Bez młota to nie robota… Czy młociarze są dyskryminowani?

Bez młota to nie robota… Czy młociarze są dyskryminowani?

Nick Miller coraz częściej przebija się do czołówki rankingów współczesnych młociarzy. Brytyjczyk z kolejnymi sukcesami głośniej zaczyna mówić także o problemach trapiących całą dyscyplinę. W tym sezonie wypalił z grubej rury – oskarżył organizatorów Diamentowej Ligi o dyskryminację młota, która rażąco wpływa na popularność i zarobki samych zawodników. “Niestety, pewne rzeczy są dla nas nie do przeskoczenia. Czekam na pomysł nowej formuły zawodów od IAAF i odświeżony kalendarz startów” – skomentował dla nas Paweł Fajdek z Grupy Sportowej ORLEN.

Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do tego, że żyjemy w erze dominacji “polskiej szkoły młota”. Anita Włodarczyk – mimo sezonu przerywanego kontuzjami – już od dawna gra w swojej lidze i stała się zjawiskiem wykraczającym daleko poza sam sport. Wśród mężczyzn tegoroczne listy otwiera Wojciech Nowicki (81.74) właśnie przed Pawłem Fajdkiem (80.88). Aby uzyskać pełniejszy obraz sytuacji w męskim młocie, wystarczy napisać, że Polacy jako jedyni w 2019 roku pokonali granicę osiemdziesiątego metra.

Tuż za ich plecami jest jednak ambitna grupa pościgowa, w której coraz częściej wyróżnia się właśnie Miller. Brytyjczyk w ubiegłym roku przerzucił wspomnianą wyżej magiczną granicę i zaczęło się o nim mówić coraz więcej. Jedyny problem wygadanego 26-latka to brak znaczących trofeów. Parafrazując znane powiedzenie: dobry sportowiec, tylko osiągnięć nie ma. Jego najważniejszym triumfem pozostaje… złoto mistrzostw Europy U-23.

Ten fakt nie przeszkadza Millerowi w regularnym wychodzeniu przed szereg. Pod koniec sierpnia nie zostawił suchej nitki na organizatorach Diamentowej Ligi. Ten cykl najbardziej prestiżowych lekkoatletycznych mityngów w 2010 roku zastąpił Złotą Ligę i między najważniejszymi zawodami sezonu to na nim skupia się uwaga mediów. W każdym sezonie najlepsi lekkoatleci świata spotykają się na przynajmniej dwunastu zawodach w różnych miejscach na całym świecie. Najlepsi w klasyfikacji generalnej otrzymują na koniec diament warty 80 tysięcy dolarów, a po drodze solidne premie za dobre wyniki. Wszystko pokazuje telewizja, a zawody cieszą się sporym uznaniem w środowisku.

W gronie standardowych lekkoatletycznych konkurencji wybranych przez pomysłodawców imprezy nie było i wciąż nie ma rzutu młotem. Dlaczego? Sprawa długo była okryta tajemnicą. W pierwszych sezonach brakowało oficjalnego komunikatu – pojawiła się tylko niejasna zasłona w postaci “względów infrastrukturalnych”. Młociarze cierpieli jednak jako jedyni i w końcu zaczęli domagać się bardziej konkretnych odpowiedzi na niewygodne pytania.

Podczas trzeciego sezonu Diamentowej Ligi wreszcie usłyszeli, że chodzi tak naprawdę o stan murawy – obiekty używane przez organizatorów często są wykorzystywane na co dzień przez kluby piłkarskie, które mają potem problemy z doprowadzeniem boiska do stanu używalności, przez co niechętnie godzą się z ryzykiem zrytej powierzchni. Nie trzeba być ekspertem – gdy młot o wadze 4 lub 7 kilogramów w końcu ląduje, to bardzo często pojawiają się nierówności, które mogą potem przeszkadzać piłkarzom.

Mimo wszystko oszczep i kula nie powodują aż takich zniszczeń – naprawa murawy po drugiej z tych konkurencji trwa zaledwie kilkanaście minut. W naszym przypadku dziury są głębokie, a co dopiero, kiedy ktoś trafi w zraszacz… Nie wziąłbym takiego ryzyka na siebie i nie chciałbym za to płacić. Nie dziwię się też tym, od których IAAF wynajmuje stadiony – chcą potem odebrać sprawny obiekt. Sytuacja jest na swój sposób patowa – tłumaczy nam Paweł Fajdek.

Młot we własnym sosie

Co jakiś temat pomijania i lekceważenia młociarzy przez lekkoatletyczne środowisko jednak powraca. Na samym początku Diamentowej Ligi do walki próbowała stanąć niemiecka federacja, ale wskórała niewiele. Mimo to Kathrin Klaas – jedna z najlepszych w tamtym czasie europejskich młociarek – jako pierwsza na szeroką skalę podjęła walkę o dobre imię swojej ukochanej dyscypliny.

– Wykluczenie nas z tej imprezy spycha rzut młotem do narożnika. W konsekwencji coraz mniej osób kojarzy nas jako członków lekkoatletycznej rodziny. Mówiąc o swojej pasji coraz częściej czuję się naprawdę dziwnie. A to dopiero początek – promowanie rzutu młotem wśród młodzieży stało się jeszcze trudniejsze. Nie chcę nawet myśleć o rachunku ekonomicznym, ale licząc lekko straciłam przez tylko jedną taką decyzję jakieś 100 tysięcy euro – podsumowała Niemka.

Oczywiście Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) nie zostawiło młociarzy samych sobie. Choć nie biorą udziału w Diamentowej Lidze, to od 2010 roku zamiast tego mogą startować w IAAF Hammer Throw Challenge – oddzielnych zawodach zorganizowanych tylko z myślą o nich. Łatwo sobie wyobrazić, że nie cieszą się one aż taką popularnością i przyciągają głównie koneserów dyscypliny.

Na marginesie – wśród pań od 2013 roku niepodzielnie rządzi Anita Włodarczyk, z kolei wśród panów od 2015 roku trzy triumfy zaliczył Paweł Fajdek, który w 2018 roku minimalnie przegrał z Wojciechem Nowickim. W tym wszystkim jest jednak pewien haczyk – z roku na rok w ramach tej imprezy zawodnicy i zawodniczki zaliczają coraz mniej startów, co komplikuje plan przygotowań.

– Nie muszę startować podczas mityngów Diamentowej Ligi. Mogę startować na specjalnie organizowanych oddzielnych zawodach, ale niech odbywają się regularnie i często. Nie oszukujmy się – pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Czekam na pomysł nowej formuły i odświeżony kalendarz startowy. Od nowego roku ma być więcej startów na różnych kontynentach. Nie wiem, jak to będzie wprowadzone, ale liczę, że coś się zmieni. Nie można zarzucić działaczom IAAF, że nic nie robią, ale kiedy zaczynał się Hammer Throw Challenge to tych startów było osiem-dziesięć w sezonie. W obecnym były cztery – to komentuje się samo – tłumaczy Paweł Fajdek.

Pod względem finansowym faktycznie trudno zestawić sportowców biorących udział w obu imprezach. Zwycięstwo w pojedynczym turnieju młociarzy jest warte mniej więcej tyle, co szóste miejsce w dowolnej konkurencji Diamentowej Ligi. Różnica jest także w bonusie dla zwycięzców klasyfikacji końcowej – wynosi około 10 tysięcy dolarów. W końcowym rozrachunku powstaje spora różnica, która stała się jednym z powodów ostatniego wybuchu Nicka Millera.

– Nie wiem, czym zasłużyliśmy na taki brak szacunku. Nie powinno tak być. Każda konkurencja jest wyjątkowa – to, że jesteś młociarzem nie oznacza, że nie jesteś równocześnie sportowcem. W naszym sporcie jest bardzo mało pieniędzy – to nie dla nich to robimy, ale musimy zaspokajać podstawowe potrzeby. Obecnie wielu medalistów olimpijskich nie ma kontraktów sponsorskich i to nie bierze się znikąd. Chcemy być częścią Diamentowej Ligi, ale sami się tam nie wprosimy. Krzyczymy o tym od lat, ale nic się dalej nie zmienia – irytował się Brytyjczyk.

W pogoni za elitą

Być może częścią problemu z marketingowego punktu widzenia jest to, że w męskim młocie od dekad nikt nie potrafi zbliżyć się do rekordu świata. Pod koniec lat osiemdziesiątych magiczna dziś granica osiemdziesięciu metrów dla zawodników o sowieckim pochodzeniu była pestką. W 1986 roku Jurij Siedych wyśrubował swój najlepszy wynik do poziomu 86,74 – do dziś ten rezultat to rekord świata, do którego ciężko się komukolwiek zbliżyć.

Patrząc na wszystkie okoliczności, trudno nie zadać sobie pytania o farmakologiczne tło fantastycznych wyników z drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Pewne jest jedno – od kolejnej dekady światowa czołówka rzuca już dużo bliżej. W środowisku nie brakuje jednak głosów, które wiążą pokonywanie kolejnych granic z rzetelnym podejściem do treningów.

– Mówi się, że trzeba wykonać 50 tysięcy prób, by przerzucić granicę 80. metra. Nie wiem, ile dokładnie rzutów młotem wykonałem, ale szacuję to na jakieś 15 tysięcy, a robię to od lat – powiedział kilka lat temu Jake Freeman. Amerykański młociarz mimo wielu lat starań nigdy nie dobił nawet do 77 metrów. Być może większym problemem jest to, że światowa czołówka młociarzy od lat obraca się wokół tych samych nazwisk, co podkreślał również Nick Miller.

– To na swój sposób sympatyczne – na każdych zawodach widzisz tych samych ośmiu/dziesięciu zawodników, którzy walczą o najwyższe cele. Każdy ma swoje wzloty i upadki – chociaż walczycie ze sobą, to gdzieś po drodze powstaje nić porozumienia i wzajemnego wsparcia – tłumaczył Brytyjczyk.

Z telewizyjnego i PR-owego punktu widzenia ma to jednak oczywiste minusy – brakuje ciekawych i świeżych historii, które mogłyby przemówić do mas. Sama Diamentowa Liga również nie zamyka się na zmiany, ale dominują pomysły cokolwiek kontrowersyjne. Od nowego sezonu rozważane jest usunięcie biegów na 3000 i 5000 metrów, co już spotkało się z gorączkowymi protestami kolejnych zagrożonych zawodników.

Być może już niedługo lekkoatletyczny krajobraz mocno się zmieni – taką nadzieję ma przynajmniej Paweł Fajdek. Polak spodziewa się, że w 2020 roku młociarze obudzą się w nowych realiach, w czym pomóc mają nowe pomysły IAAF, które nie zostały jednak jeszcze do końca sprecyzowane. Zanim jednak tak się stanie, ma kilka rad dla wojowniczego Nicka Millera.

Jeśli naprawdę chce coś robić dla popularyzacji rzutu młotem, to moim zdaniem powinien zacząć od uwrażliwienia na te problemy swoich rodaków. W Polsce mamy regularnie różne zawody i świadomość istnienia naszej dyscypliny jest na wysokim poziomie, czego nie można powiedzieć o Wielkiej Brytanii. Może niech zaczną od tego, że zorganizują nam jakieś zawody? – proponuje Fajdek, który w weekend w Radomiu wywalczył mistrzostwo Polski i na ostatniej prostej przed wrześniowymi mistrzostwami świata wykuwa formę w Spale.

KACPER BARTOSIAK

 

 

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez