To pierwszy raz od lat, gdy przez trzy miesiące śpię w tym samym łóżku

To pierwszy raz od lat, gdy przez trzy miesiące śpię w tym samym łóżku

Cesare Benedetti to Włoch, który od 2007 roku związany jest z Polską. O trzy lata krócej z kolarską ekipą BORA-hansgrohe – tą samą, w której jeżdżą Rafał Majka czy Maciej Bodnar – choć gdy do niej trafiał, zwała się jeszcze inaczej. Z Czarkiem rozmawiamy o tym, jak radzi sobie z pandemią i brakiem startów; sytuacji związanej z koronawirusem we Włoszech; czy oczekiwaniach na ten sezon, o ile tylko uda się wrócić do organizacji wyścigów.

Trenowałeś dziś?

Tak, zrobiłem rundkę obok Zamku Chudów, niedaleko Gliwic.

Ostatnio za to bywałeś w górach.

Musiałem zrobić kilka interwałów pod górę, więc się wybrałem.

Pytam, bo ciekawi mnie, jak trenuje się kolarzowi w czasach pandemii. Było jakieś utrudnienie, kiedy trzeba było siedzieć w domach?

Zawodowcy mogli jeździć zawsze. Kto pracuje na rowerze, ten miał takie pozwolenie, więc cały czas trenowałem. Za to na początku był problem z głową. Nie miałem żadnego celu, a trudniej się wtedy trenuje. Bo najpierw, przez dwa tygodnie, było tak, że odwoływali kolejne wyścigi. Najpierw Strade Bianche, potem Tirreno-Adriatico. Wtedy nasze cele zostały przesunięte. Na początku myśleliśmy, że pojadę w Katalonii. Miałem tam lot z Krakowa. Potem wyścig odwołali, więc drużyna poinformowała nas, że następne cele to Vuelta a Pais Vasco i Ronde van Vlaanderen. Później jednak wszystko zostało odwołane. Ale nie mogę powiedzieć, że w tym czasie odpoczywałem, bo od 10 marca tylko przez dwa dni nie jeździłem na rowerze. Robiłem to, co drużyna kazała mi robić i jak chcieli tego nasi trenerzy. Myślę, że to dobrze, bo przynajmniej byłem czymś zajęty.

Jeździłeś też na trenażerze? Jakiś Zwift? Wyścigi w nim stały się teraz przecież popularne.

U nas na szczęście nie. (śmiech) Ktoś tam został zaproszony na jakiś wyścig, jechali Szwajcarię przez pięć dni. Chyba ośmiu kolarzy od nas tam jechało. Sam zresztą zrobiłem konto na Zwifcie. Zwift nie jest naszym sponsorem, drużyna nie ma z nim umowy, ale będziemy teraz raz w tygodniu robić takie godzinne wyścigi dla wszystkich, w których jedzie ktoś od nas. Ostatnio był już Peter [Sagan], wcześniej byli też Daniel Oss i Oscar Gatto. Ja będę za kilka tygodni.

Chyba jednak fajnie tak od czasu do czasu rywalizować we własnym gronie? Bo na co dzień trenujesz samotnie, prawda?

Szczerze, to nie za bardzo lubię format tych wyścigów. Choć jest to jakaś alternatywa. A nie lubię, bo to taka czasówka. Godzina na fulla i koniec. Wyścigów na szczęście jeszcze nie jechałem. Do tej pory spędziłem na Zwifcie tylko 20 minut.

Mówisz, że czasówka, więc pewnie Maciek Bodnar byłby tu faworytem?

No tak. Tylko że jechać czasówkę na drodze, a na trenażerze, to dla głowy coś zupełnie innego.

Ty masz to szczęście, że z Gliwic w godzinę samochodem dojedziesz do gór. Gorzej byłoby pewnie, gdybyś mieszkał nad morzem?

Wiesz, Paweł Poljański mieszka w Rumii obok Gdyni i ma większe góry niż są w Gliwicach. (śmiech) Myślę, że ci, którzy urodzili się na płaskim terenie, są do tego przyzwyczajeni. Ja za to urodziłem się w górach i czasami brakuje mi ich w treningu.

Mówiłeś o tym braku celu, bo nie było wyścigów. Czujesz nadal jakąś pustkę związaną z tym, że ich nie ma? Bo gdyby to był normalny sezon, miałbyś na koncie już kilka różnych imprez i pewnie kilkadziesiąt etapów. A tak siedzisz cały czas w domu. Choć to pewnie też nie takie złe, co?

No tak, w końcu poznała mnie córka. Mówiłem wczoraj żonie, że to będzie pierwszy raz od wielu lat, gdy przez trzy miesiące śpię w tym samym łóżku. Na początku było ciężko, faktycznie. Teraz trochę się przyzwyczaiłem. Pewnie potrzebuję tej jazdy na wyścigach. Brakuje mi atmosfery, która obecna jest w gronie kolarzy i obsługi zespołu. Pewnie teraz, po tym wszystkim, będzie trochę inaczej. Może w ogóle nie będziemy lecieć na wyścigi, a podróżować samochodami? Choć to nie jest wielki problem. Jak wyścigi będą, to chętnie dojadę i samochodem.

Śląsk stał się teraz centrum epidemii w Polsce. Sam mieszkasz w Gliwicach. Jak to tam wygląda? Jest jakiś większy strach wśród ludzi, widać to?

Trochę bym nawet chciał, żeby ludzie bardziej się bali. Ale wydaje mi się, że czasem mają to gdzieś i nie myślą o tym, że trwa epidemia. Trzeba wrócić do normalności, ale nie rozumiem po co chodzić w maseczce, kiedy mamy ją na brodzie. Przecież to nie jest nic trudnego, żeby założyć ją na wyjście do sklepu. Albo jak jesteś na ulicy w centrum i wokół pełno jest ludzi, to czemu jej nie ubrać? Oczywiście, trzeba wracać do normalności i żyć, ale na razie w maseczce i trzymając dystans.

Moją ulubioną sceną, jaką do tej pory zaobserwowałem, było, jak na ławeczce siedział sobie jakiś pan w średnim wieku. Maseczka na brodzie, palił papierosa. Podszedł drugi, ściągnął maseczkę, zapytał czy może jednego. Został poczęstowany, odpalił sobie i poszedł dalej. Obaj się nie znali.

(śmiech) Niedawno byłem w centrum Gliwic z córką. Wiele osób chodziło na luzie. Bez maseczki i tak dalej. Dwa dni później zabrałem za to córkę do lasu koło Kędzierzyna-Koźla. Byliśmy tam sami, nikogo wokół. Przyjechała nagle straż miejska z Kędzierzyna i kazała nam założyć maski. Zrobili mi jakieś problemy z tym związane. Zastanawiałem się: skąd ten problem? Byliśmy przecież sami w lesie i musiałem założyć tę maskę. A potem widzę w miejscu publicznym, gdzie jest dużo osób, że sporo ludzi o to nie dba.

Niedbale początkowo podchodzili też do tego Włosi. Sam byłeś tam na początku marca, kiedy to wszystko się zaczynało. Jak to wyglądało?

Miałem wtedy miesiąc bez wyścigów. Siedziałem w Trydencie i tam trenowałem. Potem pojechałem na rekonesans na Strade Bianche, choć byłem tam tylko rezerwowym. Miałem jechać inny wyścig dzień później, a potem Tirreno-Adriatico. Ale ludzie, którzy wrócili z UAE Tour, mieli zarządzoną kwarantannę w Austrii. Więc zadzwonili do mnie, okazało się, że mam wystartować. Byliśmy tam ja, Marcus Burghardt i Jay McCarthy. Jechaliśmy akurat rekonesans, zjedliśmy obiad i po nim mogliśmy wracać do domów. Bo w międzyczasie zdecydowano, że wyścigu nie będzie.

A jak sytuacja z wirusem? W Lombardii już coś wtedy było. U mnie w Trydencie jeszcze nie zanotowano żadnego przypadku. Jednak już wtedy zacząłem trochę uważać – choćby będąc w sklepie czy blisko ludzi. W trakcie ostatnich treningów nie stawałem tam nawet na kawę.

To już poświęcenie.

Tak, normalnie jak jadę ponad cztery godziny, to szybka kawka zawsze jest. Ale w głowie zaczynałem mieć świadomość, że ten wirus już tam dotarł. Moja rodzina była wtedy w Polsce. Mieliśmy się spotkać w Trydencie po Tirreno-Adriatico. Potem miałem lecieć do Katalonii, ale najpierw zmienili datę lotu, a potem go usunęli. Więc wróciłem do Polski samochodem i jestem tu do tej pory.

W wywiadzie z Adamem Proboszem mówiłeś, że dotarłeś właściwie w ostatniej chwili.

Tak, dzień później w Austrii padła decyzja, że będą zamknięte granice. Miałem kontrolę na granicy z Czechami w Mikulovie. Zmierzyli mi tam temperaturę. Jednak jak mówiłem, że jadę do Polski, to nie robili większych problemów.

Utrzymywałeś wtedy codzienny kontakt z rodzicami?

Nie, nie. Moja mama właściwie nie wychodziła z domu przez miesiąc i dwadzieścia dni. Bo tam mieszkają też moi dziadkowie, którzy mają już ponad 90 lat. Było ryzyko. Tylko mój tata chodził na zakupy, mama siedziała w środku. Na początku się bała, ale potem się to zmieniło. Myślę, że za długo trwały te wszystkie ograniczenia. W końcu ludzie przestali wierzyć w państwo i to, co mówią rządzący. Bo wiesz – masz też informacje z zagranicy. Widzisz, co się dzieje w Niemczech – że tam też jest wirus, ale ludzie żyją w miarę normalnie. Widzisz, co się dzieje w Szwecji i w innych krajach. We Włoszech ekonomia się załamywała, a wirus, mimo wprowadzonych środków, nadal był.

Czyli Włochy patrzyły na inne kraje, gdy my w Polsce patrzyliśmy na Włochy, żeby nie skończyć jak one. Trochę ironicznie.

Tak, dokładnie.

Trochę trudno mi w to uwierzyć, gdy pamiętam, ile zgonów dziennie notowano. Twoje rodzinne okolice są zresztą blisko Lombardii. A tam sytuacja była najgorsza.

U nas większość zgonów była w domach opieki. Niestety, ten wirus szybko się tam rozprzestrzeniał. Myślę, że w Polsce zrobiono dobrze, że jeszcze przed pierwszym przypadkiem śmiertelnym zamknięto wszystko, na przykład szkoły. Choć zawsze będzie ktoś, kto narzeka. I ma do tego prawo. Bo ja wszystkich rozumiem. Jak ktoś musi pracować, żeby spłacić kredyt, to wiadomo, że pracować chce. To nie jest łatwa sytuacja.

Jak byłeś w Polsce, to sprawdzałeś te informacje o Włoszech gdzieś w Internecie?

Tak. Chyba nigdy jeszcze nie sprawdzałem tyle rzeczy na Twitterze, co w tym roku. Ale też na początku epidemii były mieszane informacje, nie wiedziało się, co myśleć. Bo ktoś pisał, że to zwykła grypa. Ktoś inny, że nawet mniej groźna. Potem we Włoszech mówili, że maseczki nie są potrzebne. A tak mówili, bo po prostu ich nie mieli. (śmiech) Zastanawiałem się wręcz, czy nie byłoby lepiej żyć sto lat temu i nie mieć żadnych informacji.

Ale teraz te informacje z Włoch są chyba coraz lepsze, co?

Tak, sytuacja się polepsza. Wczoraj napisałem nawet do mamy, żeby zapytać, jak to tam wygląda. Potem czytałem, że w Mediolanie ludzie siedzą w kawiarniach czy barach i piją sobie kawki.

Typowo włoski styl życia?

Jak mówiłem: za mało rozumu. To przecież dzieje się w miejscu, gdzie mieli naprawdę wiele problemów. Lepiej by było jeszcze trochę poczekać. Widziałem też na Twitterze, że amatorzy już jeżdżą i trenują tam razem. Czasami tego nie rozumiem. Bo siedziałeś dwa miesiące w domu, okej. Teraz możesz jeździć na rowerze, ale jaki problem w tym, żeby zrobić to samemu? We Włoszech kierowcy już i tak nienawidzą kolarzy. A skoro oni teraz tak robią, to pewnie będzie jeszcze gorzej. Kilku chłopaków od nas miało już tam problemy, bo ludzie nie wiedzą, że oni są zawodowcami i trenują.

Miałem cię pytać, jak to wygląda w Polsce – są jakieś problemy, gdy trenujesz? Czy może wręcz jest lepiej, bo mniej samochodów na ulicach?

Było kilka takich dni, gdy było fantastycznie. Zero ruchu. Ale powiem ci, że nie miałem więcej problemów niż zwykle. Wyczytałem na stronie PZKol, że mogę trenować, więc trenowałem. I tyle.

Ten sezon miał wyglądać kompletnie inaczej. Teraz mamy już nowy kalendarz, ale ten jest niesamowicie skompresowany. Wyścigi, które normalnie zajmują w nim jakieś osiem miesięcy, mają się rozegrać na przestrzeni trzech.

Tak, ale nie wszystkie wyścigi tam są. Cieszę się z tego, choć najpierw trzeba poczekać, czy faktycznie się odbędą. Choć jesteśmy optymistami. Bundesliga znowu ma grać, Ekstraklasa też. Tylko że tam mogą grać bez kibiców, a u nas to wygląda trochę inaczej. W sumie każda drużyna w World Tourze ma 25 do 30 kolarzy. Pewnie ten krótki sezon nie będzie problemem. Nie jesteśmy zmęczeni, jest dużo wyścigów, podzielimy się. Problemem za to pewnie będzie to, że jak kalendarz zostanie w tej formie, to Giro i Vuelta na siebie nachodzą. Do tego jeszcze Paris-Roubaix czy klasyki w Ardenach. A normalnie często bywa tak, że kto jedzie w Ardenach, ten potem startuje w Giro. Brakowało chyba trochę szacunku do tych wyścigów.

Z drugiej strony, jednak jakieś 80 procent reklamy drużyny dzieje się na Tour de France. Tak więc ważne było to, by mieć właśnie ten wyścig. Medialnie to dla nas największa impreza. Więc w tej sytuacji – jeśli wszystko się uda zorganizować – nie można narzekać. Bo był moment, gdy myśleliśmy, że sezonu w ogóle nie będzie. Więc jak coś da się uratować – nawet kosztem dwóch wielkich tourów w tym samym czasie – to trudno. Bo i tak jest dobrze.

Zastanawiałem się, czy to nagromadzenie wyścigów może być szansą dla kolarzy takich jak ty – pomocników. Czy może w jakimś mniejszym wyścigu albo na etapie większego dostaniecie szansę. Przy takim nagromadzeniu startów może być więcej zaskakujących zwycięstw?

Może. Z drugiej strony jednak słyszałem, że mamy jechać każdy wyścig. Będzie ich co prawda dużo w kilka miesięcy, ale w sumie mniej, niż byłoby normalnie w sezonie. Każdy trzeba będzie jechać na maksa. Wiadomo już, że kto jedzie Giro, ten nie jedzie Vuelty. Prawdopodobnie też ten, kto pojedzie Tour de France, nie przejedzie Giro, bo one też są blisko siebie.

Chyba że sprinterzy, którzy szybko wycofaliby się z jednego touru na rzecz drugiego?

Tak, to jest opcja. Myślę, że trzeba jeszcze trochę czekać, zobaczyć, jakie będą też inne wyścigi. Bo na razie mamy kalendarz World Touru, ale na pewno odbędą się też mniejsze imprezy. Ich organizatorzy chcieliby mieć swoje miejsce w kalendarzu. Może być to jakaś szansa dla pomocników, ale… w sumie nie wiem. Przyzwyczaiłem się do swojej pracy, więc o tym nie myślę. (śmiech) Choć jeśli będzie szansa, jak na Giro w zeszłym roku, to czemu nie?

Wyobrażasz sobie takie wyścigi jak Liege-Bastogne-Liege czy Paryż-Roubaix w październiku? Na wiosnę pogoda potrafiła tam być niesamowicie trudna dla kolarzy, ciekaw jestem, jak to wypadnie jesienią.

W ostatnich latach pogoda była lepsza w październiku i listopadzie niż w marcu i kwietniu. W ogóle nie wyobrażam sobie gorszego Liege-Bastogne-Liege niż z 2016 roku. Byłem wtedy w ucieczce i padał śnieg. Przez tydzień nie czułem potem palców u dłoni.

To jak to się ma do tego, że kiedyś nazwałeś Liege-Bastogne-Liege swoim ulubionym wyścigiem?

Klasyki w Ardenach lubię, faktycznie. Mam nadzieję, że kalendarz będzie dla mnie tak rozpisany, że będę mógł je pojechać. Najważniejsze teraz będzie jednak to, żeby pojechać w jakimś wielkim tourze. Bo to dobra sprawa dla nóg i przygotowania na kolejny sezon. O ile w przyszłym roku jeszcze będę się ścigać, bo na razie nie mam kontraktu. (śmiech) Więc na ten moment to takie prowizoryczne myśli.

Skoro o tym wspominasz – ekonomicznie wiele może się teraz zmienić w tourze, prawda? Kontrakty zawodników i umowy sponsorskie pewnie będą ewoluować, niektóre drużyny mogą się nawet rozpaść.

Pewnie. Jak firma ma kryzys, to po prostu zrezygnuje ze sponsorowania zespołu. Dopiero potem zwolni pracowników. Chyba. U nas na razie wygląda to jednak bardzo dobrze. Willi Bruckbauer, który jest szefem BORY, wydał komunikat, że będzie honorować umowy i postara się, żebyśmy nie mieli problemów, mimo tego że oni też mają kryzys. Dobrze, że mamy dwóch sponsorów z Niemiec, bo tam w sumie cały czas ludzie pracowali. Choć, oczywiście, oni też są na innych rynkach, a we Francji, czy Włoszech zamknięto wszystko.

Są też mniejsi sponsorzy. Rozmawiałem tydzień temu ze Spinazze z Włoch, który też nas wspiera. On ma trudną sytuację. Najpierw miał dużo inwestować, żeby ubezpieczyć pracowników, a teraz transporty kosztują cztery razy więcej niż wcześniej. Wciąż funkcjonuje tylko dzięki Polsce, Ukrainie, Niemcom i Holandii. Gdyby działał wyłącznie we Włoszech, to już by padł. Wszyscy mają trudny czas. Choć są drużyny, jak Trek-Segafredo, które dostaną pełne środki. Miejmy nadzieję, że i inne ekipy przetrwają.

Wróćmy jeszcze może na moment do kalendarza. Pierwszym wyścigiem etapowym ma być Tour de Pologne. To chyba szansa, że zjedzie się tam światowa czołówka?

Jak ktoś ma się przygotować na Tour de France, to faktycznie, pierwszym dobrym wyścigiem do tego jest właśnie Tour de Pologne. Kilka dni temu oglądałem wywiad z Czesławem Langiem. Mówił, że przez to, że będzie tylko pięć etapów, to chce je zrobić dłuższe i dać kilka podjazdów więcej. Wydaje mi się, że szykuje się ciężka edycja. Fajnie. Ciekawe czy będę mógł pojechać? Nie miałem tego w planie, bo miałem jechać lipcowe Tour de France, ale kalendarz się zmienił. Mam nadzieję, że pojadę. Spróbuję wywierać presję, żeby się udało. (śmiech) W Polsce miało też jechać sporo kolarzy od nas, którzy szykowali się na igrzyska olimpijskie.

Skoro mówisz, że trudniejsza edycja, to Rafał Majka poszaleje?

Na pewno. Czytałem też swoją drogą nieco starszy wywiad z menadżerem Treka. Mówił w nim, że nie wiadomo, co będzie z granicami, więc możliwe, że na Giro wyślą Włochów, a na Tour de France osoby, które blisko mieszkają.

Czyli mógłbyś pojechać Tour de Pologne, a potem – jako Włoch – wybrać się na Giro.

(śmiech) Dokładnie.

Skoro o tym – rok temu, gdy rozmawialiśmy, mówiłeś, że coś cały się dzieje w sprawie twojego obywatelstwa. Ale do tej pory doprowadzić sprawy do końca się nie udało, prawda?

Znalazła się moja karta pobytu, którą wcześniej zgubili. Poza tym czekam. Pandemia trwa, więc w kancelarii mają teraz znacznie ważniejsze rzeczy do roboty.

Nawet jakbyś dostał jednak obywatelstwo, to o igrzyskach nie ma mowy.

Na Tokio macie już górali. Więc pewnie nie. Zresztą nie rozmawiałem nawet z selekcjonerem, a na możliwość udziału w igrzyskach trzeba czekać od otrzymania obywatelstwa jeszcze parę lat.

Czyli opcjonalnie, o ile jeszcze będziesz jeździć, mógłbyś wystartować w Paryżu?

Nie, nie. Powiem szczerze, że nigdy nie miałem w głowie jazdy na igrzyskach. Po prostu.

Mówiłeś wcześniej, że nie wiesz, co z tym 2021 rokiem, bo nie masz jeszcze kontraktu na przyszły sezon. Gdyby BORA ci go nie zaproponowała, to chciałbyś zaczepić się w innym klubie czy myślałbyś już o końcu kariery?

Nie no, na koniec kariery jeszcze nie czas. W tym roku będę miał 33 lata, spokojnie mogę jeździć jeszcze ze trzy lata. Od roku mam menadżera, bo wcześniej wszystko robiłem sam. Jest jednak problem, bo w tym momencie nikt nie chce rozmawiać o kontraktach. Myślę jednak, że jakieś rozwiązanie się znajdzie. Od tylu lat jestem w tym zespole, a drużyna na razie nie ma problemów finansowych. Mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze.

Będziesz miał z tyłu głowy myśl, że te wyścigi, które się w tym sezonie odbędą, mogą decydować o podpisaniu kontraktu?

Dla kogoś innego może tak być. Ale ja będę mieć te 33 lata i nie mam robić własnych wyników, jestem pomocnikiem. Pokazałem już wiele razy, co i jak mogę robić. Myślę, że jak ktoś chce dać mi kontrakt, to nie będzie to uzależnione od tych kilku jesiennych miesięcy.

Atmosfera w waszym teamie faktycznie wskazuje na to, że problemów nie ma. Bo widziałem dopiero co wasz cover piosenki Queen – „Bicycle Race”.

Tak, ale to zrobiliśmy dawno temu. Powiem szczerze, że jeszcze tego nie oglądałem. Widziałem post. W ogóle zapomniałem, że to istnieje, bo nagrane było chyba jakieś półtora roku temu.

Aż tak dawno temu?

Tak mi się wydaje. To było jakieś zgrupowanie zimowe, gdzie wszyscy byliśmy. Albo było to w ostatnim grudniu, albo w przedostatnim. Wiesz, od marca coś tam na tych social mediach robimy, bo trzeba jakoś pokazać sponsora. Każdy prezentował na przykład jakieś ćwiczenie do zrobienia. Coś się działo.

Mówisz, że jeszcze nie widziałeś tego filmiku…

Dzisiaj obejrzę!

…za to przy okazji współpracy z innym profilem – 100lecie polskiego kolarstwa – zostałeś kucharzem i pokazałeś, jak zrobić risotto.

Dostałem wiadomość, zaproponowano mi udział. Stwierdziłem, że czemu nie? I tak jestem w domu, zrobię dzięki temu coś innego. Zresztą ostatnio dużo gotowałem. Fajne to było. Widać, że nagranie jest dobre, ale żona była zestresowana, żeby odpowiednio trzymać telefon i robić to wszystko tak, jak tego chciałem. Zresztą ma to robić jeszcze ktoś. Na razie byłem ja, Wojtek Pszczolarski i Maja Włoszczowska.

Czyli w domu to ty gotujesz?

Tak, lubię to. Lubię też piec ciasta, ale staram się tego nie robić. Bo jak upiekę popołudniu, to wieczorem już połowy brakuje. A w tym momencie trzeba trochę dbać o linię. Choć teraz, jak dostaliśmy kalendarz, zacząłem chudnąć. Bo wiesz, na początku przerwy musiałem się trochę zrelaksować – przecież nie wiadomo było, kiedy będziemy się ścigać. Głowa też musi być świeża. Więc marzec miałem bardziej na luzie. Nie mówię, że piłem codziennie butelkę wódki, ale trochę przytyłem. Teraz wróciłem już na dobrą drogę.

Mówiliśmy na początku, że córka jest zadowolona, bo tyle czasu spędzasz w domu. Rozumiem, że dokształciłeś się też w temacie zabaw?

Jest to coś pozytywnego w tym wszystkim. Choć czasami był trochę problem, bo pierwotnie nie miałem czasu, żeby przyzwyczaić się na to, że będę tyle w domu. Zwykle tylko w listopadzie byłem w nim bez przerwy. A potem trwały zgrupowania, wyścigi i cała reszta. Siedzieć w domu też jest trochę trudno, bo nie umiałem się zaadaptować do tej rutyny. Czasami aż chce się gdzieś pojechać. Momentami to jest tak, jakbyś miał dwa życia – jedno w domu i jedno w drużynie.

Co jest w takim razie trudniejsze – trzy tygodnie siedzenia w domu w zamknięciu czy trzy tygodnie Tour de France?

(śmiech) Zależy. Jak trzy tygodnie siedzisz w domu, ale na horyzoncie masz cel i trenujesz, to nie jest to problem. A teraz na początku nawet się tego bycia w domu bałem. Potrzebowałem trochę czasu, dopiero później znalazłem dobry balans. Teraz jest okej. Ale lubię moją pracę, dla mnie to nawet styl życia. Więc mam nadzieję, że za niedługo wrócę właśnie do tego stylu.

Mówiłeś, że pojeździsz jeszcze z trzy lata. To traktuj to już jak przygotowanie do emerytury.

Mógłbym, ale nie wiadomo, co potem będę robić. Może będę w domu mniej niż teraz?

To już musiałbyś tam zaglądać co najwyżej w przelocie.

Nie wiem. Zobaczymy, co się znajdzie. Jakąś pracę trzeba mieć. Po karierze najważniejsze jest być zajętym i nie mieć zbyt wiele czasu by myśleć o tym co było i co mogło być, czy że chciałoby się jeszcze pojeździć.

Może napiszesz jakąś książkę o historii Trydentu wraz z żoną? Bo ona już swoją pierwszą – o wpływie Watykanu na elekcję polskich królów – wydała.

Tak, a już pracuje nad kolejną. Miała nawet w kwietniu lecieć do Watykanu. Ale nie wyszło. Trzeba było zmienić plany.

Ale tak całkiem poważnie: gdybyś miał okazję napisać taką książkę – bo przecież lubisz historię i swój rodzinny region – to byś się podjął? To w końcu ciekawe, dość poplątane dzieje.

Fakt, lubię historię. Choć wolę pisać swoją historię kolarską niż historię Trydentu. Takie książki już są. Jakbym pisał książkę po karierze, to pewnie taką, gdzie byłaby ta historia Trydentu połączona z moją osobą. Taka autobiografia.

ROZMAWIAŁ SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez