Bokserskie mistrzostwa świata na dziko. Polacy niestety w odwrocie…

Bokserskie mistrzostwa świata na dziko. Polacy niestety w odwrocie…

Bez medali wrócili z mistrzostw świata w Rosji reprezentanci Polski w boksie. Oddzielnie zorganizowane dla panów i pań imprezy odbiły się całkiem szerokim echem. Męski turniej w Jekaterynburgu obfitował w emocje, nieoczekiwane rozstrzygnięcia oraz sędziowskie kontrowersje. Niestety, Polacy byli tylko tłem dla świetnie dysponowanych rywali z krajów byłego ZSRR, wśród których brylowali zwłaszcza znakomici Uzbecy.

Pierwsza z imprez zorganizowanych w Rosji była pod wieloma względami wyjątkowa. Przede wszystkim ze względu na trwający od dawna konflikt pomiędzy Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim (MKOl) a Międzynarodowym Stowarzyszeniem Boksu (AIBA). W czerwcu pierwszy z tych podmiotów zdecydował się na bezprecedensowy krok i zmienił organizatora olimpijskiego turnieju w Tokio.

Za te rozgrywki odpowiadała właśnie AIBA, jednak ze względu na liczne kontrowersje dotyczące przede wszystkim finansów (głównie ogromnego długu i niejasnych okoliczności, w jakich powstał) oraz ówczesnego prezesa (Uzbek Gafur Rachimow miał być powiązany z różnymi grupami przestępczymi) miarka w końcu się przebrała. W tle wciąż przewijały się niejasne sprawy sędziowskie dotyczące turnieju olimpijskiego w Rio, w których pojawiały się pewne niepokojące prawidłowości. To wszystko sprawiło, że MKOl na rok przed igrzyskami jednogłośnie postanowił odebrać AIBA zabawki.

Boks zostanie na igrzyskach, ale AIBA już nikogo nie wykiwa

Jakim cudem ta skompromitowana organizacja mogła więc zorganizować mistrzostwa świata? Duża w tym zasługa polityki. Albowiem 5AIBA zawsze mogła liczyć na wsparcie Rosjan, którzy byli skłonni pokryć nawet dług tej organizacji. Teraz zorganizowali mistrzostwa, które po raz pierwszy w historii nie będą miały przełożenia na kwalifikacje do igrzysk. Nawet wywalczenie medalu nie daje już olimpijskiej przepustki, którą będzie można wywalczyć dopiero na specjalnie organizowanych w 2020 roku turniejach kwalifikacyjnych.

W tym świetle zawody w Jekaterynburgu miały znaczenie przede wszystkim prestiżowe, jednak zostały potraktowane przez wszystkich uczestników jako naprawdę poważny test. Poszczególne kraje przysyłały możliwie najsilniejsze reprezentacje, a sam turniej obfitował w zaskakujące rozstrzygnięcia i ciekawe walki. Na starcie pojawiło się 365 uczestników z 78 krajów, a sportowców przywitał sam Władimir Putin, który nie pojawił się jednak osobiście, ale przygotował film.

– Ta dyscyplina jest bardzo popularna w Rosji, a zorganizowanie mistrzostw świata dla czołowych bokserów to dla nas wszystkich znaczące wydarzenie. Zrobiliśmy wszystko, by stworzyć turniej na najwyższym poziomie, by wszyscy uczestnicy mogli zademonstrować swoje maksymalne umiejętności, a kibice mogli się cieszyć świetnymi warunkami oraz docenić piękno stolicy Uralu i naszą gościnność – tłumaczył Putin.

Nic dziwnego, że najwyższe władze państwowe starały się nadać imprezie jak najwyższą rangę. Rosyjscy sportowcy i działacze w ostatnich latach skompromitowali się bardziej niż AIBA i również nie jest im ostatnio po drodze z działaczami Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Dla samego Jekaterynburga zawody najlepszych bokserów to dopiero początek – w 2022 odbędą się tam mecze mistrzostw świata siatkarzy, a rok później Letnia Uniwersjada.

Kontrowersje wagi ciężkiej

Jak wyglądał sam turniej panów? Po raz pierwszy przeprowadzono go “tylko” w ośmiu kategoriach wagowych. To ograniczenie jest jakimś ukłonem w kierunku tego, co pięściarze zastaną za rok na igrzyskach. W Rosji najlepiej pod względem zdobytych medali wyglądali gospodarze oraz Uzbecy. Zawiedli zwłaszcza Kubańczycy, którzy wrócili do domu tylko z jednym złotem – dwa lata wcześniej wygrywali w aż pięciu kategoriach.

Tym razem sensacją była zwłaszcza porażka genialnego Julio Cesara La Cruza, który do Jekaterynburga przyleciał z niezwykłą serią triumfów. Boksujący w kategorii półciężkiej pięściarz do 2019 roku nie przegrał ani jednej walki na mistrzostwach świata, a wziął udział w aż czterech turniejach. Tak, to oznacza, że zdążył już wywalczyć cztery złote medale, a po drodze wpadło mu także złoto na igrzyskach w Rio. W Rosji 30-letni lider reprezentacji Kuby musiał w półfinale uznać wyższość 21-letniego Bekzada Nudauletowa, który sięgnął potem po złoto.

Jeszcze większą uwagę światowych mediów przyciągnęły jednak zmagania w najcięższej kategorii. W ćwierćfinale Bachodir Żałołow ciężko znokautował Richarda Torreza. Pojawiły się pytania o wymiar etyczny udziału Uzbeka w samych rozgrywkach, bo na zawodowstwie może pochwalić się bilansem 6-0, 6 KO. Przepisy dopuszczające udział zawodowców nie zmieniły się jednak wczoraj, a Żałołow nie jest pierwszym, który mógł na tym skorzystać.

Dopuszczenie zawodowego boksera Żałołowa, który był większy i zdeklasował dużo mniejszego 20-letniego amatora Torreza było brutalne i kryminalne – napisał w mediach społecznościowych Mauricio Sulaiman, prezydent organizacji WBC. Ta federacja jako jedyna próbuje walczyć ze zjawiskiem zawodowców walczących z amatorami i wykreśla ich ze swoich rankingów.

Tylko czy jest się o co oburzać? We wpisie Sulaimana jest jednak sporo populizmu. Po pierwsze – obaj startowali w tej samej kategorii wagowej, która nie ma górnego limitu. Takie same zasady obowiązują także w boksie zawodowym i są aprobowane również przez federację WBC. Po drugie – wypominanie Torrezowi wieku też jest chwytem pod publiczkę. Amerykański pięściarz ma na koncie ponad 120 walk i w ćwierćfinale MŚ nie wziął się znikąd. Na ringach olimpijskich może się pochwalić skądinąd imponującym bilansem 126-6.

W Jekaterynburgu Torrez po prostu przyjął potężną bombę od lepszego pięściarza i przegrał przed czasem, a takie rozstrzygnięcia akurat w tym sporcie nie powinny specjalnie dziwić. Kwestia dopuszczania początkujących zawodowców do walk z amatorami to inny temat, jednak Żałołow stawia dopiero pierwsze kroki wśród “dużych chłopców”. W sześciu dotychczasowych występach 25-letni mańkut z Uzbekistanu ani razu nie przeboksował nawet pięciu rund.

Złoto wywalczone w Rosji przez Żałołowa nie było chyba najbardziej kontrowersyjną sprawą związaną z rozgrywkami w najcięższej kategorii. W ćwierćfinale doszło do sytuacji znanej z wielu dużych bokserskich imprez – werdykt pojedynku został zmieniony już po jego zakończeniu. I oczywiście zupełnym przypadkiem skorzystał na tym reprezentant gospodarzy. Pierwotnie po trzech rundach wyrównanej walki sędziowie niejednogłośnie wskazali na Frazera Clarke’a, jednak kilka godzin później po proteście wniesionym przez Rosjan wynik zmieniono, a do strefy medalowej awansował Maksym Babanin.

Jedna wygrana Polaków, pech Elżbiety Wójcik

Najlepszy moment mojej kariery i najgorszy dzieliło zaledwie kilka godzin. Nie miałem na to wpływu, jedyne co mogę zrobić to wyjść do ringu i walczyć

– tłumaczył po wszystkim Brytyjczyk, który przy zielonym stoliku stracił pierwszy medal MŚ, o którym marzy już od dekady. Sytuacja daje do myślenia także z innej przyczyny – jest efektem zmiany w przepisach, którą AIBA wprowadziła w życie zaledwie miesiąc przed początkiem turnieju.

Teraz po przegranej walce można zgłosić protest, ale działa to potencjalnie tylko na korzyść przegranego. Clarke po wszystkim dowiedział się, że protest Rosjan został przyjęty i mógł się z tym tylko pogodzić, bo nie istnieje żadna ścieżka prawna pozwalająca na odwołanie się od takiej decyzji. Delegat techniczny AIBA przekazał tylko, że specjalnie powołany panel obejrzał ostatnią rundę walki i uznał, że to Babanin powinien ją wygrać.

Zgodnie z przepisami nie jestem zobowiązany do przekazania szczegółowych wyników ewaluacji dokonanej przez panel – przyznał przedstawiciel federacji. Taki komunikat musi dawać do myślenia, bo przecież wszyscy sędziowie turnieju olimpijskiego w Rio zostali potem zawieszeni w związku z podejrzeniami o korupcję. Obawy o kolejny sędziowski skandal były zresztą dość jasno formułowane przez MKOl, który między innymi przez to nie chciał mieć z AIBA nic wspólnego. Jak widać obawy nie były bezpodstawne…

Nie wszyscy raczkujący zawodowcy będą wspominać mistrzostwa tak dobrze jak Żałołow. Norweg Hadi Srour (4-0, 2 KO) został zawieszony tuż przed startem turnieju, ale w jego przypadku pozytywny wynik dała próbka pobrana w lipcu. Wykryto nie byle co, bo EPO, a tłumaczenia przyłapanego pięściarza wypadły żenująco.

33 dni później zostałem przebadany ponownie przed profesjonalną walką w Niemczech. Pobierano ode mnie mocz i krew, oba testy dały wynik negatywny – komentował Srour, który przed kilkoma miesiącami podpisał lukratywny kontrakt promotorski z grupą Sauerland. Uzupełniając tę kontrowersyjną linię obrony pięściarz przyznał, że w lipcu przez cztery dni bawił się na festiwalu muzycznym, gdzie oczywiście mogły się dziać różne rzeczy, ale dożylne przyjmowanie EPO wydaje się jednak dość mało prawdopodobne. Kto jeszcze rozczarował w Jekaterynburgu? Pod względem medali nie rozpieszczały występy zwłaszcza Amerykanów, którzy wrócili do domu z tylko jednym krążkiem. Wywalczył go błyskotliwy Keyshawn Davis, który ma zaledwie 20 lat i dopiero wkracza na salony. W finale turnieju kategorii lekkiej musiał uznać wyższość tylko utytułowanego Andy’ego Cruza, który zdobył jedyne złoto dla Kuby.  Dla porównania – dwa lata wcześniej Kubańczycy zgromadzili na koncie aż pięć medali z najcenniejszego kruszcu.

Z polskiej perspektywy możemy jednak tylko marzyć o takich problemach. Występ w Rosji był pasmem srogich rozczarowań – z sześciu reprezentantów Polski tylko jeden wygrał w ogóle jakąś walkę. Przed turniejem największe nadzieje mogliśmy wiązać z Mateuszem Polskim – brązowym medalistą mistrzostw Europy sprzed dwóch lat, ale lepszy od niego okazał się Holender Enrico Lacruz, inny brązowy medalista ME.

Na pierwszej przeszkodzie potykali się także Jarosław Iwanow, Bartosz Gołębiewski, Mateusz Goiński i Michał Soczyński. Tylko Filip Wąchała wygrał pierwszy pojedynek, ale zakończył przygodę z zawodami jeszcze przed ćwierćfinałem, przegrywając z Rohanem Polanco. Porażka w pierwszych walkach to niestety dobrze znany scenariusz, który podczas igrzysk olimpijskich w Rio przerobili jedyni nasi pięściarze, którzy zakwalifikowali się do turnieju – Tomasz Jabłoński i Igor Jakubowski.

Występ pań na tym tle należy ocenić dużo wyżej, ale niedosyt pozostał. Pierwsze walki wygrywały Kinga Szlachcic i Aneta Rygielska, ale przygodę z turniejem kończyły jeszcze przed ćwierćfinałami. Podobny los spotkał Elżbietę Wójcik, ale w jej przypadku okoliczności były wyjątkowo dramatyczne. Polka w pierwszej walce z Ivetą Lesinkyte nabawiła się koszmarnej kontuzji i nie była w stanie dokończyć pojedynku.

Najdalej zaszła najbardziej doświadczona Karolina Koszewska-Łukasik. Złota medalista tegorocznych igrzysk europejskich w Mińsku również nie dotarła do fazy medalowej – po wygranej pierwszej walce odpadła w ćwierćfinale z Lovliną Borgohain, brązową medalistką ostatnich mistrzostw świata.

Jeśli mistrzostwa świata w Rosji potraktować jako test stanu posiadania polskiego boksu amatorskiego, to ocena wydaje się dość jednoznacznie negatywna. Porażki w kontekście igrzysk nie są może jeszcze tragedią, ale trzeba szybko wyciągnąć wnioski. Turniej kwalifikacyjny dla przedstawicieli europejskich krajów odbędzie się w marcu w Londynie. Dla reszty świata rozgrywki rozpoczną się już w lutym. Medale MŚ na moment nie będą miały żadnego znaczenia, ale dla nas to wyjątkowo marne pocieszenie.

 

KACPER BARTOSIAK

 

 


Aktualności

Kalendarz imprez