Bomby, zepsuty ponton i ucieczka z kraju. Jak Yusra Mardini dotarła na igrzyska

Bomby, zepsuty ponton i ucieczka z kraju. Jak Yusra Mardini dotarła na igrzyska

Jej życie długo było stosunkowo zwyczajne. A potem przyszła wojna. Bomby, strzały, śmierć dookoła. Ojczysta Syria zmieniona w ruiny. Ona i jej siostra w końcu miały tego dość – postanowiły uciec. Los rzucił im po drodze wiele wyzwań, ale wreszcie dotarły do Niemiec. Tam dostały status uchodźczyń, znalazły nowy dom, a Yusra Mardini również miejsce, gdzie mogła kontynuować treningi pływackie. W 2016 roku pojawiła się na igrzyskach, stając się inspiracją dla milionów osób. W Tokio też popłynie. Po raz drugi jako członkini reprezentacji uchodźców.

Nadzieja

W wodzie nie ma różnicy, czy jesteś uchodźczynią, Syryjką czy Niemką. W wodzie jesteś tylko ty i osoba, z którą rywalizujesz ~ Yusra Mardini

***

Początkowo nie była pewna czy jechać. Bała się, że będzie oceniana przez pryzmat jednego słowa – „uchodźcy”. Miała startować jako jedna z nich, wąskiej grupy dziesięciu osób, które dostały taką szansę. No właśnie – dostały. Czuła, że ludzie będą to powtarzać. Że to szansa otrzymana, nie wywalczona. Dopiero rodzice przekonali ją, że przecież trenowała niemal całe życie właśnie po to, żeby popłynąć na igrzyskach. I skoro już pojawiła się taka możliwość, to trzeba z niej skorzystać.

Marzenia się spełniają. Igrzyska są wszystkim, to dla mnie życiowa szansa. Wszyscy wiedzą, jak długą drogę przebyłam. Wspierają mnie, podkreślając, że jestem niesamowita. Pływanie jest dla mnie wszystkim. To moja pasja i życie – mówiła Yusra niedługo po otrzymaniu nominacji olimpijskiej dziennikarzom na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. W miesiącach poprzedzających wyjazd do Rio de Janeiro trenowała jeszcze ciężej niż zwykle. Chciała pokazać się tam z jak najlepszej strony.

Płynęła w najsłabiej obsadzonym z kwalifikacyjnych biegów na 100 metrów stylem motylkowym. Wygrała go, ale miała dopiero 40. czas spośród wszystkich zawodniczek. Na 100 metrów stylem dowolnym była za to 45. Zakończyła udział w igrzyskach na pierwszej fazie. Nie to się jednak dla niej liczyło, ważne było, że mogła się tam pojawić. Czuli to też kibice. Nawet ci miejscowi. Owszem, gwiazdą pływalni był, jak zawsze, Michael Phelps, ale całkiem prawdopodobne, że i on nie dostał takiej owacji jak Mardini.

Nie oczekiwałam, że zbiorę tyle uwagi. Nie wiem, co stanie się teraz, bo nigdy niczego nie zakładam z góry. Wiem tylko, że chcę kontynuować pływanie i chcę wspierać innych uchodźców, reprezentować ich i pokazać, że nawet w takiej sytuacji można wiele osiągnąć. Udział w igrzyskach to dla mnie inspiracja. Chciałabym stać się przykładem dla innych – opowiadała.

Na pytanie, czy spotkała Michaela Phelpsa, mówiła, że jeszcze nie. Na tamtych igrzyskach zresztą jej się to nie udało, choć na przykład Florent Manaudou, mistrz olimpijski z 2012 roku, sam zorganizował spotkanie z Yusrą, wymienił się z nią czepkami, a potem przyznawał, że jest dumny z tej znajomości. Początkowo sama Mardini dumna z siebie jednak nie była. Gdy przygotowywała się do igrzysk, czuła, że powinna pływać lepiej i szybciej. Dopiero w samym Rio zrozumiała, że nie jest to dla niej ważne.

Wszystko zmieniło się, gdy weszłam na stadion. Powiedziałam sobie wtedy: „Przestań myśleć o sobie”. Ważna byłam nie ja, a społeczność, o którą walczyłam. Uchodźcy. Sportowcy. Pływacy. Chodziło o bycie głosem tych, którzy tego głosu nie mają. Na igrzyskach wygrałam, choć nie zdobyłam złota. Dałam ludziom nadzieję.

Szansa

Nie ma różnicy, czy będę pływać pod olimpijską flagą czy „moją” flagą. Obie mam w sercu, a ostatecznie chodzi tylko o pływanie ~ Yusra Mardini

***

Yusra mogła popłynąć w Rio, bo Międzynarodowy Komitet Olimpijski jakiś czas wcześniej – reagując między innymi na kryzys migracyjny – zdecydował o utworzeniu reprezentacji uchodźców. Reprezentacji, złożonej z ludzi, którzy z powodów niezależnych od nich, musieli opuścić swoją ojczyznę, dom, rodzinę. Mardini była jedną z takich osób.

Trudno zostawić za sobą ojczyznę. Doświadczyłam tego jednak nie tylko ja, ale też tysiące innych osób z Syrii. To sprawia, że jest nieco łatwiej. Wspieramy siebie nawzajem. Reprezentacja uchodźców to dla mnie szansa życia. Będę ciężko pracować, by na nią zasłużyć. Rozmawiałam już z przyjaciółmi z reprezentacji Syrii, powiedzieli mi, że widzimy się w Rio – mówiła, gdy pojawiły się pierwsze informacje o tym, że może pojechać do Brazylii.

MKOl cały projekt reprezentacji uchodźców rozpoczął od finansowania ponad 40 osób, które miały szansę dostać się na igrzyska. Dla części zamieszkałej w Kenii zorganizowano tam profesjonalne testy, które miały wskazać osoby, jakie udadzą się na igrzyska. Reszta walczyła o to, by dostać się do Rio na nieco innych warunkach. Ktoś mógłby powiedzieć, że „bocznymi drzwiami”. To jednak tak nie wyglądało.

Owszem, większość tych zawodników odpadła potem szybko. Nikt nie zdobył medalu. To był jednak pierwszy start takiej reprezentacji, budowanej niedługo przed igrzyskami. Pierwsza próba wyjścia do osób, które straciły niemal wszystko i uciekły z własnego kraju. Każda z nich na ten wyjazd zasłużyła, bo rywalizowała na niezłym poziomie. Przede wszystkim jednak – każda miała w planie coś udowodnić. – Chciałam pokazać wszystkim, że „uchodźca” to nie jest złe słowo. Ta reprezentacja jest wspaniała. Są tu ludzie różnych kolorów, z różnych krajów – mówiła Yusra. I wydaje się, że zarówno jej, jak i jej kolegom oraz koleżankom z kadry, założony cel udało się spełnić.

Byli tam ludzie z Sudanu Południowego, Demokratycznej Republiki Konga, Etiopii i właśnie Syrii. Każda osoba miała za sobą jakąś historię, dramat, który przeżyła. – Widziałem za dużo wojny, za dużo śmierci. Nie chcę o tym opowiadać, chcę po prostu móc uprawiać mój sport – mówił na przykład Popole Misenga, któremu w DRK zabito matkę i brata. Członkowie tej reprezentacji mieszkali w różnych krajach, na różnych kontynentach. Na igrzyskach szli jednak razem, pod flagą olimpijską. Razem zbierali owacje trybun. Zaprzyjaźnili się. Do dziś pozostają w kontakcie. Sport stał się dla nich ucieczką od tragedii, jakie przeżyli.

Przez utworzenie tej reprezentacji, chcemy wysłać symbol nadziei dla wszystkich uchodźców na świecie. Chcemy pokazać światu, że kryzys migracyjny istnieje i wszyscy razem powinniśmy coś z tym zrobić. Te osoby nie mają swojej reprezentacji, nie mają flagi, z którą mogłyby iść, nie mają hymnu do zagrania… Powitamy je na igrzyskach w Rio de Janeiro pod olimpijską flagą i z olimpijskim hymnem. Będą tam razem z 11000 pozostałych sportowców z 206 komitetów narodowych  – mówił Thomas Bach, przewodniczący MKOl.

Yusra dostała dzięki temu szansę swojego życia. I skorzystała z niej. Dziś mówi, że nie jest tylko uchodźczynią lub tylko olimpijką, ale jedną i drugą.

Wojna

Pomyślałam sobie, że nie chcę stracić życia w wojnie, której nie zaczęłam ~ Yusra Mardini

***

Przez długi okres jej życie wyglądało zupełnie normalnie. Mieszkała z rodziną w Damaszku, od trzeciego roku pływała, choć jako dziecko marzyła o tym, by być pilotem samolotu, nie pływaczką. Poszła jednak na basen, głównie za sprawą ojca, który był trenerem. Sama mistrzynią olimpijską zapragnęła być, gdy miała sześć lat i tata kazał jej oglądać Michaela Phelpsa wygrywającego w Atenach. – Ojciec po prostu wsadzał nas do wody – wspominała Yusra. „Nas”, bo pływała też jej starsza siostra, Sarah. Zresztą była w tym dobra, w domu miała małą kolekcję medali i trofeów.

Yusra była w siódmej klasie, gdy wybuchły protesty przeciwko prezydentowi Basharowi al-Assadowi. Ich powodem było między innymi aresztowanie i torturowanie przez władze nastolatka, który miał wypisywać antyrządowe graffiti na ścianach. Nikt nie przypuszczał wtedy, że to wszystko zamieni się w wojnę domową, która wyniszczy niemal cały kraj, zabije kilkaset tysięcy osób, a kilka milionów zmusi do ucieczki z ojczyzny. Yusra początkowo o wyjeździe nie myślała, była zbyt młoda. Próbowała żyć jak wcześniej, choć z dnia na dzień stawała się to coraz trudniejsze.

Po prostu kontynuowałam treningi pływackie i chodziłam do szkoły, starałam się żyć jak normalny dzieciak – wspominała. Niemal codziennie widziała jednak ciała osób zabitych w konflikcie. Codziennie też padały kolejne budynki, trafione pociskami. Ginęli jej przyjaciele ze szkoły i inne bliskie osoby.

Kilkukrotnie do basenu, w którym Yusra akurat pływała – a pływanie służyło jej do odwrócenia uwagi od codziennych dramatów – wpadała bomba. Żadna nie wybuchła. Mardini widziała też na własne oczy, jak jeden z pocisków niszczy halę, na której zwykle trenowała. Jej rodzina przeprowadziła się w końcu z domu, który przypominał już ruinę, do innej, bezpieczniejszej części Damaszku, ale straciła przez to dwa lata treningów, bo przestała chodzić na basen.

To wszystko było przerażające. Czasem musiałam chować się pod stołem, czasem spałam w jednym łóżku z całą rodziną, bo było słychać pociski i czołgi. Pewnego razu zniknął mój tata. Nie odbierał telefonu. Przez cały dzień nie wiedziałyśmy, co się z nim stało – mówiła. Jak się okazało, Ezzat, ojciec Yusry, został pojmany przez siły paramilitarne. Pobito go i torturowano. Ostatecznie jednak wypuszczono, gdy ludzie za to odpowiedzialni, zorientowali się, że to nie człowiek, którego poszukiwali.

Yusra Mardini

Yusra z ojcem, już w Niemczech. Fot. Newspix

Yusra i jej siostra uznały, że nie mogą tak dłużej funkcjonować. – Powiedziałam mamie: „Wiesz co? Wyjeżdżam z Syrii. Jeśli zginę, przynajmniej zginę w stroju pływackim. – Rodzice początkowo chcieli przekonać je do pozostanie, ale wiedzieli, że wyjazd będzie dla ich córek lepszy. Pewnego dnia mama zapukała do drzwi pokoju Yusry. Płakała. Powiedziała jej, że ona i Sarah mogą wyjechać, bo dwóch krewnych zgodziło się towarzyszyć im w drodze do Turcji i dalej.

Siostry wyruszyły przed siebie.

Droga

Bez pływania już bym nie żyła ~ Yusra Mardini

***

Najpierw – wraz z większą grupą – trafiły do Libanu, skąd udało im się przedostać do Turcji. Tam jednak straż przybrzeżna zawróciła łódkę, na której uchodźcy chcieli wypłynąć na morze. Siostry czekały, niemal bez jedzenia, przez cztery noce, aż znalazł się inny transport. Mała, nadmuchiwana łódka, wręcz ponton. W teorii przeznaczony dla sześciu, może siedmiu osób. W tym przypadku płynęło ich na nim ponad dwadzieścia. Ważne było jednak, że udało się wypłynąć.

A potem, po trzydziestu minutach, gdy wszyscy byli już na środku Morza Egejskiego, padł silnik. Łódź zaczęła nabierać wody. Za burtę poszły najpierw wszystkie bagaże. Nie wystarczyło. Ludziom na pokładzie groziło, że wpadną do morza. Większość z nich nie umiała pływać.

Yusra, Sarah i jeszcze jedna kobieta – a potem też dwie inne osoby, z czego jedna nie umiała nawet pływać, ale chciała pomóc – postanowiły spróbować coś zrobić. Wskoczyły więc do wody i zaczęły utrzymywać łódź na dobrym kursie. Zwykle pisze się, że ją holowały, ale same przyznawały, że to było wręcz niemożliwe. Po prostu starały się, by ta płynęła tam, gdzie dopłynąć miała i nie nabierała przy tym wody. Motywowała je myśl o tym, że na łodzi są też dzieci. Trzymały się postanowienia, że chcą je uratować. Przywódczynią była tu Sarah, naturalna liderka. Yusra szła w jej ślady.

Pomyślałam sobie, że byłoby naprawdę szkoda, gdybym utonęła, bo przecież jestem pływaczką. […] To było jak niesienie wielkiej torby, pełnej kamieni, na swoich plecach. Wiedziałyśmy jednak, że nie możemy się jej pozbyć – wspominała młodsza z sióstr. W wodzie obie spędziły ponad trzy godziny. Przez ostatnie 30 minut z trudem ruszały rękami i nogami. Udało im się jednak dotrzeć na wyspę Lesbos, unikając przybrzeżnych patroli. To tam trafiała większość uchodźców z Syrii. Yusra po wszystkim długo nienawidziła morza, do dziś niechętnie na nie patrzy, nie mówiąc o kąpieli.

Lesbos to nie był jednak koniec podróży, choć już i tam siostrom nie było łatwo. – Gdy dotarliśmy na brzeg, zobaczyłam restaurację. Chcieliśmy kupić jedzenie, ale nikt nie chciał się zgodzić, nawet za 500 dolarów. Myśleli, że chcemy coś ukraść, pomimo tego, że mieliśmy pieniądze. W końcu ktoś nad nami się zlitował i mogliśmy kupić wodę. Wtedy zobaczyła nas pewna dziewczynka, dała mi buty [Yusra straciła swoje w morzu] i dziecięce spodnie – wspominała Mardini.

Wkrótce ruszyły dalej. Szły przez Macedonię, Serbię, Węgry… W tym ostatnim kraju najpierw nocowały w hotelu, ale właściciele żądali od nich dwukrotnie wyższej opłaty, bo były uchodźczyniami. Potem spały na dworcu, wraz z większą grupą osób. Tam dochodziło do starć z policją, Yusra nie brała w nich udziału, ale jej przyjaciele często wracali pobici. Ona sama z policji kilka razy się śmiała, choćby wtedy kiedy zatrzymano ją na węgierskiej granicy. Gdy funkcjonariusze pytali, jak w jej sytuacji może się śmiać, odpowiadała, że bawi ją myśl o tym, że miałaby się ich bać. Przecież za sobą miała już znacznie bardziej traumatyczne przeżycia.

Zresztą obie siostry przyznawały, że część podróży wspominają… miło. Głównie przez towarzyszące im osoby.

Szczerze mówiąc wcześniej nie wierzyłam, że ludzie mogą sobie pomagać bez żądania czegokolwiek w zamian. To najważniejsza lekcja, jakiej się wtedy nauczyłam. Szliśmy razem. Nikt nie zwracał uwagi na to, jaki ma się kolor skóry czy skąd się jest. Mówiliśmy: „Jesteśmy uchodźcami. Idziemy do Niemiec. Siedzimy w tym razem”. Jeśli miałam najmniejszego choćby herbatnika, dzieliliśmy go. Nie dlatego, że nie byłam głodna, ale dlatego, że radość sprawiało mi to dzielenie się z nimi. Wiedziałam, że oni też są głodni i że dadzą mi swoje jedzenie, jeśli tylko będą jakieś mieli – mówiła Yusra.

W końcu wszyscy dotarli do Austrii. I tam sprawy zaczęły wyglądać inaczej. Ludzie im pomagali, dawali jedzenie, kosmetyki, ubrania. Potem wsiadły do pociągu i kilka godzin później były na miejscu. Dotarły do Berlina.

Dom

Oczywiście, że tęsknię za ojczyzną. Może wrócę tam, gdy będę już starszą panią i opowiem wszystkim o moich doświadczeniach ~ Yusra Mardini

***

Najpierw trafiły do obozu dla uchodźców. Jeszcze będąc w nim Yusra i Sarah zdołały, poprzez tłumacza, skontaktować się z pobliskim klubem sportowym, który miał sekcję pływacką. Padło na Wasserfreund Spandau 04, gdzie spotkały Svena Spannekrebsa, który wkrótce został trenerem młodszej z nich. Starsza musiała odpuścić sobie zawodowe pływanie z uwagi na problemy z barkiem.

Technicznie obie były bardzo dobre, jasne było, że już trenowały. Poziom przygotowania fizycznego Yusry był jednak bardzo zły, straciła też umiejętność „czucia” wody – wspominał Spannekrebs. Mimo wszystko pozwolił siostrom trenować na obiektach klubowych, a pracownicy pomogli załatwić im formalności związane choćby z szukaniem mieszkania i szkoły. Gdy obie już się osiedliły, Sven zdecydował, że Yusra faktycznie może powalczyć o igrzyska w Tokio.

Jej rozwój jest fascynujący. Jest szybszy, niż u kogokolwiek, kogo widziałem, a kto wcześniej na tak długo przerwał treningi pływackie. Yusra robiła wszystko, o co ją poprosiłem – wstawała o szóstej rano, żeby trenować, potem szła na lekcje, na siłownię, z powrotem do basenu. Nie sądziłem jednak, że pojedziemy na igrzyska do Rio, chciałem po prostu uczynić życie sióstr łatwiejszym – mówił trener.

Yusra przyznawała, że widok obozu, do którego trafiły najpierw, sprawił, że chciała wrócić do domu. Nie mogła jednak nic powiedzieć, bo była wdzięczna za samo to, że Niemcy otworzyli dla nich swoje drzwi. Dopiero, gdy w tym kraju się urządziła, już na swoim, poczuła, że to może być jej nowy dom. A gdy kilka miesięcy później do Berlina trafiła też reszta jej rodziny – choć ona sama nadal tęskniła za Syrią, swoim starym mieszkaniem, łóżkiem, przyjaciółmi – to tym domem Niemcy faktycznie się stały.

Przy okazji wrócił cel, wpojony jej za młodu przez ojca. Chciała zostać olimpijką. Ciężko trenowała, poprawiała własne czasy. Spodziewała się, że może uda się wystąpić w Tokio. Szansa, jak już napisaliśmy, nadeszła wcześniej, wraz z utworzeniem reprezentacji uchodźców. Niemcy dały jej jednak przede wszystkim szansę na nowe życie. Miała nowe mieszkanie, nowych przyjaciół, nową szkołę. Jasne, początkowo było jej trudno, ale z czasem do wszystkiego się przyzwyczaiła. Podobnie zresztą jak jej siostra, choć obie przez jakiś czas mieszkały w innych miastach.

Pływanie pomogło mi osiedlić się w Niemczech. Zbudowałam wokół niego swoją małą społeczność i poczułam, że moje życie znowu jest „normalne”. Pływanie to moja pasja, dało mi jakiś cel. Oczywiście, że trening był trudny, pływałam po cztery godziny dziennie, ucząc się przy tym niemieckiego i chodząc do szkoły, ale to wszystko było tego warte. Zrozumiałam, co ten sport naprawdę dla mnie znaczy, gdy zobaczyłam zdjęcie syryjskiej reprezentacji z brązowymi medalami zdobytymi na międzynarodowych zawodach. Poczułam się wtedy, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch – mówiła Yusra kilka lat później.

Niedługo potem była już w Rio de Janeiro. Startowała na igrzyskach. I właściwie już to byłoby happy endem. W jej życiu wydarzyło się jednak od tamtego czasu znacznie więcej.

Ambasadorka

Jako uchodźca czujesz się, jakbyś nie był do końca człowiekiem, jakbyś nie miał swojego kraju, był nikim. To trudne dla każdego. Nikogo nie winię, jeśli będzie przez to płakać. Ja jednak nie chciałam tego robić ~ Yusra Mardini

***

Mardini stała się dla wielu osób symbolem. Uporu, ciężkiej pracy, ale i tego, że uchodźca nie musi być kimś złym, a wręcz przeciwnie – wnieść do lokalnej społeczności coś dobrego, wartościowego. Ona sama wspominała o tym przy wielu okazjach. – Najważniejsze by samemu znać swoją wartość. Nie mówię, że wszyscy uchodźcy są dobrzy. Tak samo jak nie wszyscy Europejczycy są dobrzy. Jesteśmy równi. Niektórzy nas akceptują, niektórzy nie, ale ja się wolę skupiać na pozytywnych rzeczach – mówiła.

Niedługo po Rio została Ambasadorką Dobrej Woli. O prawach uchodźców rozmawiała w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dyskutowała z Barackiem Obamą czy papieżem Franciszkiem. Podróżowała po świecie, zwracała uwagę na problem migracji. Stała się przedstawicielką uchodźców, jakiej ci potrzebowali. Przyznawała, że często przerastało to wręcz jej możliwości, ale nie rezygnowała. Starała się wywiązywać z tej roli – przy okazji nadal trenując – najlepiej, jak tylko mogła.

Jej popularność przekuto więc w coś dobrego. Swoje przeżycia opisała zresztą w książce, powstał też już film dokumentalny, a inny – fabularyzowany, o obu siostrach – ma być nakręcony za sprawą Netflixa.

– Moje życie było trudne, ale zdaje sobie sprawę, że ludziom przydarzają się dużo gorsze rzeczy. Po tym, gdy zakwalifikowałam się do igrzysk w Rio jeszcze więcej osób się mną zainteresowało. Pewnego dnia przyszedł trener i powiedział, że chcą zrobić o mnie film. Byłam w szoku! Tłumaczyli, że dla wielu stałam się inspiracją, więc się zgodziłam. Mam nadzieję, że ludzie potraktują to jako przykład tego, że nigdy nie można się poddawać – mówiła Yusra.

Swoją drogą Sarah też robiła naprawdę sporo dobrych rzeczy. Jakiś czas po osiedleniu się w Niemczech postanowiła wrócić na wybrzeże Grecji i działać tam jako ratowniczka, pomagając dotrzeć na brzeg i osiedlać się lub ruszyć w dalszą podróż przybyłym uchodźcom. Trafiła przez to nawet do aresztu, oskarżona o przemyt ludzi. Wyszła za kaucją, ale musiała wrócić do Niemiec, a greckie władze nadal prowadziły jej proces. Zresztą starając się przy okazji o penalizację pomocy dla uchodźców.

Obie siostry za swoją działalność otrzymywały różnorakie nagrody i udzielały wywiadów. Bardziej znana, ze względu na igrzyska, jest oczywiście Yusra, która niezmiennie walczy o zmianę wizerunku uchodźców. – W byciu uchodźcą nie ma żadnego wstydu, jeśli pamiętamy, kim jesteśmy. Wciąż pozostajemy lekarzami, inżynierami, prawnikami, nauczycielami, studentami, którymi byliśmy w domu. Wciąż jesteśmy matkami, ojcami, braćmi czy siostrami. To wojna zmusiła nas do opuszczenia naszych domów w poszukiwaniu pokoju. To przez to jestem uchodźczynią. Jesteśmy ludźmi bez swojego kraju. Jestem dumna, że mogę walczyć o pokój, ale też o godność wszystkich tych uciekających przed przemocą – mówiła.

Robi to wszystko do dziś. I nie zamierza przestać nawet po pływackiej karierze. Całkiem zresztą prawdopodobne, że ta skończy się po Tokio. Tam bowiem dostała się ponownie w ramach reprezentacji uchodźców. Za niedługo będzie mogła jednak otrzymać niemieckie obywatelstwo, a wtedy o starcie w Paryżu pod olimpijską flagą nie będzie już mowy. Pod niemiecką z kolei najpewniej nie będzie w stanie, bo – czego nie kryje – jej czasy po prostu na to nie pozwolą.

Na razie jednak chce poprzez swój występ jeszcze raz zwrócić uwagę na problem uchodźców, bo, jak sama powtarza, gdy pływa pod olimpijską flagą, reprezentuje nie tylko siebie czy jakiś kraj, ale miliony osób mieszkających na całym świecie.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Źródła: CNN, ESPN, Forbes India, German Times, Global Citizen, Houston Chronicle, ISPO, Marie Claire, NPR, Olympics.com, Przegląd Sportowy, Reuters, Rzeczpospolita, The Bridge, The Guardian, The Hindu, The New Yorker, The Star, TVP Sport, UNHCR, UNICEF, Vogue oraz fragment książki i filmu o życiu Yusry Mardini.


Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Sandra
Sandra
6 dni temu

Bardzo inspirujące!

Aktualności

Kalendarz imprez