Co za powtarzalność! Tenisistki stołowe czwarty raz z rzędu jadą na igrzyska

Co za powtarzalność! Tenisistki stołowe czwarty raz z rzędu jadą na igrzyska

Podejrzewamy, że każdy w Polsce choć raz w życiu zagrał w ping ponga. W szkole, na kolonii, w „ganianego” na przerwie albo poważniej, na miejskich czy wojewódzkich turniejach. Mimo to nie jesteśmy potęgą w tenisie stołowym. Wiadomo, takie miano należy się azjatyckim krajom. Na warunki europejskie znakomicie radzą sobie jednak nasze zawodniczki, które niedawno po raz czwarty z rzędu awansowały na igrzyska. O tym, jak udało się tego dokonać, komu zawdzięczamy ten awans i czego możemy oczekiwać po olimpijskim występie, przeczytacie właśnie w tym miejscu.

Rywal trudny, ale niestraszny

Turniej kwalifikacyjny do igrzysk trwał dla Polek… tylko dwa mecze. Tyle trzeba było wygrać, żeby awansować. W przypadku porażki była dostępna jeszcze nieco bardziej okrężna droga, ale każdy wolał jej uniknąć. Zaczęło się od spotkania z Nigerią. Rywal egzotyczny, ale jednak z niższej półki. Problemem mogło być jedynie odpowiednie przygotowanie zawodniczek do czekającego je wyzwania. Okazało się jednak, że te wywiązały się z niego znakomicie – ekipę z Afryki pokonały gładko, 3:0. Wtedy przyszedł czas na mecze z Ukrainą.

Mogliśmy wylosować tylko dwie drużyny mocniejsze od Ukrainy – Koreę Północną i Portugalię. Czeka nas trudne wyzwanie, ale postaramy się mu podołać. Ważne, że do zdrowia wróciła Li Qian, która dobrze przepracowała ostatnie dni spędzone na zgrupowaniu w Budapeszcie. Razem z Węgierkami solidnie potrenowaliśmy także grę deblową. Właśnie deble zaczynają mecz w systemie olimpijskim, dlatego z Ukrainą to może być gra strategiczna – relacjonował dla PAP trener Zbigniew Nęcek. Ale dlaczego właściwie Ukrainki były tak groźne?

– To taka ekipa, która w sumie dla wszystkich w Europie jest dość niewygodna – mówi Wojciech Osiński, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. – One mają jedną mocną zawodniczkę grającą ofensywnie – Margarytę Piesocką, która jest indywidualną wicemistrzynią Europy – a do tego dwie zawodniczki grające defensywnie. A przeciwko obrończyniom zawsze gra się bardzo trudno. Do tego trzeba nie tylko dobrze rozumieć i czytać grę, ale też dysponować niezłą siłą fizyczną z czym u nas jest średnio.

Polki poradziły sobie jednak i z tym wyzwaniem, choć łatwo nie było. Dość powiedzieć, że jak podeszły do stołu na pierwsze spotkanie o 20, tak cała polsko-ukraińska konfrontacja zakończyła się dopiero niedługo przed północą. Polki przed meczem bardzo dokładnie analizowały grę rywalek. Tym bardziej że każda z Ukrainek notowała w ostatnim czasie zwycięstwa indywidualne nad naszymi reprezentantkami. Chcąc to zmienić, trzeba było być przygotowanym na każdą ewentualność

W Portugalii, gdzie rozgrywano eliminacje olimpijskie, mecz lepiej rozpoczęły Ukrainki. Natalia Partyka i Natalia Bajor w deblu uległy parze Tatiana Bilenko i Ganna Gaponowa. Już to pierwsze spotkanie okazało się małym horrorem. – W tym meczu jedno ustawienie nam pasowało, a drugie nie. Wygrałyśmy pierwszy set, później przegrałyśmy, wygrałyśmy i znów przegrałyśmy. Było 2:2. W piątym secie prowadziłyśmy 8:6 i przegrałyśmy 9:11. Myślę, że to już też były nerwy. Ja zrobiłam dwa proste błędy, wcześniej Natalia się pomyliła z takiej wyższej piłki. Tego seta wygrała para, która zachowała więcej zimnej krwi – mówiła Bajor na łamach Magazynu Sportowiec.

To było jednak na tyle polskich porażek. W kolejnym meczu Li Qian potrzebowała tylko trzech setów by ograć Piesocką. Później długo, ale zwycięsko, z rywalką męczyła się Partyka, mimo że spotkanie też trwało tylko trzy partie. O wszystkim miało więc zadecydować starcie Qian z Bilenko. Co prawda Polka mogła je przegrać, ale wtedy Bajor mierzyłaby się z Piesocką, a tam zdecydowaną faworytką byłaby Ukrainka. Wszyscy trzymali więc kciuki za „Małą”, jak nazywają Li.

Ale zaczęło się dramatycznie – od dwóch straconych setów. Nie było już marginesu błędu. Na szczęście dla nas pod koniec drugiego seta włączono tak zwaną „czasówkę”. Serwuje się wówczas na przemian, a ta z pingpongistek, która zagrywa, musi skończyć wymianę w dwunastu uderzeniach. Inaczej straci punkt. I choć zarówno Polka, jak i Ukrainka, preferują defensywny styl gry, to jednak Li Qian lepiej czuła się w takim układzie. Odrobiła więc straty i wygrała całe spotkanie. A wraz z nią – polska drużyna.

– Niby były tylko dwa mecze, ale bardzo ciężkie. Zwłaszcza ten z Ukrainą. Tego typu turnieje rządzą się swoimi prawami, bo każdy zdaje sobie sprawę, że jedna porażka oznacza koniec marzeń. Każdy więc przyjeżdża jak najlepiej przygotowany i walczy do ostatniej piłki. My wcześniej byłyśmy w Budapeszcie, gdzie trenowałyśmy debla, trenowałyśmy z Węgierkami i to dało świetny efekt – mówiła już szczęśliwa Natalia Bajor Polskiej Agencji Prasowej.

Bo i miała się z czego cieszyć – dla niej będzie to pierwsza olimpiada. A sam awans na igrzyska śmiało można traktować jako sukces, zważywszy na to, że trafia tam tylko szesnaście najlepszych drużyn. Przedstawmy więc szerzej osoby, którym go zawdzięczamy.

Perfekcjonista

Zacznijmy od trenera. Zbigniew Nęcek w świecie polskiego tenisa stołowego to postać doskonale znana. Od 1987 roku(!) prowadzi kobiecą ekipę z Tarnobrzegu. Od początku lat 90. tylko raz nie zdobył z nią mistrzostwa. Zespół, który tam stworzył, stał się absolutnym hegemonem na krajowym podwórku i wskoczył do grona najlepszych europejskich drużyn. Na tyle skutecznie, że w zeszłym sezonie wreszcie udało im się dopiąć swego – Nęcek wraz z podopiecznymi wygrali Ligę Mistrzyń.

– Czy to najlepsza polska drużyna bez podziału na dyscypliny? Zależy od kryteriów, ale myślę, że tak. W różnych dyscyplinach różne kluby miały swoje okresy. Anwil w koszykówce, Legia czy Widzew w piłce nożnej, Skra w siatkówce – one były potęgami, ale przez kilka lat. Żeby jednak przez niemal trzy dekady tylko raz stracić mistrzostwo kraju? To jest mega wyczyn. Nie tylko pod względem sportowym, ale organizacyjno-finansowym. A przecież były różne czasy. Na początku lat 90. padał w Polsce cały przemysł, znikały kolejne zakłady, a ten facet wciąż znajdował pieniądze, żeby ten klub funkcjonował. Oczywiście, wiele było zakrętów, ale jednak to, że on istniał i cały czas był najlepszy, to jest mega sprawa. Poza tym to też aktualny triumfator Ligi Mistrzyń. A ile mamy takich ekip? – mówi Osiński.

Nęcek kadrę objął w 2018 roku, niedługo przed mistrzostwami Europy. Było to jego trzecie podejście do prowadzenia reprezentacji. Wcześniej robił to w latach 1992-93, ale zrezygnował, bo ośrodek szkolenia, który wedle ustaleń miał stanąć w Tarnobrzegu, powstał ostatecznie w Krakowie. Potem na stanowisko dostał się w 2009 roku. Miał mieć kontrakt do 2012 roku, ale po srebrze drużynowych mistrzostw Europy dostał jednoroczny. Więc znów odszedł, bo nie zgadzało się to z umową. Wrócił po ponad ośmiu latach. I na razie funkcję pełni.

Myślę, że teraz jest taki bardziej sprzyjający klimat w związku, lepsze podejście do wszystkiego, bardziej wyważone i realistyczne. Dają mu więcej swobody, on rzeczywiście może realizować swoje pomysły. Efekty są, jak widać, bardzo dobre. Poprzednimi razy współpracował z innymi ludźmi – inny był choćby prezes związku. To wszystko ma ogromne znaczenie, bo jeśli nie ma porozumienia na linii trener kadry-prezes, to robią się kwasy. A Nęcek jest takim człowiekiem, że jak są jakieś tarcia, to on się unosi honorem i odchodzi – twierdzi Osiński.

Tuż po tym jak objął kadrę, odbywały się mistrzostwa Europy. Jego podopieczne przywiozły z nich dwa medale, w tym najcenniejszy – indywidualne złoto Li Qian, będące pierwszym mistrzostwem Europy w singlu dla Polski. Do tego brąz dorzuciła Katarzyna Grzybowska-Franc, która zresztą w półfinale uległa swojej koleżance. Tu trzeba jednak oddać zasługi – co zresztą zrobił sam Nęcek – Michałowi Dziubańskiemu, który kadrę prowadził wcześniej i to jego program realizowano do końca tamtego roku. Zresztą przed Zbigniewem Nęckiem jako najważniejszy postawiono inny cel.

– Funkcja trenera kadry tenisistek stołowych związana jest przede wszystkim z przygotowaniem zawodniczek do igrzysk olimpijskich w Tokio. Nie będzie łatwo uzyskać kwalifikacji olimpijskich, dlatego już przygotowujemy plan działania dla najlepszych zawodniczek. Bardzo ważne dla naszej dyscypliny jest to, aby na igrzyskach nie zabrakło naszych reprezentantów, inaczej obniży ona dla nas swój prestiż i rangę. Dlatego to jest mój główny cel i powód, dla którego podjąłem się po raz trzeci pracy na tej funkcji – mówił na antenie Polskiego Radia.

Nęcek w środowisku ma opinię perfekcjonisty. Pewne było więc, że jeśli chodzi o przygotowania – powinno być idealnie. Do tego jest wymagający, ale równocześnie bardzo zaangażowany we wszystko co robi. Mecze swoich podopiecznych przeżywa czasem nawet bardziej niż one same. – Trener Nęcek jest doskonałym organizatorem, bardzo się stara, żebym mogła myśleć tylko o grze i swojej formie. No i podczas meczów mocno mnie wspiera, widzę, że jest niesamowicie zaangażowany – mówiła o nim Natalia Partyka „Przeglądowi Sportowemu”. To właśnie to zaangażowanie sprawiło, że Polkom udało się awansować na igrzyska.

– Czy Nęcek to ojciec tego sukcesu? Pewnie można tak powiedzieć – twierdzi Osiński. – Chociaż jeśli chodzi o taki czysty trening, to on od tego nie jest – on jest raczej organizatorem, menadżerem, coachem, który zwykle nie pracuje przy stole z zawodniczkami. Ale jeżeli chodzi o opracowanie planu przygotowań, to na pewno trzeba mu oddać zasługi. Te igrzyska mogą być takim zwieńczeniem jego kariery trenerskiej, w której osiągnął już naprawdę dużo.

Weteranka

Jesteśmy przekonani, że jeśli z trójki naszych reprezentantek znacie choć jedną, to będzie to właśnie ona. Natalia Partyka stała się bowiem gwiazdą naszego sportu w 2008 roku. Nie był to jednak jej pierwszy start na olimpiadzie. Tyle tylko, że wcześniej rywalizowała wyłącznie w igrzyskach paraolimpijskich. Na takich pojawiła się już w 2000 roku w Sydney. Miała wtedy zaledwie 11 lat i pojechała za ocean.

– Na szczęście rodzice wypuścili mnie z domu. Byłam najmłodszą uczestniczką paraolimpiady w historii. Wszyscy się mną opiekowali, traktowali jak młodszą siostrę, może nawet jak dziecko. Zastępowali mamę, tatę, babcie, dziadków, choć wtedy już byłam dosyć samodzielnym dzieckiem i zebrałam doświadczenie – wspominała na łamach „Polska The Times”. Cztery lata później była już nie tylko uczestniczką, ale i mistrzynią. I od tamtego czasu nie zeszła z najwyższego stopnia podium, a jej złoto stało się czymś tak oczywistym jak śnieg zimą słońce latem. W 2016 do indywidualnego złota dorzuciła zresztą jeszcze drugie, z gry zespołowej.

W 2008 roku po raz pierwszy wystartowała wraz z pełnosprawnymi sportowcami. Choć tylko w rywalizacji drużynowej i, jak sama podkreślała, za sprawą Xu Jie i Li Qian, które wywalczyły Polsce awans do Pekinu. Mimo tego to właśnie Natalia była jedną z największych gwiazd tamtych igrzysk. Wywiadów udzieliła wówczas pewnie mniej więcej tyle co Michael Phelps czy Usain Bolt. Serio. Chińczycy kochają tenis stołowy, a Partyka – przez swą historię – stała się dla nich bohaterką całego turnieju. Przez strefę dla mediów po swoich meczach Natalia wręcz się przeciskała, często spędzając w niej dobrze ponad godzinę.

A skoro wspomnieliśmy o historii – pewnie dobrze wiecie, o jaką chodzi, ale napiszmy to: Partyka urodziła się bez prawego przedramienia. To właśnie przez to rywalizuje również na paraolimpiadzie. Grać w ping ponga zaczęła przez siostrę, to ona pierwsza poszła trenować. Trener Andrzej Mielewczyk, widząc, że Natalia jest zainteresowana tym sportem, powiedział jej rodzicom, że jak tylko urośnie „ponad stół”, to może przyjść poćwiczyć. I tak się też stało. Szybko okazało się, że przyszła mistrzyni paraolimpijska ma do tego sportu spory dryg, choć jej niepełnosprawność nie ułatwiała sprawy – jeszcze wiele lat później podkreślała, że utrudnia jej to choćby złapanie odpowiedniego balansu w niektórych sytuacjach. Ale to tyle z żalenia się. Poza tym nigdy na ten brak nie narzekała. Wręcz przeciwnie.

Weźmy treningi. Wszyscy od zawsze podkreślali, że była tytanem pracy i potrafiła zasiedzieć się na hali tak, że trzeba było ją wyganiać stamtąd wręcz siłą. Choć niektórzy trenerzy narzekali, że w trakcie meczów pokazuje za mało charakteru, to trudno stwierdzić, by go nie miała. W najważniejszych sytuacjach potrafi sobie doskonale radzić – czy to przy stole, czy poza nim. W Tokio będzie miała kolejną okazję by to zademonstrować. Prawdopodobnie zarówno w deblu, jak i singlu. Na ten moment jest bowiem naszą rakietą numer dwa w światowym rankingu i mało prawdopodobne, by to miało się zmienić.

Przy okazji w Japonii ustanowi też absolutny rekord – wystąpi na swoich dziesiątych igrzyskach. Będzie to bowiem jej czwarty start na tej “zwykłej” olimpiadzie, a kilka tygodni później po raz szósty powalczy o paraolimpijskie złoto. – Wychodzi na to, że jestem weteranką, ale to głównie dlatego, że zaczęłam wcześnie, bo w wieku 11 lat. Na paraigrzyska w Sydney pojechałam jako dziecko. Teraz dorosłam, ale cieszę się, że, pomimo upływu lat, mój poziom jest ciągle na tyle wysoki, by kwalifikować się na obie imprezy. To był mój cel na ten rok – mówiła na antenie Polskiego Radia.

Lata więc lecą, ale Natalia Partyka wciąż stanowi o sile naszego tenisa stołowego. Bezapelacyjnie.

Mała, choć wielka

Od lat o jego sile stanowi też Li Qian. Wiadomo, nazwisko nie polskie, ale to zawodniczka naprawdę mocno związana z naszym krajem. Trafiła tu już w wieku czternastu lat za sprawą… Zbigniewa Nęcka. W pierwszych dwóch miesiącach zagrała w dwóch meczach. Wygrała wszystkie swoje gry, a Nęcek – jak potem twierdził – już wiedział, że nie chce wypuścić jej z rąk. Li musiała jednak wrócić do Chin, co… niezbyt jej się podobało. Zresztą, to mało powiedziane – płakała, bo w Polskę polubiła naprawdę bardzo, a bała się, że więcej tu nie przyjedzie.

Szybko zaadaptowała się w naszym kraju. Polubiła kuchnię, spodobała jej się atmosfera i przyjęcie oraz otwartość, z jakimi spotkała się nie tylko w drużynie, ale i po prostu na co dzień, na ulicach. W adaptacji pomagał jej fakt, że gdy przyjeżdżała grać w Siarce po raz pierwszy, była tu też inna chińska zawodniczka. A potem zjawiały się kolejne. Tak naprawdę jednak najważniejszą osobą była dla niej długo Kinga Stefańska, koleżanka z klubu. To ona uczyła ją pierwszych słów po polsku. Sama lub poprzez… „M jak miłość”, które wtedy rozpoczęło swą emisję.

– Początki nie były łatwe – wspominała Stefańska w „Przeglądzie Sportowym”. – „Mała” nie potrafiła prać, sprzątać, gotować, prasować. Chodziła za mną jak cień i przyglądała się, jak ja to wszystko robię. Większość czynności opanowała znakomicie, choć do prasowania nigdy się nie przekonała. Za to w naszym kraju zdała egzamin na prawo jazdy. – I choć było tak trudno, to zaledwie kilka lat później Li miała już polskie obywatelstwo.

Najpierw grałam w lidze, potem wystąpiłam w Niemczech na turnieju Pro Tour. Grałam dobrze, więc trener spytał, czy chcę mieć obywatelstwo. To był rok 2006. Powiedziałam, że chcę. Dla mnie najważniejszy jest sport. Miałam marzenie, jak każdy sportowiec, aby zagrać na igrzyskach. Chciałam je spełnić i – już jako Polka – zagrałam w Pekinie w 2008 roku. Nie było żal, bo moi rodzice wciąż mieszkają w Chinach, więc zawsze mogę wrócić w rodzinnie strony. I wracam co roku – mówiła kilka lat temu na łamach „Rzeczypospolitej”.

Przed Pekinem została zresztą pierwszą Polką, która dostała się na igrzyska. Swoją drogą ma tylko nasze obywatelstwo, chińskie prawo zabrania jej posiadania dwóch i to mimo tego, że to tam mieszka przez wiele miesięcy, ma męża i dziecko. To zresztą, jak mówi Wojciech Osiński, pokazuje jej profesjonalizm i zaufanie, jakim darzą się nawzajem z Nęckiem.

– Oni oboje pasują do siebie charakterami, bardzo dobrze się dogadują, „Mała” ma do trenera duże zaufanie, które działa też w drugą stronę. Li ma rodzinę w Chinach, tam mieszka i tam raczej będzie sobie układać życie. Trening, który realizuje i ma zaplanowany, też robi właśnie tam. Musi sama dla siebie być trenerem i to pokazuje właśnie to spore zaufanie. On widzi, jaka ona jest, jak profesjonalnie podchodzi do tego sportu i wierzy, że nie będzie żadnego lenistwa. I faktycznie, trzeba przyznać, że Li Qian – gdy przyjeżdża do Polski po tych pobytach w Chinach – jest super przygotowana. Zresztą znam Li i wiem, że to mega profesjonalistka, bardzo ambitna dziewczyna, a przy tym skromna i fajna.

Jeśli można jej coś zarzucić, to chyba tylko to, że po tylu latach spędzonych w naszym kraju wciąż nie najlepiej mówi po polsku. Teraz co prawda większą część roku mieszka w Chinach, ale wcześniej przez dobrą dekadę przebywała głównie w Polsce. Tyle tylko, że w Tarnobrzegu zawsze sporo było jej rodaczek, więc często trzymała się w ich towarzystwie. I jakoś z naszym językiem się nie oswoiła na tyle, by mówić w nim w miarę płynnie. Choć dogadać się dogada. Braki w tej kwestii można jej jednak darować, skoro odpłaca się sukcesami. W tym najważniejszym, o którym już wspominaliśmy – złotem mistrzostw Europy.

W finale wygrała wtedy – tak jak i w trakcie kwalifikacji do igrzysk – z Margarytą Pesocką. Inny był tylko wynik – 4:2 dla Li Qian, choć od drugiego seta grano „czasówkę”, która teoretycznie bardziej służyła Ukraince. Ale to właśnie po drugiej partii gra Pesockiej się zatrzymała, a „Mała” zaczęła zdobywać punkty. W piątym i szóstym secie była już nie do ogrania. Wchodziło jej wszystko, grała perfekcyjnie. I zdobyła historyczne mistrzostwo Europy. Miała też niecodzienną motywację – trener Nęcek obiecał jej, że za każdego wygranego seta stawia butelkę La Rioja, ulubionego wina Li. Tak samo motywował ją w ćwierćfinale. Wyszło, że musiał kupić osiem butelek, ale wydanych pieniędzy chyba nie żałował.

– Ćwierćfinał z Rumunką Bernadette Szocs był ekstremalnie trudnym pojedynkiem. To był najtrudniejszy moment w drodze do medalu. Berni to zawodniczka, która rozbija defensorki. Oczywiście ja na nią miałem taktykę, którą „Mała” zaakceptowała. Był jednak stres i trzeba było doprowadzić do sytuacji, żeby zdjąć ten bagaż psychiczny, a wprowadzić element takiego „diabełka”. Znam „Małą” od 17 lat. Wiem, że zawsze podchodzi z pełnym zaangażowaniem i czasami bardziej jej pomoże nie teoretyzowanie a wprowadzenie luzu, fantazji, żeby funkcjonowała z zimną głową, nie obciążoną nerwami. Przez wiele lat wypracowaliśmy to, że „Mała” wie, że ja na 100% jestem za nią. Ja z kolei jej tłumaczyłem, że czasem będę ostry, w zależności od sytuacji. Czasami też będę szukał innych rozwiązań dla jej dobra. Na takie porozumienie pracuje się lata – opowiadał, już na chłodno, Nęcek portalowi tarnobrzegtuzyjemy.pl.

Trener o swej podopiecznej opowiada zresztą często i bardzo chętnie. Nic dziwnego. Pracuje z nią od dawna i to z nią wiążą się też jego największe sukcesy. I w kadrze, i w klubie. Li była przecież jedną z zawodniczek, która wygrała Ligę Mistrzyń, od lat stanowi o sile tarnobrzeskiej ekipy. Kiedy przychodzi do opisania jej postaci, Nęcek używa takich słów jak „kapitalna”, „pełna profesjonalistka”, „grzeczna”, „kulturalna”, „niesamowita” i, być może najważniejszego, „kompletna”. Choć na tę kompletność długo pracowali, przez niemal dekadę trener podkreślał, że wciąż uczą ją czegoś nowego. Po latach przyszły jednak efekty.

Bo dziś nikt nie ma wątpliwości, że to właśnie „Mała” jest liderką polskiej kadry. I choć nosi taki pseudonim (wziął się od tego, że… po prostu jest mała, nie jest to najbardziej błyskotliwa ksywka w historii), to – jak na polskie warunki – zawodniczką jest wielką.

Talent

Została nam trzecia z drużyny, która wywalczyła awans. Natalia Bajor jest najmłodszą z nich, w tym roku skończy dopiero 23 lata. Na szerokie wody wypłynęła dwa lata temu. Zdobyła wówczas pierwsze – zupełnie niespodziewane – mistrzostwo Polski, pokonując w finale Partykę. Do tego dołożyła medale młodzieżowych mistrzostw Europy. – Przejście do kategorii juniorskiej nie było dla mnie trudne, bo rywalizowałam z tymi dziewczynami już wcześniej. Za to krok z juniorek do seniorek jest znacznie trudniejszy. Nie ma jednak innej drogi, trzeba podjąć to wyzwanie – mówiła wówczas.

Więc je podjęła. I faktycznie, okazało się, że jest trudniej. W 2019 roku nie miała już koła ratunkowego w postaci wieku – grała tylko wśród seniorek. Trzeba jednak przyznać, że patrzyła na wszystko realistycznie. Wiedziała, że tak naprawdę w największych turniejach trudno jej będzie nawet o wyjście z grupy, bo do światowej czołówki brakuje jej naprawdę dużo. Dodawała też, że nie może sobie powtarzać, że „ciągle ma czas”. Po prostu musi robić postępy i tyle.

Robi je, krok po kroku. Rozwija się, notuje kolejne cenne zwycięstwa, gra coraz lepiej. Czy jednak kiedykolwiek stać ją będzie na wielkie sukcesy? – Trudno powiedzieć. W Polsce jest teraz najlepsza – oprócz Li Qian, oczywiście – bo dwa razy z rzędu zdobyła mistrzostwo Polski, pokonując Partykę. Jeżeli chodzi o Europę, to jest jakaś szansa, że będzie za jakiś czas w najlepszej „10”. W konfrontacji z Chinkami, Japonkami, Koreankami czy zawodniczkami z Tajwanu albo Singapuru, na razie jest jednak bez szans, melodią odległej przyszłości jest nawiązanie z nimi walki. Przy odpowiednio prowadzonym treningu – tu ważne jest na przykład to, by jak najwięcej jeździć do Chin, ćwiczyć z najlepszymi – i wysokiej świadomości oraz nastawieniu na sukces, są jednak jakieś nadzieje na dobre wyniki – mówi Wojciech Osiński.

Choć trzeba przyznać, że jej obecne rezultaty i tak są świetne jak na dziewczynę, której wielu odradzało jeszcze kilka lat temu dalszą grę. Bo twierdzili, że ma złą technikę. Jak widać – nie skorzystała z tych rad i trenowała nadal. Wspierali ją zresztą rodzice, wspierał też dziadek, który również wiele lat grał, choć amatorsko. To od nich się zaczęło – mała Natalia chodziła na salę i patrzyła, jak grają. Aż w końcu trener zaproponował jej, by spróbowała. Szybko okazało się, że ma do tego dryg, przechodziła przez kolejne kategorie juniorskie, osiągała dobre wyniki. Dziś twierdzi, że bez ping ponga nie mogłaby żyć, a gdy dwa dni nie wychodzi do stołu, już ją „nosi”.

Niedługo będzie bronić mistrzostwa Polski i walczyć o trzeci taki tytuł z rzędu. To, na ten moment, jej największe sukcesy. O pierwszej obronie tytułu tak opowiadała portalowi tuwroclaw.pl: – Marcowe mistrzostwa Polski w Gliwicach były dla mnie wielkim wyzwaniem. O ile rok wcześniej nic nie musiałam i grałam bez żadnej presji, o tyle teraz podchodziłam do stołu jako mistrzyni kraju. Wszystkie zawodniczki ostrzyły sobie zęby na zwycięstwo ze mną, kierując się zasadą “bij mistrza”. Cały turniej grałam średnio. To nie był mój najlepszy tenis. Najtrudniejsza była walka o podium. W ćwierćfinale moją rywalką była Klaudia Kusińska. Szybko objęłam prowadzenie 2:0 i wydawało się że w pełni kontroluję sytuację. Tymczasem przeciwniczka wygrała kolejne dwie partie i zrobiło się nerwowo. Na szczęście włączyłam piąty bieg i wygrałam cały mecz 4:2. W finale historia zatoczyła koło. Moją rywalką, podobnie jak rok wcześniej, była Natalia Partyka. To był mój najlepszy występ w turnieju.

Zresztą Bajor ma to do siebie, że w najważniejszych momentach potrafi pokazać nie sto, a dwieście procent możliwości. Jej siła mentalna jest jednym z jej największych atutów, podkreśla to ona sama i ci, którzy obserwują jej grę. W Tokio prawdopodobnie nie zobaczymy tego w rywalizacji indywidualnej, ale już w drużynie może okazać się to kluczowe dla naszej kadry.

A właśnie, skoro wróciliśmy do igrzysk, to na koniec zapytajmy…

…co stanie się w Tokio?

Właściwie trudno powiedzieć. Tak naprawdę wszystko będzie zależało od tego, na jakie rywalki trafią Polki. – Jeżeli drabinka ułoży się tak, że w naszej ćwiartce trafimy na przykład na Japonię czy Chiny, to praktycznie niemożliwe będzie przejście tej rundy. Ale jeżeli losowanie się dobrze ułoży – czyli na przykład dostaniemy za rywala jakikolwiek zespół z Europy – to awans dalej będzie w zasięgu. Nie jest tak, że z każdą z ekip z naszego kontynentu na pewno wygramy, ale z każdą mamy szanse. Indywidualnie? Tu też wszystko zależy od losowania i formy Li Qian, bo to ona ma największe szanse na sukces. W Tokio zagrają wszystkie najlepsze zawodniczki. Jest jednak rzecz, która takiej Li nieco ułatwia sprawę w porównaniu z World Tourami czy mistrzostwami świata – z każdego kraju mogą być maksymalnie dwie zawodniczki. A więc wejdą tylko dwie Chinki czy dwie Japonki. To czasem pomaga w dojściu dalej. Ale do najlepszej ósemki będzie jej bardzo trudno się dostać. Awans do szesnastki już będzie super. Bo zawsze chodzi o dojście do wyższego przedziału, niż jest się w rankingu. Więc skoro Natalia Partyka jest w okolicach 60. miejsca, dobrze byłoby, gdyby doszła do najlepszej „32”. A Li Qian, zajmująca mniej więcej 30. miejsce w rankingu, powinna walczyć o najlepszą szesnastkę – mówi Osiński.

Obecnie jest to więc czysta zgadywanka, dodajmy jedynie, że każda wygrana w turnieju drużynowym będzie sukcesem. Bo dotąd Polki nigdy nie przeszły jego pierwszej fazy, choć próbowały trzykrotnie. Teoretycznie więcej wiadomo w kontekście przygotowań polskiej kadry do igrzysk, ale… też nie wszystko. Na pewno przed Polkami jeszcze wiele startów, klubowych i indywidualnych. Nieco luzu daje im fakt, że już awansowały na igrzyska i nie muszą dokładać do tego imprez, które miałyby im w tym pomóc. Za pasem jednak mistrzostwa Polski, poza tym World Toury, drużynowe mistrzostwa świata, Liga Mistrzyń, polskie (lub czeskie, w przypadku Partyki) rozgrywki klubowe. Sporo tego. Nawet w weekend Natalia Partyka rywalizowała w prestiżowym turnieju Europe Top 16. Niestety przegrała 0:4 (7:11, 4:11, 8:11, 6:11) z reprezentantką Niemiec Petrissą Solją.

Jeszcze kilka miesięcy temu moglibyśmy zakładać, że ważnym elementem przygotowań będzie wyjazd do Chin. Teraz jednak, przez epidemię koronawirusa, wydaje się to niemożliwe. Inna sprawa, że z tego samego powodu w Chinach utknęła na ten moment Li Qian, której uniemożliwiono wyjazd do Polski na mecze klubowe. Pozostaje mieć nadzieję, że podobnie nie będzie przed igrzyskami w Tokio. Bo „Mała” na pytania o swoje cele na tę imprezę odpowiada najprościej, jak tylko się da – „zagrać najlepsze igrzyska w karierze”.

I ma na to szanse. Podobnie jak cała nasza drużyna.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez