Bez cudu, bez punktów, ale i bez wstydu. Polacy żegnają się z ME

Bez cudu, bez punktów, ale i bez wstydu. Polacy żegnają się z ME

Gratulujemy optymizmu każdej osobie, która przed meczem naszych szczypiornistów ze Szwedami stawiała na zwycięstwo Polaków. Podejrzewamy o szaleństwo każdą – o ile jakakolwiek się znajdzie – która wierzyła w awans do dalszej fazy, bo ten wymagał cudu. Sami byliśmy pesymistami i, niestety, to nasz pesymizm okazał się słuszny. Polacy przegrali i odpadli z turnieju. W tej beczce dziegciu jest jednak łyżka miodu – z trudnym rywalem zagrali naprawdę niezłe spotkanie.

Na mistrzostwa Europy jechaliśmy jako ekipa, której szanse na wyjście z grupy w najlepszym wypadku były… mierne, łagodnie rzecz ujmując. Powalczyć o punkty mieliśmy co najwyżej ze Szwajcarią. Wyszło jednak tak, że to właśnie spotkanie z nią, najłatwiejszym rywalem, było w naszym wykonaniu najgorsze. Dziś za to – w starciu z tak renomowanym przeciwnikiem jak Szwecja – Polacy zaprezentowali się z całkiem dobrej strony. Zresztą mogli się nawet pokusić o zwycięstwo. Bo przecież:

  • gdybyśmy potrafili wykorzystywać karne z przyzwoitą skutecznością;
  • gdybyśmy nie psuli sytuacji w trakcie gry z przewagą zawodnika;
  • gdybyśmy w ataku nie gubili piłki przez szkolne błędy i wykorzystywali sytuacje sam na sam;

to całkiem możliwe, że Szwedzi musieliby uznać naszą wyższość. I wiemy, sporo tego gdybania. Tyle tylko, że wszystkie te punkty powinna spełnić reprezentacja grająca na przyzwoitym poziomie. Naszym zawodnikom się to, niestety, nie udało i to najlepiej pokazuje, że o ile potrafimy powalczyć, o tyle do gry o jakiekolwiek wyższe cele w obecnej sytuacji nam daleko.

Rzuty karne? O rany, to ciągnie się za nami jak smród. Nie potrafimy ich wykorzystywać od czasów Bogdana Wenty i nic nie wskazuje na to, żebyśmy się mieli tego nauczyć. Dlatego proponujemy rozwiązanie: wychowajmy sobie gościa tylko od nich. Serio. Niech to będzie ktoś z idealnie ułożoną ręką, kto wejdzie na boisko te kilka razy, żeby dorzucić parę bramek od siebie. Że co, że nie opłacałoby się takiego gościa trzymać w kadrze? No jak by się nie opłacało, skoro przy perfekcyjnie wykonywanych karnych nie przegralibyśmy dzisiejszego meczu? Tu nie ma co czekać, tu trzeba szkolić!

Nie wiemy za to, co zrobić z grą w przewadze. Momentami wygląda to tak, jakby naszych zawodników uczono wyłącznie schematów do rozgrywania akcji sześciu na sześciu. A gdy jeden z przeciwników schodzi następuje u nas awaria systemu, bo liczby się po prostu nie zgadzają. Może trener naszej kadry powinien przed meczem podejść do sędziów i powiedzieć, że nie ma co wlepiać dwóch minut kary zawodnikom rywali, bo i tak z tego nie skorzystamy? Skoro zachowujemy się w takich sytuacjach jak dżentelmeni, to róbmy to jeszcze przed meczem. Po co robić kibicom nadzieję, że “o, teraz to na pewno odrobimy!”?

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że dżentelmeńskie zwyczaje odpuściliśmy sobie dziś w obronie. Ze wszystkich trzech spotkań, jakie rozegraliśmy na tych mistrzostwach, to było w tym aspekcie najlepsze. Naprawdę nieźle utrudnialiśmy życie rywalom, często zmuszając ich do oddawania rzutów z niewygodnych, nieprzygotowanych pozycji. I to przynosiło efekt, zwłaszcza w pierwszej części spotkania. Szwedzi popełniali błędy, nie trafiali w bramkę, blokowaliśmy ich, odbieraliśmy piłkę… i w pewnym momencie prowadziliśmy kilkoma trafieniami (10:7). Przyznamy, na sekundę serca zaczęły nam bić szybciej. Sekundę, bo rywale straty odrobili błyskawicznie. Ale przed meczem nie spodziewaliśmy się, że taki moment w ogóle nastąpi, więc i tak warto o tym wspomnieć.

Jasne, bywało, że w tej obronie się gubiliśmy, ale wobec niezłej organizacji przez większość meczu, te błędy nie raziły tak, jak na przykład ze Szwajcarią, gdzie popełnialiśmy je z powtarzalnością skoków Dawida Kubackiego w Turnieju Czterech Skoczni. Gdy do niezłej gry w obronie dochodziła jeszcze dobra postawa Adama Morawskiego, to trzymaliśmy się Szwedów mocno i nie zamierzaliśmy ich puścić. W pierwszej odsłonie bramkarz Wisły Płock spisywał się znakomicie. W drugiej połowie bronił gorzej, nie pomogło też wprowadzenia Mateusza Korneckiego i rywale odskoczyli. Ale generalnie nie możemy mieć do “Loczka” większych pretensji – 36% skutecznych interwencji w meczu przeciwko takiej potędze, to wynik, który świetnie wróży przed kolejnymi meczami o stawkę.

Atak to jeszcze inna sprawa. Tam często gramy za wolno i zbyt przewidywalnie. Brakuje nam opcji, brakuje pomysłów i odrobiny szaleństwa. Choć tę dziś momentami zapewniał Michał Olejniczak, bo młody naprawdę ma ogromny talent i oglądanie go na boisku sprawia sporą przyjemność. Ale powierzanie losów kadry w ręce niespełna dziewiętnastolatka, który nie zagrał nawet meczu w Superlidze, to raczej nie rozwiązanie. Od Michała oczekujemy jedynie, by dalej tak się rozwijał, a może na MŚ 2023, których będziemy współgospodarzem, to on będzie liderem reprezentacji. W tym roku prowadzić naszą grę mieli inni zawodnicy, którzy jednak nie do końca sobie z tym zadaniem poradzili. Pochwalić dziś moglibyśmy pewnie Szymona Sićkę, który w końcu (bo ile można czekać) wstrzelił się w bramkę rywali i bombardował ich celnymi rzutami z dystansu. Ale i to nie wystarczyło.

Jak widzicie – narzekamy dość sporo, bo i jest na co. Zebrało się w końcu nie tylko za dzisiejsze, ale i dwa poprzednie spotkania. Ze Szwedami jednak, w przeciwieństwie do meczu przeciwko Szwajcarii, nie możemy odmówić naszym reprezentantom woli walki czy zaangażowania. Bo faktycznie, starali się i to było widać. Rywale po prostu byli lepsi.

Polska 26:28 Szwecja

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez