Artur Partyka: Mój rekord czeka na pogromcę

Artur Partyka: Mój rekord czeka na pogromcę

Artur Partyka zachwycał kibiców lekkiej atletyki w latach 90. Praktycznie z każdej ważnej imprezy wracał z medalami. Z Barcelony ’92 przywiózł brąz, cztery lata później wywalczył srebro w Atlancie ’96. Jego rekordy Polski (2,38 na stadionie i 2,37 w hali) obowiązują do dziś. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Europy (w tym dwa razy pod dachem), był też wicemistrzem świata. To absolutna legenda skoku wzwyż. Dziś spotykamy pana Artura podczas mityngu ORLEN Cup Łódź 2020, gdzie pojawił się w charakterze organizatora. Gdyby wyjrzeć przez okna Atlas Areny, zobaczylibyśmy miejsce, gdzie jako wychowanek Łódzkiego Klubu Sportowego trenował w młodości. Dziś widać tam betonowe parkingi i budowę stadionu piłkarskiego…

DARIUSZ URBANOWICZ: Widzę, że pan w ferworze walki, ale ciągle niemal na starych śmieciach?

ARTUR PARTYKA: W tym właśnie miejscu spędziłem blisko 20 lat, trenując lekką atletykę. Ale faktycznie, tego starego obiektu już nie ma. Obecnie stoi tu stadion piłkarski, który już niedługo będzie stadionem z prawdziwego zdarzenia. Cieszę się, że mimo wszystko coś się w tym miejscu dzieje, że odbywają się tutaj tak fantastyczne zawody. To wszystko za sprawą miasta Łodzi, ale i sponsora – PKN Orlen – który od przeszło dziesięciu lat wspomaga nasz ukochany sport. Ma “swoje” gwiazdy jak Anitę Włodarczyk, Justynę Święty-Ersetic, Piotra Liska, Pawła Fajdka i wielu innych, ale pomaga nam również w organizacji mityngów na światowym poziomie – jak toruński Copernicus Cup z rekordem świata w skoku o tyczce Duplantisa i nasz łódzki ORLEN Cup. Z myślą o młodych adeptach „królowej sportu” równolegle organizujemy też Młody ORLEN Cup. W przeddzień mityngu odbywają się zawody dla dzieci i młodzieży. Rywalizowało i bawiło się tutaj, na tej samej skoczni, na tej samej bieżni i rzutni, na których później rywalizują najlepsi na świecie, blisko 250 osób. A potem najmłodsi na żywo oglądali swoich idoli i mistrzów. Kto wie, może w przyszłości sami pójdą w ich ślady? Przez te kilka dni polska lekka atletyka, dzięki dwóm wielkim imprezom, trafiła na usta całego świata, a to wszystko dzięki ogromnemu wsparciu PKN ORLEN.

Pan czuje się tu jak ryba w wodzie. Całe życie na stadionie albo hali lekkoatletycznej. Widać, że nie chce się pan wydostać z tego środowiska.

Z byłymi sportowcami jest tak, że nie za wiele jest innych profesji, w których moglibyśmy się tak skutecznie sprawdzić. Jeśli udaje się nam łączyć pasję, to co robiliśmy w przeszłości z przedsięwzięciami typu organizowanie zawodów, czy propagowaniem lekkiej atletyki, to dużo łatwiej się w tego typu rzeczach odnajdujemy. To wydarzenie również opiera się na współpracy wielu byłych sportowców.

Rekord świata, jak choćby w Toruniu, to ogromny prestiż dla organizatorów. Czy Łódź i ORLEN Cup doczekają się takiego splendoru? To co dzieje się w tyczce za sprawą Duplantisa to istne szaleństwo!

Rekord świata to coś szczególnego, tym bardziej w tak spektakularnej konkurencji jak skok o tyczce. Renaud Lavillenie skacząc 6,16 m i bijąc rekord, zamknął symbolicznie erę Serhija Bubki. Armand Duplantis otworzył zaś nową erę. Zresztą, obserwując jego skoki można być pewnym, że on do tego wyniku jeszcze coś dołoży. Świetnie by się stało, gdyby te rekordy padały właśnie na takich mityngach jak nasze. To by było wspaniałe. Lecz takie rzeczy nie zdarzają się codziennie. Ja miałem przyjemność obserwować trzy rekordy świata Serhija Bubki. A wszystko przez to, że przez lata jeździliśmy razem na zawody, mieliśmy tego samego promotora. To niesamowite uczucie i na pewno wyjątkowe dla organizatorów, bo to wydarzenia bardzo rzadkie. W XXI wieku rekordy świata ustanowione w Polsce możemy policzyć na palcach jednej ręki. Niewiele więcej było ich we wcześniejszych czasach świetności polskiej lekkiej atletyki. W XXI wieku to bodaj trzeci rekord świata poprawiony w Polsce i to w tak mocnej konkurencji, na nieprawdopodobnie wysokim poziomie.

Sponsorem polskiej lekkiej atletyki jest PKN Orlen

Trudno nie zachwycać się nie tylko wysokościami, ale i stylem Duplantisa. Ma się wrażenie, że nie wkłada żadnego wysiłku w swoje skoki.

Prawdziwi mistrzowie, prawdziwe fenomeny w swoich dziedzinach życia – nie tylko w sporcie – mają to coś, co pozwala nam powiedzieć, że zostali stworzeni do danej czynności. Takie wrażenie się pogłębia, kiedy obserwujemy rozwój Armanda od najmłodszych lat. To niesamowita kariera, która jest pewnym zaprzeczeniem tezy, że wczesna specjalizacja może być problemem w osiąganiu doskonałych wyników. Kiedy spojrzymy na sposób w jaki on trenował od samego początku, okazuje się, że to absolutnie nie przeszkadza. Trzeba przyznać, że prowadzono go bardzo umiejętnie. Można obejrzeć jego skoki kiedy był dzieckiem, czy też w wieku nastoletnim – to wygląda zupełnie naturalnie.

Jego ojciec to przecież świetny sportowiec, skakał zresztą wysoko o tyczce. To on na podwórku ustawił zeskok i w wolnych chwilach, kończąc jakieś zajęcia, dla urozmaicenia Armand szedł poskakać sobie o tyczce. Trochę na zasadzie: a, pójdę sobie skoczyć. Nie znam szczegółów tego, jak był prowadzony, ale jestem w stu procentach pewien, że był to mądry, spokojny trening. Mimo że bardzo wcześnie weszła ścisła specjalizacja, nie został on zdefiniowany tylko i wyłącznie na skok o tyczce. To jest bardzo wszechstronnie wytrenowany sportowiec, świetny akrobata. Imponuje popisami gimnastycznymi, ale każdy tyczkarz powinien to mieć. Tutaj spotkało się kilka cech i wszystkie one spowodowały, że mamy do czynienia z wielkim mistrzem; człowiekiem, który otworzył nową erę. Ciekawe lata przed nami.

Ale chyba jeszcze za wcześnie, by wieszać mu złoto olimpijskie w Tokio na szyi?

W kontekście igrzysk olimpijskich wcale nie przekreślałbym szans innych zawodników. Igrzyska są tak specyficznym wydarzeniem, że zdarza się (i to wcale nierzadko), że faworyci zawodzą. Przypomnę tu „cara tyczki” Bubkę, który wywalczył złoto tylko raz. Konkurs w Seulu zresztą miałem przyjemność obserwować i jeśli będziecie mieli szansę go obejrzeć, polecam serdecznie, bo on miał naprawdę kupę szczęścia, że tam wygrał. Kolejne igrzyska – Barcelona i Atlanta – to jego ogromne porażki. Też był wtedy kimś jak Armand Duplantis… co ja mówię, był kimś o wiele większym! On pierwszy pokonał sześć metrów. W Barcelonie miał za sobą kilkanaście rekordów świata. To postać nieprawdopodobna. Armand jest na początku tej drogi, choć skacze troszkę wyżej niż Serhij. A porażka Bubki w Barcelonie to był szok! On był w największej formie, w ’91 i ’92 roku kilka razy ustanawiał rekordy świata. Nikt z dziennikarzy na całym świecie nie wytypowałby Maksima Tarasowa. Każdy wskazałby Bubkę. Każdy! A on przegrał! Brąz zdobył Javier Garcia Chico reprezentant gospodarzy, chłopak który trenował w Barcelonie, srebro Rosjanin Igor Trandenkow. To był nieprawdopodobny konkurs, po którym nie sposób było zamienić z Serhijem kilka słów. On to rzeczywiście potężnie przeżywał. Jeśli chodzi o Tokio, sprawa złota nie jest wcale rozstrzygnięta. Mamy przecież Kendricksa z życiówką 6,06 m. Piotrek Lisek? Paradoksalnie ten odpoczynek w hali, przerwa związana z kontuzją, może mu się bardzo przysłużyć w kontekście sezonu letniego. Duplantis jest faworytem do złota, ale to jest skok o tyczce, to są igrzyska olimpijskie i to jest… Japonia, a tam są trudne warunki atmosferyczne. Różnie to może być. A skok o tyczce, jak chyba żadna inna konkurencja, potrzebuje optymalnych warunków do rywalizacji.

Dziś jesteśmy świadkami powszechnego zachwytu nad Duplantisem, ale pan również słynął z perfekcyjnej techniki: lekkości, efektownego zawieszenia nad poprzeczką, jakby nie było w danej chwili grawitacji.

To efekt dopracowania cech, które dają przewagę w technice. Dużo czasu poświęcałem treningowi technicznemu. Do tego miałem pewne cechy, które predestynowały mnie, by optymalizować technikę. Ten proces poszukiwania, optymalizacji właśnie, potrafi trwać bardzo długo. Ja ten typ znalazłem, miałem naturalny rytm odbicia i optymalną prędkość, co pozwalało mi robić wszystko w sposób sprawiający wrażenie ogromnej płynności. Moją dominującą cechą absolutnie nie była siła czy szybkość, a optymalna prędkość i pewne predyspozycje do walki, do wytrzymywania i radzenia sobie ze stresem, zwłaszcza podczas zawodów o stawkę. Wówczas potrafiłem się zmobilizować i zawsze z tych dużych imprez coś tam na szyi przywoziłem.

W tej chwili przyszedł mi do głowy przykład Sylwestra Bednarka, który w ubiegłym sezonie się zablokował i nie mógł pokonać nawet 2,20 m. Na szczęście już wrócił, bo kilka dni temu skoczył 2,30 m. W jaki sposób pan się motywował? Jak podtrzymywał pan gotowość do skakania w trakcie długich konkursów?

Pierwsza, podstawowa sprawa to perfekcyjnie ułożony wraz z trenerem plan przygotowań. Na górze tego planu znajdował się cel, do którego się przygotowujemy. Zazwyczaj był to wynik i wysokie miejsce na dużej imprezie. Wszystko podporządkowywaliśmy temu zadaniu. Znacznie łatwiej jest wtedy znosić trudy całego procesu treningowego, czy motywować się, jeśli dąży się do konkretnego celu. To dawało nam znacznie większy komfort pracy. Staraliśmy unikać chaosu, nagłych zmian. Zdarzały się niewielkie korekty planu, natomiast główne zręby, cel, musiał być określony bardzo precyzyjnie. Nie było miejsca na kompromisy, na odpuszczanie.

Korekty wynikały z doskonalenia, bo przecież na bieżąco się uczyliśmy, ja też się zmieniałem. To jest praca na żywym organizmie. Zwłaszcza w tym bardzo trudnym okresie przejścia z wieku juniorskiego do seniorów. Wraz ze zmianą cech fizycznych i poprawą motoryki, nie zawsze szło to w parze z rozwojem pozytywnych cech w samym skakaniu. Nie zawsze da się bowiem pogodzić technikę z dobrą motoryką. Często czujemy, że jesteśmy dobrze przygotowani, świetnie wytrenowani, ale stajemy na skoczni i, mimo że powinniśmy być najlepsi, to coś nie idzie. Być może właśnie coś takiego dopadło Sylwka? Na szczęście się odblokował. Może gdzieś coś się przestawiło i pojawiła się refleksja, czy inne spojrzenie na siebie, znalezienie czynników, które miały niewłaściwy wpływ. Może one się oddaliły, może zaczął je kontrolować i ten sezon olimpijski okaże się dla niego bardzo pomyślny?

Który z konkursów zapadł panu najbardziej w pamięć? Niekoniecznie chodzi mi tutaj o te, które kończyły się największymi sukcesami, ale chodzi mi o taki, w którym pan się jakoś szczególnie przełamał? 

Było kilka takich konkursów, ale pewnie zaskoczę tutaj wszystkich, bo nie mam na myśli Atlanty. W Atlancie przegrałem…

Zdobył tam pan srebro olimpijskie. Czuł pan wtedy, że przegrał złoto? 

Zdobywca drugiego miejsca to jest pierwszy przegrany. To gorzej niż pierwsze, prawda? Faktycznie stoczyłem tam piękną walkę. Mam ogromną satysfakcję, że uczestniczyłem w tym spektaklu. Zresztą do dziś Charles Austin jest rekordzistą olimpijskim. Lada chwila minie ćwierć wieku od tamtych chwil. Jeśli wszystko się zgra, być może Mutaz Barshim poprawi to 2,39 i skoczy 2,40 m. Z dużą dumą i przyjemnością wracam myślami do Atlanty, dlatego że to był najmocniejszy konkurs olimpijski w historii. Mimo że zdarzało się, że skakali już chłopcy po 2,40 m, ale na igrzyskach nikomu nie udało się poprawić rekordu Charlesa. Tu potwierdza się to, o czym mówiliśmy przy okazji skoku o tyczce, że konkurs olimpijski wcale nie jest łatwy. To jedyna taka impreza, organizowana raz na cztery lata.

Wracając jednak do pańskiego pytania, które to były zawody? Rekord Polski – 2,38 m, Eberstadt, 1996 rok. Ustanowiłem go kilka tygodni po igrzyskach, potwierdziłem, że jestem w świetnej formie. Wymazałem szybciutko ten negatywny obraz po Atlancie. Ten wynik wciąż jest rekordem kraju i czeka na pogromcę. Patrząc dziś, z perspektywy czasu, mógłbym też wymienić start który najmocniej zadecydował o mojej karierze: ’92 rok, eliminacje igrzysk olimpijskich w Barcelonie. Wszyscy liczący się zawodnicy są już w finale, tylko ja nie mogę sobie poradzić z 2,26 m. Trzecia próba. Tak jak Duplantis tym 6,17 otworzył swoją erę, tak ja wtedy, tym magicznym skokiem zapoczątkowałem swoją passę siedmiu lat z medalami na wielkich imprezach. Ten sezon olimpijski w 1992 roku traktowałem bardzo szczególnie.

Padło nazwisko Bubki, dziś być może do miana takiego dominatora urasta dwudziestoletni Duplantis. W pańskich czasach był nim rekordzista świata Javier Sotomayor. Czy jego 2,45 m jest dziś do ruszenia?

Był do ruszenia! Jak mi nieoficjalnie mierzyli w Atlancie w jednym ze skoków, że weszłoby czyściutko 2,43 m. Z reguły jednak jest tak, że tych najlepszych skoków nie oddajemy wtedy, kiedy poprzeczka wisi na rekordowych wysokościach. Widziałem Sotomayora podczas zawodów halowych w Niemczech w 1989 roku. On oddał taki skok na 2,37, że gdyby tam powiesić 2,47 czy 2,48 to poprzeczka by została. Oglądaliśmy to później zafascynowani w wozie transmisyjnym. Przypomnijmy sobie rekordy Sotomayora… to naprawdę średnie skoki pod względem technicznym. Każdy z tych skoków był mocno ruszony, jakimś cudem poprzeczka zostawała, tak jak przy tym ostatnim, na 2,45. To nie były rewelacyjne technicznie skoki. Myślałem, że rekord padnie w Brukseli w 2014 roku podczas Diamentowej Ligi. Mutaz Barshim był bardzo blisko, Bondarenko skakał bardzo wysoko bodaj 2,41, czy nawet 2,42. Nie wiem jak będzie Mutaz wyglądał w tym sezonie, ale w Katarze było widać, że wrócił do formy po kontuzji, odzyskał doskonałą dyspozycję i rzeczywiście był już takim Mutazem, jakiego pamiętamy. Skończyło się co prawda na 2,37, ale myślę, że był przygotowany by skończyć 2,40.

Są takie konkursy, że walczy się o zwycięstwo, a nie o wynik…

Dokładnie. Finał Ligi Mistrzów również chce się wygrać, a nie strzelić jak najwięcej pięknych goli. Z rzadka można tam dostrzec piękno futbolu. Podobnie jest w skoku wzwyż. Są konkursy, podczas których skacze się by pokonać rywali, a nie ustanawiać rekordy. Tak samo jest na igrzyskach czy mistrzostwach świata.

Rozmawiał
DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez