Biegacz. Człowiek. Mistrz. Historia Emila Zatopka

Biegacz. Człowiek. Mistrz. Historia Emila Zatopka

Nikt w historii nie osiągnął tego co on. Prawdopodobnie nikt też nie przyczynił się tak bardzo do zmian w biegowym treningu. Z pewnością nikt inny nie wyławiał medalu z basenu w olimpijskiej wiosce, gdy chwalił się nim przyszłej żonie. Emil Zatopek to postać legendarna, najlepszy biegacz w historii Czech i jeden z najlepszych, gdy mowa o igrzyskach olimpijskich. Jego życie było barwne, pełne anegdot, ale niekoniecznie wyłącznie kolorowe. Wystarczy napisać, że mało zabrakło, by Czesi zapomnieli o swym mistrzu. A wielu takich przecież nie mają.

Rewolucja

Rok 1968. Praska wiosna. Czechy ogarnia szał rewolucji. Wśród ludzi na ulicach jest też mężczyzna w średnim wieku. Niezbyt postawny, łysiejący, bez – wydawałoby się – naturalnej charyzmy. Ale wiele osób to właśnie jego słucha. Ludek Pachman, szachowy arcymistrz, wspominał później: – On był zdecydowanie dominującą postacią. W pewnym momencie podszedł do grupy sowieckich żołnierzy, by z nimi porozmawiać. Przemieszczał się od czołgu do czołgu i rozmawiał z pojedynczymi żołnierzami.

Nie chcieli słuchać, ale ludzie powtarzali: „Wysłuchajcie go. On jest naszym mistrzem”. W końcu przyszedł oficer. Powiedziałem mu, jak bardzo wszyscy są zdenerwowani ich inwazją. Mówiłem o pokoju olimpijskim [igrzyska w Meksyku zaczynały się dwa miesiące po inwazji państw Układu Warszawskiego na Czechosłowację – przyp. red.]. On nie powiedział nic. Ale na koniec uścisnął moją rękę. To powiedziało mi, że może nie czuje się dobrze z tym, co robi – wspominał sam zainteresowany.

Był nim Emil Zatopek. Czterokrotny mistrz olimpijski, wówczas już szesnaście lat po dniach swej największej chwały i dekadę po zakończeniu kariery. Z radzieckimi żołnierzami rozmawiał jako obywatel, nie sportowiec. Dla ludzi wciąż był jednak bohaterem. Rozpoznawali go i szanowali tym bardziej, że w trakcie rewolucji poparł Alexandra Dubceka, chcącego wprowadzić w państwie reformy. Gest tym ważniejszy, że Zatopek był pułkownikiem czechosłowackiej armii. Z perspektywy Rosji stał się w tamtym momencie człowiekiem, którego trzeba było się pozbyć z widoku.

Gdy więc stłumiono (zresztą krwawo, ale to temat na inną opowieść) czeską rewolucję, rozprawiono się też z Zatopkiem. Nie chodziło tylko o to, co stało się tamtego konkretnego dnia. Emil długo protestował, głośno wyrażał swoje zdanie i poparcie dla reform. Sowietów nazywał nawet „gangsterami świata”. Los Zatopka i tak był łagodny. Usunięto go z życia publicznego i wysłano do przymusowej pracy. Gdyby nie był znany i gdyby na świecie nie protestowano przeciwko wsadzeniu go do więzienia, pewnie ostatecznie zgniłby w celi. Albo w grobie.

Pracował w kopalni uranu. W Jachymovie, skąd pochodziła ruda, z której Maria Skłodowska-Curie wyodrębniła rad. W innych okolicznościach pewnie by go to zainteresowało – przecież jako młodzieniec chciał zostać chemikiem. W tych nie miało to dla niego większego znaczenia. Kilka lat spędzonych na przymusowej pracy, z dala od żony (choć kilka razy podobno udało mu się dostać w przebraniu do Pragi i ją odwiedzić), zmieniło Zatopka. Zaczął pić, odciął się od świata, każdemu odwiedzającemu powtarzał, że „nie jest tym Zatopkiem, którego ludzie znali wcześniej”.

W kopalni spędził sześć lat. Potem pozwolono mu znaleźć pracę w Pradze. Podobno był śmieciarzem, ale nie przemęczał się, bo… gdy ludzie dowiedzieli się, że to ich mistrz olimpijski, wynosili za niego śmieci. Inna sprawa, że brakuje źródeł na potwierdzenie tej historii, a zaprzeczała jej nawet żona Emila. Choć on sam w jednym z wywiadów zdawał się sugerować, że coś takiego faktycznie miało miejsce. Inne źródła mówią o tym, że w późniejszym czasie tłumaczył artykuły szkoleniowe dla czeskich trenerów (znał ponoć osiem języków), a kolejne powtarzają, że zaczął też pełnić funkcję reprezentacyjną, ważną dla państwa. Lata pracy w kopalni nie zmieniły przecież faktu, że był czterokrotnym mistrzem olimpijskim.

Pewni możemy być tego, że jego pełna rehabilitacja nastąpiła po 1990 roku, gdy do władzy doszedł Vaclav Havel. Zatopek mieszkał wówczas skromnie, nie był bogaczem. Nie angażował się też już w życie polityczne, choć polityka docierała do niego sama – oskarżono  go choćby o kolaborację ze służbą bezpieczeństwa, nigdy jednak nie wyciekły na to twarde dowody. Z większym szacunkiem i estymą traktowano go wręcz na Zachodzie (Amerykanie chcieli go nawet sprowadzić do siebie już w latach 50., ale nie zgodziły się czechosłowackie władze, dla których był świetnym narzędziem propagandowym), nie we własnym kraju. To zmieniło się dopiero kilka lat po jego śmierci, gdy jego legendę odbudowano.

A zmarł w 2000 roku. Alain Mimoun, jego wielki rywal i, w większości przypadków, wielki przegrany, powiedział wówczas, że „nie utracił rywala, a brata”. Tuż po śmierci wydawało się, że Czesi o nim zapomną. W kolejnych latach wzmocniono jednak pamięć o Zatopku, największym mistrzu, jakiego miała Czechosłowacja i jakiego mają Czechy. To zresztą nie może dziwić.

Bo przecież jest o czym pamiętać.

Hat-trick

Emil Zatopek pojechał na swoje drugie igrzyska, do Finlandii – ojczyzny wielu wybitnych długodystansowców, na czele z Paavo Nurmim, dziewięciokrotnym(!) mistrzem olimpijskim. W 1952 roku akcje Finów w biegach wciąż stały nie najgorzej, ale jednak faworyci do złotych medali pochodzili raczej z innych krajów. W tym z Czechosłowacji. Był nim właśnie Zatopek.

Choć mogło go nawet zabraknąć na igrzyskach. Rok przed nimi doznał kontuzji zjeżdżając na nartach. Potem rozchorował się na krótko przed startem imprezy. Ale ostatecznie mógł nie pojechać… z powodów politycznych. Już w 1952 roku postawił się bowiem komunistycznym władzom. A było to tak: Zatopek dowiedział się, że do Helsinek ma nie polecieć jego kolega, Stanislav Jungwirth, bo jego ojca zatrzymano jako więźnia politycznego. Emil powiedział wprost: jeśli on nie leci, to mnie też tam nie zobaczycie.

Pamiętam, jak wysiadaliśmy z samolotu w Helsinkach – wspominał Frantisek Broz, który poleciał do stolicy Finlandii razem z resztą czechosłowackich sportowców, ale bez Zatopka i Jungwirtha. – Było tam jakieś 10 000 Finów. Wszyscy czekali na Zatopka. Ale jego z nami nie było. Przyleciał dwa dni później. Innym samolotem, razem z Jungwirthem. W tym czasie był jedynym człowiekiem w Czechosłowacji, któremu płazem mogło ujść coś takiego. Nawet Klement Gottwald, nasz prezydent, nie mógłby tego zrobić.

Bo faktycznie, Zatopek w tamtym okresie był u szczytu swej sławy. Od 1949 do 1951 roku wystartował w 69 długodystansowych biegach i wygrał każdy z nich. Na 10 000 metrów był niepokonany od 1948 do igrzysk w Helsinkach i jeszcze dwa lata po nich. Potrafił wygrywać z przewagą całego okrążenia. Został pierwszym człowiekiem, który w godzinnym biegu wykręcił dystans 20 kilometrów. Znali go ludzie na całym świecie. Komuniści nie mogli pozwolić sobie na zostawienie go w kraju. Ale, co dotarło do Zatopka, już planowali karę za niesubordynację. Sposób na jej uniknięcie był jeden: sukces.

Zaczęło się od 10 kilometrów. Dystansu, na którym był zdecydowanym faworytem. Nie zawiódł oczekiwań – ani swoich, ani rodaków, ani… Finów, którzy gromadnie go oklaskiwali. Zdublował większość rywali, ustanowił nowy rekord świata. To był bieg bez historii, absolutnie nie było czego opowiadać. Inaczej wszystko rozegrało się na dystansie pięciu kilometrów. Tam rywalizował z Chrisem Chatawayem, Alainem Mimounem i Herbertem Shade’em. Finisz rozpoczął na 400 metrów przed metą. Zatopek wysunął się na prowadzenie, ale potem cała trójka go wyminęła. Większość biegaczy w tym momencie by się poddała. Ale nie Zatopek. Zaatakował jeszcze raz, szaleńczo, wręcz rozpaczliwie. Nadrabiał metry. Zrównał się z nimi, a potem wyprzedził. Tym razem jednak prowadzenia nie oddał. Wygrał drugie złoto w trakcie jednych igrzysk. Na tych dystansach nie dokonał tego nikt wcześniej.

W tym momencie miał za sobą już trzy biegi, bowiem na 5000 metrów musiał też przejść eliminacje. Śmiało mógł usiąść i rozkoszować się drinkami do końca igrzysk. Mógłby, ale… był cholernie ambitny. Postanowił więc wystartować w… maratonie. Żeby było ciekawiej: nigdy wcześniej nie biegł oficjalnie takiego dystansu. W tym momencie wielu mogło się pukać w głowę. Bo wyglądało to jak straceńcza misja, w trakcie której Zatopek miał zostać biegowym kamikaze. Ale kto mógł mu zakazać tego startu? Publika przecież właśnie tego chciała.

Czech wybrał prostą strategię na bieg: postanowił trzymać się Jima Petersa, wielkiego faworyta, rekordzisty świata, który na bieg maratoński przerzucił się przez… Zatopka. Ten bowiem pokonał go cztery lata wcześniej na dystansie 10 kilometrów, a Peters, widząc jakiego ma rywala, postanowił spróbować maratonu. Czech zresztą przywitał się z nim w trakcie rozgrzewki, ale Brytyjczyk uścisnął mu tylko rękę. Na jego „Cześć, jestem Zatopek” nie odpowiedział ani słowem.

Odezwał się dopiero… w trakcie biegu. Bo po jakiejś godzinie podbiegł do niego Czech, któremu po głowie krążyło pytanie. Ich dialog wyglądał mniej więcej tak:

Czy biegniemy dobrym tempem? – zapytał Czech, nie wiedząc, że już w tamtym momencie było ono wręcz fantastyczne.

– Nie, biegniemy za wolno – odpowiedział Brytyjczyk, chcąc nieco „podpalić” rywala i sobie z niego pożartować.

Zatopek jeszcze się upewnił. Gdy po raz drugi usłyszał, że tempo jest zbyt wolne, postanowił zrobić to, co robił zawsze, gdy tak było – przyśpieszyć. Po chwili odsadził rywala na kilka minut. Peters z jednej strony miał na to nadzieję – liczył bowiem, że Zatopek nie wytrzyma narzuconego sobie tempa – a z drugiej wiedział, że musi za nim podążyć, więc to zrobił. Sęk w tym, że… to on nie był w stanie sobie poradzić z tak szybkim biegiem. Kilka kilometrów później opuścił trasę, wymagał pomocy medycznej.

A Zatopek? Przez jakiś czas biegł ze Szwedem Gustafem Janssonem, ale i ten wkrótce odpadł. Nikt nie był w stanie wytrzymać tempa Czecha. Ten przewagę nad rywalami miał na tyle ogromną, że po drodze… żartował sobie z fotoreporterami i kibicami. Gdy wpadł na stadion, kilkadziesiąt tysięcy ludzi skandowało jego imię. Po przekroczeniu linii mety na ręce wzięła go jamajska sztafeta i urządziła mu rundę honorową. Jeśli ktokolwiek w Czechosłowacji myślał jeszcze o tym, żeby ukarać go za incydent sprzed igrzysk, to już wiedział, że nie może tego zrobić.

Gdy Reinaldo Gorno z Argentyny, drugi na mecie, ukończył bieg, Zatopek rozdawał autografy i ściskał ręce kibicom. Dziś pewnie robiłby też sobie selfie, ale w tamtych czasach było o to trudno. Później mówił, że „przez następny tydzień nie był w stanie chodzić, ale to było najlepsze wyczerpanie, jakie znał”. Innym razem dodawał, że „bieg maratoński jest nudny”, ale „jeśli chce się zmienić swoje życie, trzeba go przebiec”.

Swoją drogą jest jeszcze jeden aspekt tamtych igrzysk, który warto poruszyć. Bo te trzy medale to nie jedyne sukcesy, jakie zapisano jego nazwisku. Podkreślamy: nazwisku. Bo do hat-tricka Emila złoty medal w rzucie oszczepem dorzuciła Dana Zatopkova, jego żona. Jej konkurs trwał wtedy, gdy… Zatopek zdobywał drugie złoto. W wielu relacjach można było przeczytać, że medale Emila i Dany dzieliło jakieś dziesięć minut, w rzeczywistości trwało to jednak dłużej. Po tym jak Czeszka je zdobyła, Emil powiedział:

W tym momencie wynik rywalizacji w rodzinie Zatopkóv to 2:1. To dla mnie za mało. Pobiegnę w maratonie.

Trzeba przyznać, że słowny był z niego gość.

Dzisiaj trochę umrzemy

Danę poznał cztery lata wcześniej, w 1948 roku. Po tym jak pobiła rekord życiowy dał jej bukiet kwiatów. Zaledwie tydzień później to on ustanowił swój rekord i ona mu gratulowała. Podobno wtedy jej się oświadczył. Powiedział: „więc oboje urodziliśmy się w ten sam dzień [dokładnie 19 września 1922 roku – przyp. red.], co jeśli pobralibyśmy się również wtedy?”. I faktycznie tak się stało, cztery miesiące później już byli po ślubie.

Wcześniej jednak oboje pojechali na igrzyska w Londynie, pierwsze powojenne. – Po tych wszystkich mrocznych dniach wojny, bombardowań, zabijania, głodu, igrzyska były wielką ulgą, jak wychodzące zza chmur słońce. Poszedłem do wioski olimpijskiej, nie było tam frontów, nie było barier. Ludzie po prostu się spotykali. Mężczyźni i kobiety, którzy dopiero co stracili pięć lat życia, wrócili – wspominał Zatopek.

W tamtym czasie rywale wiedzieli już, że muszą się z nim liczyć, nie był biegaczem anonimowym. Jego celem było złoto na 5000 metrów. W biegu na 10 000 wcześniej nie startował, pierwszy raz zrobił to niedługo przed igrzyskami. I pobiegł zaledwie dwie sekundy gorzej od rekordu świata. Więc postawił i na ten dystans, chcąc zaatakować rekord. Zrobić musiał to już pierwszego dnia igrzysk.

Sygnał o tempie wysyłał mu trener. Umówili się, że jeśli z trybun pokaże czerwoną koszulkę, to będzie sygnał dla Czecha, że ten ma przyśpieszyć. Zatopek zobaczył ją już na ósmym okrążeniu. Przyśpieszył więc i pobił rekord świata. A, zgarnął też złoty medal, choć to chyba jasne. Z kolei jego wielki rywal Viljo Heino, zszedł z trasy na szóstym kilometrze, wyczerpany tempem i upałem. Zatopka tak to zdezorientowało, że krzyczał do sędziów: „Gdzie jest Heino?”. Emil musiał biec sam, bo nikt inny nie był w stanie dotrzymać mu kroku. I z tym wyzwaniem koncertowo sobie poradził.

Świat oszalał wtedy na jego punkcie, a kibice czekali na jego drugi start. Gdy rozpoczynał się bieg na 5000 metrów, wszyscy patrzyli tylko na niego. Miał zrobić to, co udało mu się cztery lata później – zdobyć złoto na obu tych dystansach. Tyle tylko, że w 1948 roku jeszcze tego nie osiągnął. Przegrał o 0,2 sekundy z Gastonem Reiffem, choć szaleńczy finisz o mało nie doprowadził go do pierwszego miejsca. Gdyby bieg był o 10 metrów dłuższy, wygrałby.

Zatopek nie marnował też czasu pomiędzy startami. Regularnie przekradał się pod okno mieszkania Dany w olimpijskiej wiosce (a kobiece kwatery wcale nie były umieszczone w tym samym miejscu co męskie, do tego musiał też wykiwać ochroniarzy przydzielonych czechosłowackim sportowcom przez… czechosłowackie władze), śpiewając jej piosenki. Po zwycięstwie na 10 kilometrów przyszedł ze złotym medalem. Gdy oboje siedzieli nad basenem, złoto wpadło do wody. Niezrażony tym faktem Emil rozebrał się, wskoczył do wody i wyłowił medal. I właśnie wtedy nad basen przyszła jedna z przełożonych wioski. Widok nagiego Czecha bynajmniej jej nie uradował, wyrzuciła go więc na ulicę (pozwalając mu się wcześniej ubrać). – Nie zrobiliśmy wtedy nic złego, ale czuliśmy się naprawdę winni – wspominała Dana w wywiadach, zawsze przy tej okazji chichocząc.

Tu przeskoczymy o osiem lat. Ominiemy wspomniany okres sukcesów, ominiemy ślub z Daną i igrzyska z 1952 roku, które opisano wcześniej. Takim skrótem znajdziemy się w australijskim Melbourne, na trzeciej olimpiadzie Emila Zatopka. Czech miał wtedy już 34 lata, startował tylko w maratonie, choć… nie powinien. Zaledwie sześć tygodni przed nim przeszedł operację przepukliny. Gdyby trzymał się zaleceń lekarzy, biegać zacząłby dopiero dwa tygodnie po igrzyskach. Zrobił to jednak już dzień po wyjściu ze szpitala. Mimo tego trudno było przypuszczać, by mógł pobiec po medal. Tym bardziej że w Australii nie miał nawet chwili spokoju.

Nie tylko każdy sportowiec chciał uścisnąć mu rękę, ale też każdy trener chciał się czegoś od niego nauczyć, każdy dziennikarz przeprowadzić rozmowę, a każdy fotograf chciał „niecodziennej” czy „intymnej” fotografii. Tłum najpierw szukał go w jadalni, potem zachodzili nawet do jego pokoi. Wkrótce Emil zauważał ludzi, którzy bez pozwolenia wchodzili do nich i wychodzili. W końcu wykształcił refleks chowania się w szafce na miotły, gdy tylko słyszał nieznajome kroki na schodach w korytarzu

wspominała w swej autobiografii dyskobolka Olga Conolly.

Zatopka te tłumy mogły irytować z jeszcze jednego powodu. Do Melbourne przywiózł ze sobą zapas Pilsnera. Twierdził, że po części to właśnie to piwo stoi za jego sukcesami, bo uzupełnia nim potrzebne ciału substancje po biegach. Tyle tylko, że w Australii częstował wiele osób, a sam pił go zaledwie troszeńkę – tak się rozchodziło. Inna sprawa, że regenerować nie musiał się szybko.

Bo biegł, jak już wspomniano, tylko raz. Ale już na starcie powiedział wszystkim rywalom: „panowie, dzisiaj trochę umrzemy”. I faktycznie, sam ledwo dobiegł. Gdyby nazywał się inaczej, pewnie nie przekroczyłby linii mety. Ale był Emilem Zatopkiem i siłą woli – wbrew żarowi lejącemu się z nieba, ciężkiemu podbiegowi, bolącym nogom, nierównemu oddechowi – dotarł do końca. Po drodze wylewał na siebie wiadra wody. Tuż po ukończeniu biegu wymiotował. Był szósty.

Złoto zdobył Alain Mimoun. Jego rywal, ale i wielki przyjaciel, który zwykle okazywał się gorszy. Wtedy Francuz miał swój moment triumfu, ale czekał na Zatopka na mecie. Mimoun wspominał, że miał dla Czecha tylko jedno pytanie: – Zapytałem: „Emil, czemu mi nie pogratulujesz? Wygrałem! Jestem mistrzem olimpijskim!”. Obrócił się do mnie. Wyglądał, jakby otrząsnął się z głębokiego snu. Zdjął czapkę – białą, malarską, którą często nosił – i mi zasalutował. Potem mnie objął. To było dla mnie lepsze niż złoty medal.

Zatopek w trakcie tamtych igrzysk doznał kontuzji kolana. Te zresztą zdarzały mu się coraz częściej. Powoli kończył karierę. Biegał jeszcze przez dwa lata, ale już bardziej „towarzysko”, zwiedzając przy okazji kawał świata. Tym ostatnim „wielkim” biegiem, mimo że nie wygrał, pozostał dla niego olimpijski z Melbourne. Bo raz jeszcze udowodnił sobie i wszystkim, jak wielką dysponuje siłą woli.

Bo kto jak kto, ale Emil Zatopek trochę o umieraniu z wysiłku wiedział.

Śnieg, pranie i wojskowe buty

Biegał brzydko. Każdy krok „potwierdzał” ruchem głową, ramionami ruszał w taki sposób, w jaki żaden biegacz nie powinien. Głośno sapał i dyszał. – Robił wszystko źle, ale wygrywał – mówił o jego bieganiu Larry Snyder, trener lekkoatletów z Ohio State. Sam Zatopek powtarzał, że zmieni styl wtedy, gdy zaczną przyznawać punkty i za to. A póki nikt tego nie robi, interesują go tylko czas i miejsce.

Biegał z grymasem na twarzy, wyglądającym, jakby właśnie był poddawany torturom. Dziennikarzom odpowiadał, że „nie jest wystarczająco utalentowany, żeby równocześnie biec i się uśmiechać”. Ci opisywali go na różne sposoby. Red Smith pisał, że Emil wygląda jak „mężczyzna z pętlą na szyi”. Inni dodawali, że „biegnie, jakby został dźgnięty w serce”, „jakby jego następny krok miał być ostatnim” lub „jakby właśnie siłował się z ośmiornicą”. Podobno jednak grymas ten towarzyszył mu całe życie, nie tylko na bieżni, ale kiedykolwiek, gdy tylko musiał się wysilić.

Technika czy styl zdecydowanie nie były więc tajemnicami jego sukcesu. A co było? Wielka determinacja, to na pewno. Zwano go „Czeską lokomotywą” (a poza tym „Paskudnym Emilem” czy „Skaczącym Czechem”), bo po prostu parł do przodu. No i wydawał przy tym dźwięki, które przypominały przyjazd pociągu. Co ciekawe – nie był demonem szybkości. Ale w momencie, gdy inni padali już ze zmęczenia, on potrafił jeszcze przyśpieszyć. Albo od początku biegu zdecydować się na szaleńcze tempo i w nim wytrzymać. Pytanie brzmi: jak do tego doszedł?

Odpowiedź jest prosta – treningi. Dla wielu pewnie zabójcze, dla Emila były codziennością. Ten gość trenował tyle i w taki sposób, że aż trudno w to uwierzyć. Co najważniejsze – robił to interwałami. To od niego – choć wbrew temu, co się często pisze, nie był pierwszym, który obrał tę metodę – rozpoczęła się treningowa rewolucja na całym świecie.

Mimo wszystko pewnie chcielibyście zapytać: „no dobra, ale co takiego niezwykłego jest w interwałach?”. Jedna rzecz to właśnie to, że wtedy mało kto tak trenował. Inna – obciążenia, jakie Emil sobie narzucał. W „szczytowym” okresie treningów potrafił przebiec po 50 czterystumetrowych sprintów w trakcie jednej sesji treningowej. Przedzielał je wolniejszymi odcinkami o długości 150-200 metrów. A potem powtarzał to jeszcze raz, tego samego dnia. Mówił, że chce się nauczyć szybkiego biegania, bo przecież jak biegać wolno już wie. Ten gość nie znał słowa „dość”. Jeśli tylko czuł, że coś jest w stanie przynieść mu sukces, to całkowicie się temu poświęcał.

Często powtarzał, że „chłopców od mężczyzn oddziela dopiero przekroczenie granicy bólu”. Sam robił to wiele razy. Kiedyś był ciekaw, jak daleko zdoła dobiec na bezdechu. Codziennie wydłużał ten dystans, aż w końcu dotarł tam, gdzie sobie założył, po czym… stracił przytomność. Próby już nie powtarzał, bo osiągnął swój cel. Przy tym wszystkim pilnował szczegółów. Dbał choćby o to, by nie zaciskać pięści, żeby uniknąć niepotrzebnego napięcia mięśniowego.

Wolał trenować w trudniejszych warunkach. Więc biegał zimą, w ciężkich wojskowych butach, przedzierając się przez gęsty śnieg. Biegał z przywiązaną do pleców oponą. Biegał w miejscu przez godzinę, jeśli akurat nie mógł sobie pozwolić na wyjście na zewnątrz. Zdarzało się nawet, że udzielał w ten sposób wywiadów! Raz, robiąc pranie, postanowił przez dwie godziny biegać po mokrych ubraniach. Mówił, że trening w złych warunkach jest lepszy, bo gdy te zmienią się na lepsze na starcie zawodów, będzie się odczuwać ulgę.

Miał niesamowitą intuicję i świetnie znał swój organizm. Choć i jemu zdarzały się pomyłki. Raz przez całą zimę trenował w domu. Wymachy nogami, naciąganie sprężyn, obciążenie stóp ciężarkami… Taki trening nic mu jednak nie dał, przekonał się o tym na wiosnę. Więc więcej go nie próbował. Gdy w końcu opracował metodę interwałową, już się jej trzymał. A potem robili to i inni. Powtarzał:

Kiedy zaczynałem, wszyscy mówili: „Emil, jesteś głupkiem!”. Ale gdy zacząłem wygrywać, powtarzali: „Emil, jesteś geniuszem!”.

Sęk w tym, że rywale mogli trenować tą metodą, ale nie mogli jak on. Tylko Zatopek wytrzymywał własne obciążenia. Krążyły nawet legendy, że na potrzeby treningu… biegał ze swoją żoną na ramionach. Ta jednak temu zaprzeczała. Z pewnością jednak choć raz w życiu Emil trenował z dzieckiem usadzonym na jego barkach (nie swoim, Zatopkowie nie mieli dzieci). Zatopek nie przejmował się też zmęczeniem. Uważał, że wszystko zależy od charakteru i woli. Wykształcił je więc w sobie tak, że nigdy nie odpuszczał.

W tym wszystkim pomagała mu niesamowita zdolność do regeneracji. Przez całą karierę przebiegł ponad 50000 mil (innymi słowy: dwukrotnie obiegł świat, a i tak zostało mu jeszcze dystansu na jakąś wycieczkę), wiecie też już, co zrobił na igrzyskach w Helsinkach. Jego organizm nie pozwalał mu na bardzo szybkie bieganie (rekordy świata i zwycięstwa wynikały raczej z utrzymywania znakomitego, równego tempa, a nie umiejętności nagłego zerwania się do sprintu), ale rekompensował mu to właśnie regeneracją. Jego puls w kilka chwil po biegu wracał do normy, mięśnie szybko przestawały boleć. I Zatopek mógł biec jeszcze raz. I jeszcze raz. A potem jeszcze kilka razy.

I pomyśleć, że jeszcze jako nastolatek… brzydził się bieganiem.

Więcej niż biegacz

Chciał zostać nauczycielem chemii. Sytuacja rodzinna zmusiła go jednak do podjęcia pracy w Bata, fabryce butów, jednej z największych w Europie i jednej z najnowocześniejszych, również pod względem podejścia do pracownika. Rozsądne godziny pracy, szkoły przyzakładowe (Zatopek w jednej z nich kontynuował edukację) oraz… zawody biegowe, w których z nakazu mieli brać udział pracownicy fabryki. Oczywiście bez szans na dobre wyniki, albowiem do Żlinu przyjeżdżała wtedy krajowa elita. No, przynajmniej tak się wydawało.

Emil, gdy usłyszał, że ma pobiec, chciał wymówić się chorobą. Został więc wysłany do lekarza, ale ten nie stwierdził, by cokolwiek przeszkadzało Czechowi w starcie. Zatopek musiał więc podjąć się wyzwania, a skoro tak, stwierdził, że chce wygrać. Był bowiem wściekły na wszystkich wokół, że musi brać w tym udział. Chciał się im w ten sposób odpłacić, to stało się jego marzeniem. W teorii brzmiało to jak szaleństwo, ale na kolejnych metrach (a do przebiegnięcia było ich 1500) wydawało się coraz bardziej realne. Ostatecznie Zatopek dobiegł do mety drugi. W nagrodę dostał pajdę chleba z masłem i jabłko. Ich smak zapamiętał ponoć na całe życie, bo w wojennych czasach każde jedzenie było na wagę złota. Od tego momentu chciał wygrywać.

W Czechach nie było wtedy tańców. Spotkania towarzyskie były zabronione. Codziennie o zmierzchu zaczynała się godzina policyjna. Nie miałem samochodu. Nie było też mięsa do jedzenia, jedynie warzywa. Kiedy jednak jest luksus, jest też ryzyko degeneracji. Kiedy siedzi się za kółkiem, zyskuje się czas, ale traci kondycję. Nie miałem samochodu, zamiast tego biegałem z miejsca na miejsce

– wspominał, przywołując czasy, w których powoli zamieniał się w mistrza.

Już po swoim pierwszym, znakomitym biegu został zawodnikiem jednego z klubów. W trakcie wojny trenował w domu, jeździł też na lekkoatletyczne zawody w kraju, często wygrywał. Gdy wojna się kończyła, jego nazwisko było w Czechosłowacji już doskonale znane – był już rekordzistą kraju. Kilkukrotnym. Po zawarciu pokoju wstąpił do wojskowego ATK Praga, późniejszej Dukli, i tam trenował – w sposób, który już znacie – codziennie. Wszystko zapisywał w swoim dzienniku. W 1946 roku pierwszy raz wyjechał na zawody do innego kraju. Odbywały się w Berlinie, dotarł tam… rowerem. Przejechał 500 kilometrów, żeby wystartować i, jak się okazało, wygrać.

Wystartowałem tam zbyt szybko i tłum, może 60 tysięcy osób, zaczął się śmiać. Myśleli, że oszalałem. „Kim on jest?” pytali. „Jest szalony. Szalony”. Ale wygrałem te zawody i to stało się dla mnie wielką inspiracją

wspominał.

Potem były mistrzostwa Europy. Jeszcze bez zwycięstwa, ale z bardzo dobrymi czasami. Następnie kolejne zawody, rekordy, medale i wyróżnienia. Igrzyska olimpijskie, hat-trick w Helsinkach, wspaniała kariera, porażka w Melbourne. Aż do ostatniego biegu w hiszpańskim San Sebastian. To rok 1958. Zatopka żegnały tłumy. Wszyscy zatrzymali się w restauracji w małym baskijskim miasteczku. Jej właściciel kochał Zatopka, na tę okazję wywiesił więc czeskie flagi i… zaoferował mu psa, Pedro. Emil, wiedząc, że przewóz zwierząt przez granicę jest nielegalny, odmówił. Ale psa i tak dostał – do Francji przemyciła go starsza Hiszpanka, a na terytorium Czechosłowacji przyjechał w torbie Zatopka. Przez kolejnych dziesięć lat obaj byli najlepszymi przyjaciółmi.

I to właśnie Pedro mógł być najcenniejszym trofeum z całej kariery Emila. A z pewnością takim, które ten zachował. Bo inne Czech rozdawał. Fanom, przyjaciołom, a nawet ludziom, których dopiero co poznał. Był niesamowicie skromnym, przyjacielskim facetem, którego szanowali wszyscy rywale. Nieraz zresztą zagadywał ich w trakcie biegu. Niektórzy narzekali, że „ten człowiek nie potrafi się zamknąć”, ale w gruncie rzeczy uwielbiali jego otwartość. Za swoje największe osiągnięcie Zatopek uważał to, że po igrzyskach w 1952 roku, jego gospodyni domowa, która nigdy go nie lubiła, nagle zaczęła go nazywać przyjacielem.

Na bieżni i obok niej Zatopek zawsze znajdował czas, by komuś pomóc. Potrafił godzinami udzielać wskazówek młodym biegaczom. W olimpijskiej wiosce oddał swoje łóżko Australijczykowi, którzy przyjechał z wizytą i nie miał gdzie spać. Innym razem podarował swoje… skarpetki rywalowi, który akurat takich potrzebował. Niczego nie ukrywał w swoim treningu, cieszył się, że może się podzielić metodami z innymi. Powtarzał, że sukcesy i medale są ważne, ale przyjaźń jest ponad to wszystko.

Ale prawdopodobnie najgłośniejsza historia dotyczy jednego z jego złotych medali. W 1968 do Pragi przyjechał Ron Clarke, znakomity długodystansowiec, wielokrotny rekordzista świata, który jednak nigdy nie został mistrzem olimpijskim. Spędził on dzień z Zatopkiem, który – po drodze na lotnisko – wręczył mu małe zawiniątko ze słowami: „zasługujesz na to”. Przykazał też, by Clarke odpakował je dopiero w samolocie. Ron dotrzymał obietnicy i gdy już siedział wygodnie w fotelu, zajrzał do środka. Prezentem okazało się olimpijskie złoto na 10 000 metrów.

Starałem się wieść normalne życie. Chciałem zobaczyć ten wspaniały świat dookoła mnie. Spotkałem wielu ludzi, widziałem mnóstwo rzeczy. Sportowcy są jak dzieci. Nie znają innego życia. Wiedzą tylko, jak trenować i rywalizować. Poznają jedynie innych sportowców

mówił sam Zatopek.

Równocześnie jednak jego życie zaprzeczało tym słowom. Bo kto jak kto, ale Emil Zatopek to więcej niż sportowiec.

 

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez