Babcia ping-ponga. Ni Xialian zagra na igrzyskach w wieku 57 lat

Babcia ping-ponga. Ni Xialian zagra na igrzyskach w wieku 57 lat

W jakim wieku przechodzi się na sportową emeryturę? Niektórzy robią to, gdy mają na kartku trzydziestkę. Inni czekają jeszcze pięć, może sześć lat dłużej. Coraz częściej trafiają się czterdziestolatkowie, którzy jeszcze z powodzeniem rywalizują w swoich dyscyplinach. Ale mieć ponad 50 lat i wciąż zawodowo uprawiać swój sport? To już wyczyn. Ni Xialian, z urodzenia Chinka, a od lat reprezentująca Luksemburg, nic sobie jednak nie robi ze swojego wieku. Do Tokio pojedzie na piąte igrzyska w karierze.

Olimpijski sen trwa

Ubiegłoroczne igrzyska europejskie były drugą edycją tej imprezy. Dla wielu wciąż uznawanej za mało znaczącą. Ale w tenisie stołowym prestiż rywalizacji znacząco podniesiono – pierwsze trzy miejsca w singlu kobiet i mężczyzn zapewniały bowiem automatyczny awans do Tokio. Wiedziała o tym Ni Xialian, która marzyła, by wrócić do stolicy Japonii, miejsca, gdzie odniosła największy sukces w swej karierze, zdobywając jeszcze w barwach Chin, dwa tytuły mistrzyni świata – w drużynie i mikście.

Kiedy to było? W 1983 roku. Na pięć lat przed tym, jak tenis stołowy stał się dyscypliną olimpijską. Na kilkanaście przed narodzinami wielu z jej rywalek z igrzysk europejskich. Weźmy Bernadette Szocs, która przyszła na świat w 1995 roku, a z którą Ni grała w ćwierćfinale imprezy. Prosta matematyka mówi nam, że Xialian jest od niej starsza o 32 lata! Swoją drogą Rumunka była w całej imprezie najwyżej rozstawioną zawodniczką, a ich mecz był naprawdę szalony. Ni prowadziła już 3:0 w setach, ale jej rywalka zdołała wyrównać stan rywalizacji.

Chyba każdy był nerwowy. Mogłam skończyć spotkanie już w piątym secie, ale straciłam opanowanie. W kolejnym secie Bernadette grała świetnie, ale gdy przyszło do siódmej, decydującej partii, lepiej rozegrałam to w głowie. Szocs jest młoda, poprawia się z każdym turniejem. Czasem jednak większe doświadczenie może nieco pomóc – mówiła Ni po meczu. Awansowała wtedy do strefy medalowej. Wygrany półfinał już dałby jej awans na igrzyska. W nim jednak ugrała tylko dwa sety z późniejszą triumfatorką, Fu Yu, grającą w barwach Portugalii.

Ale w meczu o trzecie miejsce sama oddała tylko dwa sety reprezentującej Monako Yang Xiaoxin. I mogła cieszyć się z awansu do Tokio. – To nigdy nie było tak ważne, jak dziś. W 2000 roku byłam ósma na świecie, awans na igrzyska przyszedł łatwo. Teraz musiałam walczyć. Gdyby dziś mi się nie udało, nie sądzę, żebym zrobiła to inną drogą. System kwalifikacyjny jest naprawdę trudny, dlatego tak dziś walczyłam. Kiedy przegrałam trzeciego seta, mimo prowadzenia 10:6, to naprawdę bolało. Yang jest bardzo groźna. Dlatego teraz tak się cieszę ze zwycięstwa – mówiła, już z medalem.

I dodawała, że głównym składnikiem jej sukcesu jest miłość. Bo wspiera ją rodzina: matka, dwójka dzieci, rodzeństwo, mąż. I że wspaniałe wsparcie otrzymuje też od luksemburskiej federacji i tamtejszego komitetu olimpijskiego. – Nie mogę opisać, jak bardzo się cieszę. Nie sądziłam, że aż tyle będzie to dla mnie znaczyć. Wygrałam w życiu wiele tytułów, w tym mistrzostwa świata i Europy [jedno z nich w parze z Lucjanem Błaszczykiem w 2002 roku – przyp. red.], ale to było coś innego. Jestem tak szczęśliwa, bo ten mecz był najtrudniejszy ze wszystkich.

Swoją drogą ostatecznie na podium stanęły zawodniczki, które razem mają… 131 lat. Obok Ni Xialian są to wspomniana Fu Yu (40 lat) i Han Ying (reprezentująca Niemcy, 36 lat). Najstarsza jest jednak zdecydowanie Ni. Nie dziwi, że to jej sukces wywołał wielkie emocje i że gratulował jej nawet Dan Kersch, luksemburski minister sportu.

To niesamowite osiągnięcie, nawet jak na taki sport jak tenis stołowy. Tym bardziej że ona cały czas gra w międzynarodowych turniejach, osiągając dobre wyniki. Ostatnio grała choćby w Europe TOP 16, naprawdę prestiżowych zawodach – mówi Wojciech Osiński, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Nieco inaczej sprawę stawia jednak Tomasz Redzimski, były tenisista, dziś trener: – Europejki są bardzo słabe. Na listach światowych w pierwszej dwudziestce jest ich naprawdę mało. Ni Xialian dostała się na igrzyska, bo startuje w Europie. Gdyby reprezentowała któryś z krajów azjatyckich, to już dawno byłoby to dla niej niemożliwe. W Azji zakończyłaby karierę pewnie i z ćwierć wieku temu.

Poprzednie występy

Co by jednak nie mówić – wyjazd na igrzyska w wieku 57 lat robi wrażenie. Dla Ni będzie to piąta olimpiada. Pierwszy raz miała okazję zagrać na igrzyskach w Sydney w 2000 roku. Była wtedy w ścisłej światowej czołówce, teoretycznie mogła nawet liczyć na medal. Odpadła jednak w 1/8 finału, ale do dziś wspomina tamtą imprezę bardzo pozytywnie. – Byłam bardzo podekscytowana. Ceremonia otwarcia, wioska olimpijska, wszystko dookoła… Bardzo mnie to ciekawiło, czułam się jak małe dziecko. Cieszyłam się też ze swojego wyniku. I myślałam sobie „a może jeden występ na igrzyskach wystarczy, chcę wracać do rodziny” – mówiła na łamach olympicchannel.com.

Wrócić wróciła, choć zrobiła sobie pięcioletnią przerwę od gry w latach 2002-2007. Dlatego nie pojechała na igrzyska do Aten. Ale w Pekinie, w rodzinnych Chinach, już się znalazła. – Wyjechałam stamtąd w 1986 roku. Po 22 latach, wróciłam do Pekinu. To było bardzo emocjonujące przeżycie i świetnie zorganizowane igrzyska. Codziennie jadłam kaczkę po pekińsku. Było cudownie! – mówiła. Potem zjawiła się też w Londynie (tam jednak wypadła słabo, bo przez niemal pół roku przed startem leczyła kontuzję kolana) i w Rio. Na tych ostatnich igrzyskach była już po pięćdziesiątce i powszechnie nazywano ją „babcią”.

W Brazylii doszła do trzeciej rundy. Mówiła, że jest szczęśliwa z powodu tego, jak udało jej się zagrać, ale mniej zadowolona jest ze swego wieku. Bo zabrakło jej po prostu wytrzymałości, przygotowania fizycznego. Jej nogi odmówiły w pewnym momencie posłuszeństwa, nie wytrzymała tempa meczu i gry rywalki. Minęły jednak niemal cztery lata, Ni powoli zbliża się do sześćdziesiątki, a nogi… wciąż ma na tyle dobre, że te pozwoliły jej awansować na kolejne igrzyska, które wcale nie muszą jej być ostatnimi.

Czy w Tokio ostatni raz zagram na igrzyskach? Nigdy nie mów nigdy! Najważniejsza jest radość z gry. Młodsze zawodniczki są lepsze, mają więcej mocy i energii. Ale ja jestem bardzo szczęśliwa, mając możliwość brać w tym wszystkim udział – mówiła. A my zastanawiamy się, czy mogłaby pobić absolutny rekord olimpijski. Jego posiadaczem jest Oscar Swahn, który w 1920 roku miał 72 lata i 281 dni, gdy startował w konkurencji strzeleckiej.

Wiadomo, brzmi jak szaleństwo. Ale trzy dekady temu tak samo brzmiałoby, gdyby ktoś powiedział, że Ni Xialian zagra na igrzyskach w 2020 roku. Dlaczego trzy dekady? Bo to wtedy wyprowadzała się z rodzinnego kraju.

Z Chin do Europy

Przez kilka lat stanowiła o sile chińskiego tenisa stołowego. Zresztą wspomniane dwa mistrzostwa świata nie wzięły się znikąd. Nie była co prawda najlepszą z tamtejszych zawodniczek, ale mieściła się w ścisłej czołówce. Z czasem jednak zaczęła od niej nieco odstawać. I stało się jasne, że w reprezentacji raczej już nie pogra. Postanowiła wyjechać. – Najlepszy moment mojej kariery przypadł na 1985 rok. Ale z powodów zewnętrznych musiałam opuścić reprezentację. To był najtrudniejszy okres w moim życiu, zaczęłam nienawidzić tenisa stołowego. Po opuszczeniu kadry wróciłam do Szanghaju, mieszkałam z rodzicami. Poszłam na uniwersytet, ale po roku znów chciałam grać. Wtedy dostałam szansę na występy poza Chinami i z niej skorzystałam.

Rodzinny kraj na stałe opuściła w 1989 roku. Jak wiele jej rodaczek wyruszyła do Europy. Przyznawała też, że konkurencja w ojczyźnie była po prostu zbyt duża, a jej brakowało już odwagi, by rywalizować z najlepszymi na świecie. Zawsze jednak wspominała, że ojczyźnie zawdzięcza niemal wszystko. – Czuję wielką wdzięczność dla Chin. Bez nich nie osiągnęłabym tego, co dziś mam. Czuję się dumna, że mogę prezentować światu talent chińskich ludzi. Nie reprezentuję już Chin, ale czuję, że może nieść to za sobą dodatkowe znaczenie. Potrzebujemy komunikacji pomiędzy Wschodem a Zachodem. Już teraz wielu chińskich sportowców kontynuuje swą karierę za oceanem. Myślę, że to bardzo dobre zjawisko, pozwala nam budować międzynarodowe przyjaźnie i zmniejszać stopień niezrozumienia – mówiła.

Do Luksemburgu trafiła w 1991 roku. Pierwotnie, krótko, występowała jeszcze w Niemczech. Przeniosła się do księstwa, bo tam pracował jej mąż. O nim zresztą też warto wspomnieć – to Tommy Danielsson, były zawodnik, później trener, który odniósł nieco sukcesów, ale głównie w rywalizacji klubowej. Dziś zresztą to on odpowiada za przygotowanie Ni do kolejnych zawodów. Sam też zwiedził nieco świata. Najpierw reprezentował ojczystą Szwecję na mistrzostwach świata, potem wyjechał do Australii i grał w jej barwach, a dziś ma luksemburskie obywatelstwo. – Bardzo dobrze nam się współpracuję, tworzymy świetny duet. Nasza federacja też widzi tego zalety. Myślę, że to najlepsza kombinacja, jaką możemy mieć – mówiła Ni o współpracy z mężem.

Wróćmy jednak do jej historii. W Luksemburgu łączyła granie z pracą trenerki. W 1992 roku urodził się jednak jej syn, przez co dość mocno zredukowała występy. Skupiła się na domu, sama mówiła, że uważa, że w życiu kobiety rodzina jest istotniejsza niż kariera. Trzy lata po narodzinach dziecka była zresztą gotowa przejść na emeryturę, chciała bowiem po raz kolejny zajść w ciążę. Wygrała jednak kilka znaczących turniejów i stwierdziła, że skoro nadal jest w formie, to nie ma sensu odpuszczać. Wkrótce wspięła się na czwarte miejsce na świecie, o czym, jak sama mówiła, „nawet nie marzyła”. Tym bardziej że warunki miała zupełnie inne niż kiedyś.

Kompletnie inaczej gra się poza Chinami. Nie ma takich trenerów czy sparingpartnerek. Muszę być samowystarczalna. Kiedy gram w turniejach międzynarodowych, luksusem jest, gdy uda mi się kogoś znaleźć. Tak mijają mi lata. Jestem z siebie zadowolona, nie wyznaczam sobie celów, ale osiągam świetne wyniki. Od kiedy przyjechałam do Europy, jestem tu numerem jeden, zarówno w klubie, jak i reprezentacji. Nigdy nie czułam tego w Chinach. Mam poczucie odniesionego sukcesu, moje wysiłki są dostrzegalne – mówiła w 2001 roku. Rok później, po raz drugi w swej karierze, została singlową mistrzynią Europy (pierwszy taki sukces odniosła w 1998 roku). Do tego dołożyła wspomniane złoto w singlu. I tak kręciła się jej kariera, która – tak się zdawało – zbliżała się do końca.

Zresztą w pewnym momencie faktycznie przerwała grę. Przez pięć lat niemal nie myślała o tenisie stołowym na profesjonalnym poziomie. A potem wróciła i od tamtego czasu wciąż gra. Na przerwę mogła sobie pozwolić. Poza tym, że rywalizuje przy stole, prowadzi również restaurację i hotel, a jej mąż zajmuje się we własnej firmie importem i eksportem żywności. To wszystko rodzinne biznesy. Ni sprowadziła do Europy sporo swoich krewnych, na czele z matką, która dobija już do 90. roku życia. Poza tym zajmowała się wychowaniem dwójki dzieci. Jej syn ma już prawie trzydziestkę, córka zbliża się do pełnoletniości. Dziś Xialian czasem powtarza, że przy tym wszystkim brakuje jej czasu dla siebie, na przykład na hobby. Ale nie narzeka. Bo kocha to, co robi.

Sukcesy odnosiła już niemal czterdzieści lat temu. Najpierw w barwach Chin, potem jako reprezentantka Luksemburgu. Jest mistrzynią świata i Europy. Z tych imprez przywoziła też inne medale. Wygrywała prestiżowe europejskie turnieje. Wciąż jest w stanie rywalizować z najlepszymi zawodniczkami z naszego kontynentu. Wypada więc wreszcie zapytać: jak ona właściwie to robi?

Wiek to tylko liczba

Jasne, czasem narzeka, że źle sypia, częściej łapie kontuzje, łatwiej się męczy i trudniej jej dojść do siebie po zaciętych meczach. Ale z drugiej strony w 2017 roku ustanowiła rekord najdłuższego rozegranego spotkania, gdy przy stole spędziła ponad półtorej godziny. Potrafi ograć rywalki o trzydzieści lat młodsze. Wciąż zdobywa medale dużych imprez, przynajmniej na europejskim podwórku. – Wciąż jestem w formie. Jedynym problemem są moje nogi. Chciałabym, żeby poruszały się szybciej, ale one już tak nie pracują. Jestem szczęśliwa, gdy wygrywam, ale też szczęśliwa, gdy przegrywam. Te dziewczyny trenują przecież po sześć godzin dziennie, a to więcej, niż ja tygodniowo! – mówiła przed igrzyskami w Rio.

Ni raczej unika wielu wyjazdów. Trenuje w domu, pojawia się tylko na najważniejszych imprezach. Wie, że musi dbać o swój organizm. Robi to na tyle dobrze, że zaraz wejdzie w piątą dekadę gry. Zaczęła bowiem, gdy miała siedem lat. Zabawnie dziś wypadają jej wypowiedzi z przeszłości. Weźmy taką z 2001 roku. – Wielu ludzi mówiło mi, żebym przestała grać, bo robię się coraz starsza. Kiedy będę miała 60 lat, mogę być trenerką, ale mój czas jako zawodniczki jest bardzo cenny. Kiedy minie, nigdy nie będę mogła znowu grać. Muszę traktować go jak skarb.

Brzmi jak żart, co? Całe 19 lat temu ludzie mówili jej, że robi się coraz starsza i mogłaby przejść na emeryturę. Ona jednak nic sobie z tego nie zrobiła wtedy i nadal nic nie robi teraz. – Młodzi czy starzy, kobiety czy mężczyźni, nie- albo pełnosprawni, dla zabawy czy profesjonalnie, na zewnątrz czy w środku – grać można wszędzie i może każdy. Nasze społeczeństwo jest jak wielka rodzina, wiele nauczyłam się z tenisa stołowego. Zawsze powtarzam sobie: „dziś jestem młodsza, niż będę jutro”. Jeśli odpowiednio nastawi się swój umysł, wiek nie będzie przeszkodą – twierdzi.

I faktycznie, tenis stołowy jest sportem, który pozwala jej rywalizować z innymi zawodniczkami nawet po pięćdziesiątce. W wielu innych dyscyplinach po prostu nie mogłaby sobie na to pozwolić. Ale równie ważnym czynnikiem jest jej styl gry. Jak sama go określiła, jest on „staromodny”. Sprawdza się jednak, jak widać, doskonale. Co w nim takiego szczególnego?

– Recepta na długowieczność w tenisie stołowym opiera się na inteligencji w grze – mówi Tomasz Redzimski. – Istnieją pewne style gry, które pozwalają się mniej męczyć. Ni Xialian używa jednego z nich, tak zwanego „kombi ataku”, w którym gra się różnymi okładzinami na jednej rakietce. Po jednej stronie ma okładzinę gładką, topspinową, służącą choćby do serwisu [po którym natychmiast przekręca rakietkę w dłoni, by grać drugą stroną – przyp. red.], a po drugiej  długiego „czopa”, który jest okładziną do gry kombinowanej. Dzięki niemu może zagrać, wykorzystując siłę przeciwnika czy zaatakować, używając rotacji nadanej piłce przez rywalkę. To jest przede wszystkim rzadki styl gry. Rywalki nie są do niego przystosowane, mało kto trenuje przeciwko temu typowi gry. Jeśli spotkają się z taką przeciwniczką – która zmienia rytm, wykorzystuje rotacje i rozprowadza piłkę – na zawodach, mają przez to problemy.

– Ni Xialian raczej stoi przy stole, mało biega – dodaje Wojciech Osiński. – Perfekcyjnie za to rozumie tenis stołowy, doskonale odczytuje rotacje i sama potrafi się nimi posługiwać. Do tego gra czopem, a piłka po odbiciu nim potrafi lecieć kompletnie inaczej niż przy gładkiej okładzinie. Mniej doświadczone zawodniczki kompletnie nie wiedzą wtedy, co się dzieje. Poza tym ona stoi przy stole, nie gra daleko, tylko tuż przy nim i ogarnia odbicia lewo-prawo, grając szeroko i zmuszając przeciwniczki do biegania. Wiadomo, że jak przy stole się trzeba ruszyć, to i o błąd łatwiej. Na tym właśnie Ni żeruje. Z racji wieku przeciwko szybszym, grającym ofensywnie zawodniczkom, może mieć większy kłopot. Jest natomiast prawdziwą kilerką w grze przeciwko defensywnie grającym zawodniczkom.

Innymi słowy: Ni ustawia się blisko stołu, po czym czeka na to, co zaproponuje rywalka. Bo to często od zagrań przeciwniczek zależy, co zrobi Xialian. Jest o tyle ciekawe, że nierzadko jej rywalki same ukręcają na siebie bicz. Bo im mocniejszą rotację zaproponują w swoim uderzeniu, z tym większą rotacją piłka wróci potem na ich stronę. Naprawdę warto obejrzeć sobie jakieś spotkanie Ni, bo to coś zupełnie innego, niż proponuje dziś większość zawodniczek. Szczególnie dodając do tego fakt, że gra, trzymając rakietkę stylem piórkowym, czy też – jak być może nazywaliście to w podstawówce – „po chińsku”.

Jasne, w starciu z najlepszymi na świecie, Ni ma małe szanse. Raz, że ze względu na swój wiek, a dwa, że one po prostu potrafią taki styl gry przełamać. Mają potrzebne do tego doświadczenie i umiejętności, a do tego w Azji nadal jest on raczej dobrze znany. Ale na poziomie europejskim – dużo niższym niż azjatycki – Xialian jest w stanie sobie radzić znakomicie i wciąż liczy się w walce o trofea. A jej mecze ogląda się świetnie, bo to pokaz techniki i zrozumienia gry na znakomitym poziomie. Jeśli kiedyś mielibyście okazję na taki iść i zobaczyć to na żywo – nie wahajcie się. Tym bardziej że to raczej kwestia zaledwie kilku lat, zanim Ni przejdzie na emeryturę. Podkreślmy jednak, że nieprzypadkowo w poprzednim zdaniu użyte zostało słowo „raczej”.

W grze przy stole pomaga jej też jeszcze jedna rzecz – leworęczność. Wiadomo, że większość zawodniczek gra prawą ręką i ona jest do tego przyzwyczajona. Z kolei jej rywalki rzadziej mają okazję mierzyć się z mańkutkami. I Ni automatycznie zyskuje dzięki temu przewagę. Zresztą podobnie jest z innym ping-pongowym staruszkiem. He Zhiwen jest o rok starszy od Ni, gra jeszcze w ligowych meczach, ale swoją przygodę z igrzyskami zakończył w Rio. Reprezentuje Hiszpanię, też gra lewą ręką. Jego styl nieco różni się od tego, jaki prezentuje Ni, bo polega na szybkim ataku. Wiele elementów jest jednak wspólnych – gra blisko stołu, wykorzystywanie siły przeciwnika i jego rozrzucanie wokół stołu, aż do momentu, gdy będzie można skończyć akcję. Wtedy Zhiwen dodaje nieco własnej siły, żeby zapisać punkt na swoim koncie.

Sami widzicie – faktycznie, recepta na długowieczność w tenisie stołowym istnieje. Choć i tak wejście na igrzyska w wieku 57 lat – nawet z Europy – to osiągnięcie wielkie. A nie zdziwimy się, jeśli za cztery lata Ni zdoła zagrać w Paryżu. Wówczas zrobiłaby to już jako sześćdziesięcioletnia zawodniczka. – Nigdy nie stawiam się w pozycji, w której muszę decydować o końcu lub kontynuowaniu kariery. Jestem szczęśliwa, dla mnie ważny jest sam udział, radość z gry, promowanie tenisa stołowego i możliwość spotkania przyjaciół – mówiła.

Dodawała też, że wciąż się rozwija, stara się poprawiać przy stole i uczyć nowych rzeczy. Nie brakuje jej motywacji, a technikę ma opanowaną na znakomitym poziomie. I jeśli ciało nie odpuści, pewnie nadal będzie grać, udowadniając wszystkim wkoło, że wiek to faktycznie tylko liczba.

SEBASTIAN WARZECHA


Aktualności

Kalendarz imprez