener, który również trafił do Etiopii w ciekawych okolicznościach. Haile Selassie wiele lat wcześniej szukając sojuszników w Europie, kilka razy gościł także w Skandynawii. Nawiązał tam wiele kontaktów, a współpraca uwzględniała m.in. odbudowę szkół wojskowych po włoskiej okupacji. Pomóc mieli w tym właśnie fachowcy ze Szwecji. Takim oto sposobem na kontrakt w Etiopii załapał się także Niskanen.

Poza tym – jak można wyczytać w niektórych źródłach – cesarz Selassie bardzo chciał, aby sportowcy z jego kraju zaprezentowali się na igrzyskach olimpijskich. Miał to być jeden ze sposobów, żeby zademonstrować światu rozwój kraju na wielu płaszczyznach.

Musiał ukryć się przed drwinami 

To właśnie Onni Niskanen odpowiadał za przygotowanie pierwszych biegaczy z Etiopii do występu na igrzyskach w Melbourne w 1956 r. Nikt oczywiście nawet nie marzył tam o medalu, ale wyniki też nie były złe: 29. miejsce w maratonie zajął Bashay Feleke, a 32. Gebre Birkay. Szwedzki trener przed kolejnymi igrzyskami liczył jednak na więcej, bo widział, że Etiopczycy mają bieganie zapisane wręcz w kodzie genetycznym. Tam po prostu biegało się wszędzie, był to pierwszy środek transportu.

Dlatego kiedy w 1956 r. Niskanen kolejny raz zobaczył, jak Abebe Bikila zasuwa biegiem do pracy, zaproponował mu rozpoczęcie treningów. Co warto podkreślić, chłopak z Jato miał już wtedy 23 lata. Skandynawski szkoleniowiec wspominał po latach, że zwerbowany przez niego do treningów członek gwardii królewskiej miał smykałkę do biegania, ale za grosz techniki.

– Kiedy zaczynaliśmy ćwiczyć, biegał jak żołnierz. Tymczasem długodystansowiec musi koncentrować się na bieganiu z jak najmniejszą utratą energii

– przywoływał słowa Niskanena “The Guardian”.

Po dwóch latach treningów Bikila został wybrany do grupy trzech biegaczy, którzy mieli być przygotowywani z myślą o igrzyskach w Rzymie w 1960 r. Zawodnicy trenowali nie tylko w Etiopii, ale przez pewien czas także w ojczyźnie Niskanena. Do Włoch miało lecieć ostatecznie dwóch zawodników i tutaj fakty nieco się rozmywają.

Według niektórych źródeł, Bikila zaklepał sobie miejsce w samolocie pokonując w krajowych mistrzostwach sił zbrojnych najlepszego etiopskiego maratończyka Wami Biratu. Drugie zaś mówiły, że rywala wycięła kontuzja i Abebe wskoczył na jego miejsce w ostatniej chwili, tuż przed podróżną. Tak czy inaczej, ostatecznie podjęto decyzję, że w Rzymie wystartuje Bikila i jego imiennik Abebe Wakjira. Jak pisał Tim Judah w reportażu “Bikila. Ethiopia’s barefoot Olympian”, obaj panowie otrzymali po dwa garnitury i 150 dolarów kieszonkowego, a na koniec odbyli jeszcze audiencję u cesarza. Haile Selassie miał popatrzeć na nich i powiedzieć nieco zdziwiony:

Jak mają wygrać tacy szczupli ludzie jak wy?

To właśnie ci dwaj “niedojedzeni” biegacze mieli więc wystartować w stolicy kraju, który jeszcze dwie dekady temu okupował ich ojczyznę.

Co ważne, Bikila leciał na igrzyska, chociaż dopiero kilka tygodni przed Rzymem wygrał swoje pierwsze maratony organizowane w Etiopii. Legenda mówi, że podczas jednego z nich, organizowanego w stolicy kraju, uzyskał rewelacyjny czas 2:21.23, czym pobił ówczesny rekord olimpijski Emila Zatopka. Kiedy ekipa z Afryki stawiła się w Rzymie, nikt jednak nie chciał w to wierzyć. Bo przecież na świecie nikt nie znał gościa o nazwisku Bikila!

Maraton olimpijski w 1960 r. został zorganizowany w wyjątkowej scenerii. Po raz pierwszy w historii zaplanowano trasę w całości ulicami miasta, zupełnie pomijając stadion. Bieg miał rozpocząć się o 17:30 na Piazza di Campidoglio. Trasę stanowiła trójkątna pętla biegnąca przy największych cudach architektonicznych starożytnego Rzymu, m.in. Koloseum, Termach Karakalli i Drogi Appijskiej. Metę zaplanowano z kolei pod Łukiem Konstantyna Wielkiego.

Teraz należy przejść do butów, a raczej ich braku. Można spotkać się z wersją, że Abebe Bikila w ostatniej chwili zrezygnował z obuwia, ponieważ para, którą otrzymał przed biegiem, była bardzo niewygodna. Że było to pójście va banque. Trudno jednak wierzyć, że była to decyzja spontaniczna, dlatego bardziej prawdopodobna jest wersja, którą opisuje Tim Judah: Bikila przygotowując się do igrzysk biegał głównie boso, a więc nie była to dla niego żadna nowość.

Bez obuwia chciał wystartować także w stolicy Włoch, ale w etiopskiej delegacji pojawiła się obawa, że na tak dużej imprezie zostanie to odebrane jako dowód biedy panującej w afrykańskim kraju. Poproszono więc zawodnika, aby przetestował buty Adidasa, który był wtedy jednym z głównych sponsorów igrzysk. Niestety, na nogach nieprzyzwyczajonych do takiego obuwia, już po kilku kilometrach pojawiły się bolesne pęcherze i z pomysłu zrezygnowano. Jak łatwo można się domyślić, rywale patrzyli na gości z Czarnego Lądu z pobłażaniem, dlatego zawodnicy krótko przed biegiem schowali się w swoim namiocie. Nie chcieli być obiektem drwin.

“Abebe, patrz na pomnik!”

Faworytem biegu był Siergiej Popow, radziecki mistrz Europy z 1958 r. Onni Niskanen od początku za groźnego rywala uznawał jednak też Marokańczyka Rhadiego Ben Abdesselama. Trener Bikili kazał swojemu podopiecznemu uważać także na niego. A szanse samego Abebe? Nikt poza trenerem i członkami drużyny w niego nie wierzył. Nawet przeglądając archiwalne nagranie z tego biegu słychać, jak komentator pyta retorycznie, kim w ogóle jest ten tajemniczy Etiopczyk. I podważa informacje, jakoby kilka tygodni wcześniej na lokalnych zawodach w Afryce pobił on rekord olimpijski.

Nie minęło jednak pół biegu, a dziennikarze oraz widzowie musieli zmienić swoje zdanie o przybyszu z Etiopii. Kiedy na 20 kilometrze wykrystalizowała się już czteroosobowa ucieczka, był w niej Abebe Bikila. Operator kamery, który nagrywał sensacyjny bieg z perspektywy motocykla, co chwilę robił zbliżenia na czarne stopy biegacza. Kiedy trójka jego rywali biegła w ciszy, bo podeszwy sportowego obuwia robiły swoje, spod bosych stóp Bikilii słychać było tylko rytmiczne klap, klap, klap.

Mniej więcej w połowie dystansu czołówka odchudziła się jeszcze bardziej i w grze pozostał już tylko Abebe oraz wspomniany Marokańczyk. Zapachniało sensacją.

Trener Niskanen przewidział scenariusz, w którym jego zawodnik będzie finiszował w wąskiej grupie. Aby ułatwić moment ataku, wskazał mu symboliczne miejsce, które na pewno rozpozna. Mniej więcej na 40.-41. kilometrze zawodnicy biegli obok tzw. obelisku z Aksum. Pomnik został wzniesiony na terenie Etiopii, ale kiedy faszystowskie Włochy okupowały ten kraj w drugiej połowie lat 30., zdemontowano go i przewieziono do Rzymu. Dla Etiopczyków był to symboliczny, ale bolesny cios. To właśnie w tym miejscu Bikila miał wcisnąć gaz do dechy.

Trudno powiedzieć, co sobie wtedy myślał, być może miał gdzieś politykę, ale gdy minął to miejsce, rzeczywiście odjechał Ben Abdesselamowi jak “mały samochodzik”. Kiedy samotnie minął linię mety, w Rzymie panowała już ciemność, dlatego trasę finiszu wyznaczali ludzie z pochodniami w rękach. Wyjątkowa sceneria. Bikila został mistrzem olimpijskim, a na dodatek ustanowił nowy, nieoficjalny jeszcze wówczas rekord świata: 2:15.16. Tego dnia drugi Marokańczyk był wolniejszy o 25 sekund.

Kiedy bosonogi Abebe Bikila zakończył bieg, a wokół zaczęli zbiegać się fotoreporterzy, on zupełnie nie wyglądał, jakby chwilę wcześniej przebiegł maraton. Nie położył się na plecach, nawet nie przykucnął. Zamiast tego, zaczął wykonywać skłony i rozciągać się, zupełnie jakby właśnie wstał i robił poranną gimnastykę. Chwilę później był już niesiony przez tłum kibiców. Kiedy został zapytany przez jednego z dziennikarzy, dlaczego biegł bez butów, miał powiedzieć:

– Chciałem, żeby cały świat przekonał się, że mój kraj zawsze wygrywa determinacją i heroizmem.

 

Nieudany zamach stanu

Bikilę witał w Etiopii wielotysięczny tłum. Maratończyk był pierwszym etiopskim mistrzem olimpijskim, dlatego jego medal w Rzymie miał nie tylko wymiar sportowy. Biegacz stał się wręcz symbolem zmian społeczno-politycznych w tym kraju. Mistrz został oficjalnie przyjęty przez cesarza (to od niego dostał w prezencie Volkswagena), jego imieniem i nazwiskiem zaczęto nazywać ulice i obiekty sportowe. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że wtedy, po igrzyskach we Włoszech, stał się w kraju największą gwiazdą.

I właśnie w tym radosnym momencie, Bikila znalazł się niemalże w samym środku politycznego przewrotu. Jeszcze w 1960 r. przeciwnicy cesarza wykorzystali jego grudniową podróż do Brazylii i przejęli władzę w stolicy kraju. Spiskowcy zajęli m.in. pałac cesarski, doszło też to masowych zatrzymań najważniejszych urzędników. Haile Selassie na wieść o zamachu stanu natychmiast wrócił do kraju, a następnie przy pomocy wciąż wiernego mu wojska stłumił krwawo pucz.

Po odzyskaniu kontroli nad miastem, cesarz wziął się oczywiście za spiskowców. Jednym z nich był szef gwardii królewskiej, a więc bezpośredni przełożony mistrza olimpijskiego. Chociaż sam Bikila nie był obecny w pałacu podczas puczu, niedługo później został tak jak wszyscy gwardziści zatrzymany i przesłuchany. Życia jednak nie stracił. Uratował go rzekomo złoty medal olimpijski, jaki wywalczył dla kraju raptem trzy miesiące wcześniej. Przez to, że nie brał bezpośredniego udziału w zamachu i miał piękną sportową kartę w życiorysie, nie stracił nawet pracy.

Bikila momentalnie wskoczył do światowego topu maratończyków. W każdych kolejnych startach udowadniał, że rzymski bieg nie był przypadkiem, a on był traktowany niemal jak gwiazda rocka. Etiopczyk wygrywał najważniejsze biegi, m.in. w Grecji, Czechosłowacji i Japonii. Przed igrzyskami w Tokio w 1964 r. jego najsłabszym biegiem międzynarodowym był ten w Bostonie, gdzie finiszował piąty.

W tym czasie wydarzyło się jednak jeszcze coś istotnego. Podczas maratonu w Osace w 1961 r. Abebe pierwszy raz dał się namówić, żeby pobiec tak ważną imprezę w obuwiu sportowym. Ponoć nie było łatwo, ale trener Niskanen przekonywał go, że dzięki temu będzie mógł wykręcać jeszcze lepsze czasy. I jak się później okazało, nie było to tylko gadanie. Trzy lata później na igrzyskach w Tokio jako pierwszy maratończyk w dziejach zdobył drugie olimpijskie złoto z rzędu. Dodatkowo, jego czas 2:12.11 był nowym rekordem świata.

Okoliczności tamtego biegu – chociaż wygranego już w obuwiu marki Puma – też były jednak niezwykłe. Dwa tygodnie przed wylotem do Japonii i niewiele ponad miesiąc przed startem, Bikila trafił do szpitala z ostrym bólem brzucha. Okazało się, że doznał wymagającego operacji zapalenia wyrostka robaczkowego. Wydawało się, że zawodnik nie ma szans wyzdrowieć, ale od początku nie dawał za wygraną. Aby nie stracić nawet jednego dnia, delikatnie ćwiczył jeszcze na szpitalnym oddziale.

Można powiedzieć, że zdobywając w Azji drugie złoto dokonał niemożliwego, chociaż po biegu, kiedy wielu rywali padało jak muchy ze zmęczenia, on znów robił dziarsko przysiady. Po wszystkim powiedział rzekomo swojemu trenerowi, że… miał jeszcze paliwa nawet na dziesięć kilometrów.

“Akceptuję tę tragedię”

Marzył jeszcze o trzecim złotym medalu, ale coraz bardziej zaczęło szwankować mu zdrowie. Najpierw leczył się na problemy związane z krążeniem w nogach, ale występ na igrzyskach w Meksyku w 1968 r. nie był raczej zagrożony. Niestety, niecałe dwa tygodnie przed biegiem zaczął narzekać na przenikliwy ból w lewej nodze. Lekarze stwierdzili pęknięcie kości. Chociaż Bikila stanął na starcie maratonu, musiał zejść z trasy jeszcze przed dwudziestym kilometrem.

A rok później doszło do tego feralnego wypadku samochodowego, który przykuł go już na zawsze do wózka inwalidzkiego. W szpitalu odwiedził go m.in. Haile Selassie. Kiedy maratończyka poinformowano o wizycie cesarza, wszystkich dziwiło, że przyjął to bardzo spokojnie. Bo pracownicy szpitala aż dygotali na myśl o takim gościu.

– Nie mogę się denerwować, bo przez wiele lat byłem członkiem gwardii cesarskiej. Jestem wierny cesarzowi, moje życie należy do niego, czekam na niego

– mówił Bikila cytowany w książce “Barefoot runner” Paula Rambalii.

Mówił też:

– Akceptuję tę tragedię. Medale olimpijskie były wolą Boga, tak samo wypadek. Tak po prostu miało być.

Po krótkim pobycie w szpitalu w stolicy Etiopii, przez wiele miesięcy był hospitalizowany w Anglii. Kiedy jasne było, że paraliż ciała nie cofnie się całkowicie i czeka go życie na wózku, próbował jeszcze robić dobrą minę do złej gry. Razem z trenerem żartował, że skoro dwa razy został mistrzem na nogach, to teraz zacznie wygrywać na wózku. To była tylko poza, chociaż faktycznie pozostał przy sporcie. Uprawiał m.in. łucznictwo startując na imprezie będącej poprzedniczką dzisiejszych igrzysk paraolimpijskich. Grał też w tenisa stołowego, a nawet startował w wyścigach psich zaprzęgów. O wielkim mistrzu nie zapomniał też świat lekkiej atletyki. Etiopczyk był m.in. gościem honorowym podczas igrzysk w Monachium w 1972 r.

Bikila, który dał początek etiopskiej erze w biegach długich, zmarł w październiku 1973 r. w wieku zaledwie 41 lat. Krwotoku mózgowego, który miał związek z przebytym wypadkiem, doznał we własnym domu w Addis Abebie. W pogrzebie państwowym wzięło udział ponad 70 tys. osób, a wśród nich także Haile Selassie. Sam cesarz władzę w Etiopii stracił z kolei już rok później. Zamach stanu tym razem się udał.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI


Aktualności

Kalendarz imprez