Angelika Cichocka: Chcę być zdrowa w przyszłym sezonie. To moje zadanie

Angelika Cichocka: Chcę być zdrowa w przyszłym sezonie. To moje zadanie

Dokładnie 10 lipca minęły trzy lata od dnia, gdy zdobyła złoty medal mistrzostw Europy w biegu na 1500 metrów. Rywalki pokonała wtedy wspaniałym finiszem, nie dając szans żadnej z nich. Po minięciu linii mety, niemal nie była w stanie uwierzyć, że się udało. My z kolei wierzyliśmy wtedy, że kolejne sukcesy to tylko kwestia czasu. I pewnie niewiele byśmy się pomylili, gdyby nie kontuzje. Te męczyć zaczęły ją szczególnie pod koniec 2017 roku. Dziś Angelika Cichocka, zawodniczka Grupy Sportowej ORLEN, mówi, że wciąż walczy o zdrowie i celuje w start na igrzyskach.

Późny start nie przeszkadza

To nie opowieść o przeszłych biegach i sukcesach, ale musimy od nich zacząć. Bo gdyby Angelika Cichocka była anonimową zawodniczką, która nie miała na koncie żadnych znaczących osiągnięć, pewnie byśmy dziś o niej nie pisali. Sęk w tym, że w pewnym momencie stała się naszą medalową nadzieją w biegach na średnim dystansie. I nie mówimy tu o małych imprezach, nic nie znaczących. Polka miała możliwości, by walczyć nawet o medale olimpijskie.

To zaskakujące, bo karierę rozpoczęła dopiero w wieku 17 lat. Miała naturalny talent, szybko odniosła pierwsze sukcesy. Zresztą w taki właśnie sposób dowiedziała się, że powinna zacząć trenować – wystartowała w dużym biegu, gdzie startowały też trenujące od lat zawodniczki, i go wygrała. Z dużą przewagą. Poszła więc w tę stronę, trafiła na treningi do Jarosława Ścigały, dokąd skierował ją wujek. Trener podobno do dziś z pamięci potrafi wyrecytować jej wyniki. Przy większości dodaje od siebie „to niesamowite”, „kosmos”, „znakomity rezultat”. Bo i tak było, Angelika biegała świetnie.

Szybko przedostała się do kadry, ale jej pierwsza duża impreza (halowe mistrzostwa świata z roku 2010) zakończyła się wielkim rozczarowaniem. Na metę biegu eliminacyjnego wpadła z czasem, który gwarantował występ w finale. Przynajmniej do momentu, gdy zdyskwalifikowali ją sędziowie. Kolejne starty wyglądały już lepiej, ale wciąż czegoś brakowało. Po kilku latach podjęła więc decyzję o tym, że rozstaje się z trenerem i przechodzi do Teamu Lewandowski. Nie, nie Roberta. Marcina, naszego utytułowanego biegacza, i Tomasza, jego brata.

Wtedy zaczął się jej bieg ku medalom. Choć nie było łatwo. Treningi z Lewandowskimi dawały jej się we znaki. – Mimo tego, że ufałam Tomkowi i jego treningowi, zadawałam sobie pytanie, czy to ma w ogóle sens. Najgorsza była właśnie ta niepewność. Po sesji podbiegów nie mogłam się podnieść z ziemi. Zwykłe rozbieganie dzieliłam na kilka części. Musiałam wiele rzeczy przewartościować, nie tylko treningowych – mówiła „Runner’s World”. Ostatecznie okazało się jednak, że decyzja była jak najbardziej dobra.

Najważniejszą zmianą było to, że nauczyła się finiszować – w taki sposób rozstrzygała zresztą większość biegów. Trochę jak Adam Kszczot i, oczywiście, Marcin Lewandowski. Pierwszy ważny sukces odniosła w 2014 roku, gdy halowe MŚ zawitały do Sopotu. Zresztą cieszyć mogła się podwójnie, bo złoto wyskakała wówczas Kamila Lićwinko, jej przyjaciółka. Angelika musiała zadowolić się „tylko” srebrem na 800 metrów. A na poważnie: to była sensacja, nie stawiali na nią ani kibice, ani dziennikarze, ani eksperci. Postawiła tylko ona sama i dobiegła na drugim miejscu. Podobnie było rok później, w trakcie halowych mistrzostw Europy. Tyle że wtedy pobiegła na 1500 metrów. Cieszyła się bardzo, bo… a zresztą, łatwiej będzie, jak damy wam do przeczytania jej słowa z tamtego czasu.

– Czuje się świetnie. Ten medal to uwieńczenie mojej ciężkiej pracy, bo po to właśnie trenuję, aby je zdobywać. Jest też szczególny, bo wywalczyłam go po problemach zdrowotnych, kontuzji i przerwie w treningu oraz czteromiesięcznym szkoleniu wojskowym, które odbyłam między wrześniem a grudniem, czyli na trzy miesiące przed startem w Pradze. Tam bardzo wcześnie wstawałam, uczestniczyłam w wielu zajęciach. Odchorowałam to osłabieniem organizmu.  Jednak, co było fajne, zupełnie oderwałam się od biegania. Po raz pierwszy od wielu lat obcowałam z ludźmi, którzy nie mieli zielonego pojęcia o sporcie. Gdy wychodziłam na trening, patrzyli na mnie jak na wariatkę – mówiła portalowi bieganie.pl, niedługo po mistrzostwach.

Później wywalczyła najważniejszy medal – złoty. Na stadionie. W Amsterdamie zdecydowanie pokonała rywalki w biegu na 1500 metrów. Wydawało się, że mamy biegaczkę zdolną przez kilka kolejnych lat rywalizować z najlepszymi. I pewnie by tak było, gdyby tylko dopisało zdrowie.

Ile cię trzeba cenić…

Wcale nie Mickiewicz, a Kochanowski. Wcale nie o Litwie, a o zdrowiu. To właśnie o nim poeta spod lipy pisał, że „ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił”. Angelika Cichocka doskonale to wie. Rok po tym, jak zdobyła upragniony złoty medal, wystartowała na mistrzostwach świata w Londynie. Była w dobrej formie, do kolejnego krążka w kolekcji zabrakło niewiele. W tamtym sezonie wygrywała też mityngi Diamentowej Ligi (pierwszy raz zrobiła to w 2016 roku), zachwycając nas wynikami. Ale startowała i trenowała aż za dużo. Na zawodach w Berlinie nie wytrzymał mięsień łydki.

Skończyło się naderwaniem. Mały uraz, wymagał zakończenia sezonu, ale tak naprawdę niewiele to w jej sytuacji zmieniało – impreza docelowa i tak już była za nią. Jasne, szkoda było tych kilku mityngów, na których mogła powalczyć, ale z drugiej strony zyskała nieco czasu na odpoczynek. Sęk w tym, że o ile ten uraz odpuścił, o tyle przypałętały się kolejne. Choćby kolano, które dokuczało jej przez cały rok 2018. Doszło do tego, że uzależniała od niego treningi. Jeśli bolało za bardzo – nie biegała. Jeśli tylko trochę – próbowała.

Mimo tego pobiegła na mistrzostwach Europy, jakoś udało jej się przygotować na tę imprezę. Miała startować tylko na 800 metrów, ale gdy tam skończyło się rozczarowaniem, wystartowała też na 1500, podejmując decyzję na gorąco. Zaliczyła finał, w nim już jednak cieniowała – dobiegła na końcu stawki, choć w takiej sytuacji i tak należało to uznać za sukces. Gdy z nią rozmawialiśmy, tamten bieg intrygował nas bardzo. A raczej to czy – z perspektywy czasu – ten dodatkowy start wydaje jej się rozsądnym posunięciem?

– Oczywiście, że nie. To była totalna głupota. (śmiech) Powinnam pojechać do domu, zacząć się leczyć. W sportowcu jest jednak taka wola walki, że trzeba spróbować. Nie myślałam wtedy o tym, że może się nie udać, coś będzie nie tak. Cały czas miałam w głowie myśl, że będzie dobrze, nastąpi jakieś przełamanie, ból odpuści i sobie poradzę. Oczywiście, z perspektywy czasu to było nierozsądne, ale wtedy wydawało mi się, że robię dobrze. Więc nie mam do siebie pretensji, bo pamiętam to przekonanie, poczucie, że będzie okej. Jednak natury się nie oszuka – całe ciało się totalnie zblokowało. To już nie była kwestia samego bólu, byłam też niesamowicie usztywniona, jak nie ja. Teraz widzę, że to organizm walczył, żeby nie skończyć tego biegu, zejść. Wszystko mnie bolało – mówi nam Cichocka.

Od tamtego czasu newsy z nią związane dzielą się głównie na dwa rodzaje. Jedne mówią o tym, że niebawem wróci, drugie, że jeszcze trzeba będzie poczekać. To nie może dziwić, skoro największy problem Angeliki ze zdrowiem polega na tym, że właściwie… nie do końca wie, co jej dolega. I to mimo tego, że jeździ i konsultuje swój przypadek z wieloma lekarzami.

– Tyle rzeczy nawarstwiło się przez lata kariery sportowej… Każda kontuzja zostawiła ślad – na przykład w zeszłym sezonie biegałam z bólem lewego kolana, więc teraz cała prawa strona jest totalnie zajechana. Przez to na ten moment nie ma diagnozy. Mniej więcej wiemy, co się dzieje, ale nie możemy tego powiedzieć na sto procent. Co chwila wychodzi coś nowego. Sport to ciężki kawałek chleba, kosztował mnie dużo zdrowia. W tych udanych sezonach – 2015, 2016, 2017 –  nie oszczędzałam się, zawsze dawałam z siebie sto procent, bo taka jestem. To mnie sporo kosztowało – mówi. I dodaje, analizując całą swą karierę: – Patrząc z perspektywy czasu na te wszystkie lata w sporcie, zastanawiam się, czy miałam jakikolwiek sezon, w którym nie męczyłam się czy to z kontuzją, czy innymi rzeczami – przed igrzyskami w Rio miałam na przykład zapalenie mięśnia sercowego. Tak naprawdę moja kariera stała wtedy pod znakiem zapytania, bo mogłam tego nawet nie przeżyć. Więc ktoś powie „wow! Masz szczęście”. I to prawda, bo mam potencjał, mogę go wykorzystywać, ale chciałabym też trochę tego szczęścia w kwestii zdrowia, żeby w stu procentach być gotową na każdy sezon. A ten obecny jest taki, że trener musi wymyślać, kombinować i dostosować trening do bieżącej dyspozycji.

Coraz częściej powtarza, że stadionu naprawdę zaczyna jej brakować. W przeszłości zdarzało się, że miała go dość, ale w obecnej sytuacji – kiedy nie może startować – chciałaby móc dać sobie wycisk na treningach i stanąć do rywalizacji. Zamiast tego musi jednak skupić się na rehabilitacji. Trenuje tak, by wzmocnić organizm, biega tylko troszkę. To wszystko ma ją przygotować do powrotu. Kiedykolwiek on by nie nastąpił. Na upływający czas nie zwraca uwagi. Po prostu wierzy, że wróci i jeszcze będzie w stanie rywalizować na najwyższym poziomie.

– Czasu się nie oszuka, ale nie skupiam się na tym. Oczywiście, ten rok nie toczył się dla mnie najlepiej, teraz staram się wyjść z tej kontuzji… Każdy może czasem sobie pomyśleć, że czas ucieka jak szalony, czy że kariera jest krótka. Ja staram się skupić na tym, żeby nie leżeć na kanapie, nie gapić się w sufit i myśleć o tym, jak mi źle, ale działać. Złe chwile? Zdarzają się. Choćby na początku kwietnia tego roku. Pojechaliśmy wtedy do Kenii, wydawało mi się, że już się pozbierałam, leczenie dawało efekty, wyglądało, że będzie dobrze. Próbowałam wrócić, ale jeszcze coś nie grało. To był taki czas, że pomyślałam sobie: „kurczę, tyle się starałam, poleciałam do Kenii, nastawiłam się, że musi być dobrze…”. To jest jednak żywy organizm, nie da się niczego przewidzieć, leczenie nie daje stu procent pewności. Było mi ciężko, wpadłam w lekki dół, ale szybko się ogarnęłam. I wróciłam do leczenia.

Radość z życia

Co można robić, gdy się nie startuje i leczy urazy? Oczywiście poza treningami. I rehabilitacją. I jazdą do lekarzy na konsultacje. I tysiącem innych, podobnych rzeczy. Gdy już się to odbębni, można poświęcić pozostały czas choćby na… służbę wojskową. Bo, jak już wspomniano, Angelika Cichocka jest wojskową. Służy w marynarce, jest przecież rodowitą kaszubianką, ma też licencje żeglarskie, ale akurat w mundurze pozostaje raczej przykuta do lądu.

– Czy pojawiam się w jednostce? Tak, oczywiście. Jestem cały czas w trasie, więc czas w domu spędzam najczęściej wieczorami. Jeżdżę do Poznania, Trójmiasta, Warszawy… W wojsku też nie mogę być przez to każdego dnia. Na szczęście Komenda Portu Wojennego w Gdyni daje mi taką możliwość, abym się mogła swobodnie leczyć i poruszać. Są wyrozumiali wobec nas, sportowców. Potem my robimy dla wojska i kraju, co umiemy najlepiej na zawodach – mówi nam Angelika.

Jeśli akurat zostanie jej trochę czasu na przyjemności, to… cieszy się życiem. Tak to ujęła i to chyba najlepiej oddaje jej stan ducha. Jest szczęśliwa, bo może pochodzić po okolicznych łąkach z ukochanym psem. Szczęśliwa, bo spędza czas w domu. Szczęśliwa, bo ma chwilę oddechu. I choć z przyczyn, które szczęścia jej nie przynoszą, to skutki już potrafią to zrobić.

– Po prostu sobie żyję, cieszę się życiem. Dużo czasu spędzam w domu, co przez wiele ostatnich lat się nie zdarzało. Naprawdę! Bo ktoś może sobie pomyśleć, że co ja w ogóle gadam i jestem oderwana od rzeczywistości, ale faktycznie tak jest. Tak dawno nie było mnie w Polsce i tak dawno nie spędzałam tu lata, że się tym cieszę. […] Dużo też czytam. Ten czas nie jest stracony, to na pewno.

– Co ostatnio czytałaś?

– Akurat teraz historię Mariny Abramović. To artystka, performerka. Opowiada o tym, jak przeszła Wielki Mur. Jest prekursorką, ma fajną historię do przekazania. Polecam wszystkim, bo jest tego w książce więcej. Musiała też pokonywać ból. Weźmy choćby jeden z jej performance’ów – „Artystka obecna” – w czasie którego przez osiem godzin dziennie siedziała na krześle bez ruchu i wpatrywała się w ludzi. Musiała przygotować do tego organizm. Ale mogła to zrobić i to w wieku 60 lat. To pokazuje, że ludzie mają w sobie ogromną siłę. Trzeba to wytrenować, zbudować. Ja przez wiele lat musiałam budować w sobie coś takiego i nadal to robię. Książka jest rewelacyjna, polecam każdemu. Nawet, jeśli ktoś nie interesuje się sztuką – a ja niespecjalnie jestem nią zainteresowana – to powinna się spodobać. Bo to nie tylko dla pasjonatów, ale i dla ludzi, którzy chcą się wzmocnić, zobaczyć, że można. To też taka motywująca książka, można z niej sporo fajnego wziąć. Do tego napisana bardzo fajnym językiem, z humorem.

Poza czytaniem ogląda też mityngi. Choć nie wszystkie. Robi to, gdy akurat jej się zachce. A z tym różnie bywa, bo gdy widzi biegające koleżanki i rywalki, często jest jej po prostu przykro, że akurat jej tam zabrakło. Choć, oczywiście, trzyma kciuki za naszych. Szczególnie za Joannę Jóźwik, przyjaciółkę, biegającą na tych samych dystansach, która – w podobnym czasie – również zmagała się ze zdrowiem. Ona już wróciła na bieżnię (i, zdaniem Cichockiej, będzie bardzo mocna na igrzyskach), teraz czas na Angelikę. Tak, by przeżywać wielkie emocje mogła nie sprzed telewizora, a na tartanie.

Powrót bez daty

Trudno jednak dociec, kiedy to się stanie. Organizm wciąż daje się we znaki, różnie bywa z bólem i urazami. Raz jest lepiej, raz gorzej, nie da się jednak przewidzieć, kiedy wypadnie ten pierwszy, a kiedy ten drugi czas. Cichocka już kilkukrotnie informowała, że w danym terminie powinna wrócić. Ostatnio – na mityng w Sopocie, blisko rodzinnych okolic. Potem musiała jednak napisać do fanów, że będzie tam, owszem, i chętnie się z nimi spotka, ale nie wystartuje. Teraz nie chce już niczego obiecywać.

– Nie „ciśnieniuję” się startowo. Po prostu chcę wyjść na prostą ze zdrowiem. Bo wcześniej w mojej głowie powstawało tak duże ciśnienie na starty, presja i tak dalej… A nie da się startować, gdy coś nie gra. Ja już to sprawdzałam, wydawało mi się, że mogę to pokonać, mogę biegać z bólem, ale na start trzeba być po prostu gotowym w stu procentach. Nawet jeśli coś nie gra tylko w kilku, to bieg nie wyjdzie. Na tym poziomie wszystko musi być idealne: pogoda, samopoczucie, zdrowie.

– Czyli powrotu w tym sezonie nie będzie?

– Teraz zupełnie zmieniłam swoje postrzeganie na sport i przygotowania. Rehabilitacja, różne badania – na to poświęcam energię. Skupiam się na zdrowiu, ono jest najważniejsze. Chcę żeby było lepiej, chcę wrócić, ale nie mam pojęcia, kiedy to się stanie. Bo nie wiem, czy za miesiąc już wszystko będzie okej. To jest tak nieprzewidywalne, że nie da się tego określić. Nie chcę też oszukiwać ludzi, że „tak, wystartuję tego i tego dnia” Zawsze staram się być szczera w wyrażaniu siebie, więc nie będę nikogo oszukiwać i nie zaryzykuję podania daty.  Czy uda się w tym sezonie? Jeśli tak, to będzie super i będę najszczęśliwsza z tego powodu. Myślę jednak o igrzyskach, to mój cel. Wiem, że wciąż mam w sobie potencjał – to pokazały poprzednie sezony. Gdybym czuła, że już wszystko zrobiłam, to dałabym sobie spokój, zajęłabym się czymś innym. Ale cały czas mam poczucie, że mogę zrobić coś dobrego dla siebie i sportu. Jestem niespełniona, wydaje mi się, że najlepsze przede mną. Dlatego walczę o powrót.

– Na igrzyskach w takim razie powalczysz o medale, czy sam start będzie nagrodą?

– Oczywiście, że chcę powalczyć. Każdy start jest pewnego rodzaju sprawdzianem dla siebie. Trzeba dać z siebie wszystko, nawet jeśli dyspozycja nie jest do końca super, to i tak wyciąga się maksa. Chciałabym być w jak najlepszej formie na igrzyska. Na ile to wystarczy? Jeżeli będzie forma jak w 2017 roku, przed kontuzją, mogłabym powalczyć o medal – wtedy byłam przecież bardzo blisko takiego na mistrzostwach świata. To nie jest nic niemożliwego. Jak jednak mówię – w tech chwili cenię sobie zdrowie. Chciałabym być po prostu w dobrej formie, może wystartować już na hali, żeby poczuć rywalizację. Plany są, zobaczymy. A najważniejsze to właśnie mieć plan. (śmiech)

Skoro o planach, to warto dodać, że opcjonalnie znaleźć może się w nim jeszcze jedna impreza, o której tu nie wspomniano. To wojskowe igrzyska, odbywające się już po mistrzostwach świata. Mocno obsadzone, konkurencyjne, ale mniej medialne. I dające spore pole do przemyśleń i ustalenia przygotowań do przyszłego sezonu. Więc jeśli nie w Katarze… to może uda się w tym roku właśnie tam?

Niezależnie od tego, kiedy Angelika Cichocka wróci na bieżnię – a w to, że wróci, wierzymy – najważniejsze jest to, by była na to gotowa i mogła dać z siebie sto procent. Sama doskonale o tym wie. Bo już na początku naszej rozmowy powiedziała:

„Chcę być zdrowa w przyszłym sezonie. To moje zadanie”.

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez