Andrejczyk pokazała moc! Lewandowski upadł, ale pobiegnie w półfinale

Andrejczyk pokazała moc! Lewandowski upadł, ale pobiegnie w półfinale

W dzisiejszej porannej sesji lekkoatletycznych zmagań przeżyliśmy chwilę grozy – Marcin Lewandowski upadł na bieżnię w eliminacjach biegu na 1500 metrów i dotarł do mety daleko za rywalami. Okazało się jednak, że i truchtem, bo tak finiszował, da się wejść do półfinału – po proteście polskiej ekipy Lewy został przywrócony do rywalizacji. Obawiać nie trzeba się było za to ani przez moment o Marię Andrejczyk, która już pierwszym rzutem zapewniła sobie awans do finału, oraz o Natalię Kaczmarek, która spokojnie przeszła przez eliminacje biegu na 400 metrów. 

Lewy upada po raz pierwszy (i oby ostatni)

Jeszcze zanim na bieżnię wyszedł Marcin Lewandowski, pojawił się tam Michał Rozmys. On wszedł do półfinału, zajmując w swoim biegu szóste miejsce, choć siódmego na mecie Josha Kerra pokonał ledwie o jedną setną sekundy. Potraktowaliśmy to jako dobry znak, bo przecież skoro Michał awansował dalej, to Marcin tym bardziej powinien. Okazało się jednak, że nerwów będzie znacznie więcej. Bo biegi na średnich (i długich zresztą też) dystansach, mają to do siebie, że biegnie się grupą. Jest ciasno, zdarzają się przepychanki, ktoś może upaść, ktoś inny się potknąć albo zostać szarpniętym. Zresztą po upadku nie z jego winy w półfinale, do finału biegu na 800 metrów wszedł na przykład Nijel Amos z Botswany.

Lewandowski po swoim starcie musiał liczyć na podobny scenariusz. Polak biegł naprawdę dobrze, mądrze, oszczędzał siły. Na ostatnim okrążeniu zaczął przedzierać się do przodu, trwała walka o lepszą pozycję do ataku. I wtedy pociągnięto go za koszulkę, a potem lekko odepchnięto, co spowodowało jego upadek. Pierwotnie wydawało się, że Polak po prostu sam się potknął, na szczęście Polacy w złożonym proteście zdołali udowodnić, że duża w tym upadku była zasługa rywali. Sędziowie zdecydowali więc o awansie Marcina do kolejnej fazy rywalizacji. Nie ukrywajmy, że mógł tu pomóc jeden fakt – Lewy w świecie biegów to już uznana marka.

W teorii możemy więc być z ostatecznego rezultatu rywalizacji zadowoleni. W praktyce on sam nie jest. Wiadomo, że Polak sam często jest dla siebie największym krytykiem. I w tym przypadku nie było inaczej. – Ja swojego planu nie zrealizowałem, ja miałem z pewnej pozycji zakwalifikować się do półfinału. Nie będę skakał z radości. Cieszę się oczywiście, że dostałem tę szansę. Pojutrze nowe rozdanie kart – mówił Polak.

Dziewczyny bez problemów 

Maria Andrejczyk w tym sezonie rzucała najdalej – co, przez nowe zasady rozgrywania konkurencji technicznych w Diamentowej Lidze, nie znaczy, że wygrywała – w każdy zawodach, w których brała udział. Najbardziej zachwyciła oczywiście w Splicie, osiągając 71.40 m. Po tamtym mityngu – zresztą jej pierwszym w sezonie – pojawił się jednak problem. U Marii zaszwankowało zdrowie, na półtora miesiąca wycofała się ze startów. Jedynie to tak naprawdę sprawiało, że hamowaliśmy nasze oczekiwania i nadzieje. Dziś Polka potwierdziła, że z formą wszystko u niej w porządku.

Już w swojej pierwszej próbie rzuciła 65.24 m, z wielkim zapasem przekraczając minimum kwalifikacyjne do finału. Tak jak Wojciech Nowicki czy Anita Włodarczyk, tak i ona mogła szybko wrócić do wioski olimpijskiej. To zresztą szczególnie ważne, bo jej bark cały czas nie jest w idealnym stanie, a każdy rzut naraża go na odnowienie się urazu. Dlatego ważne było, by sprawę zamknąć w pierwszej serii. – Bardzo się cieszę, że się stresowałam – wypłukanie z emocji też nie jest dobre, wtedy organizm nie jest w stanie dostatecznie się zmobilizować. Cieszę się, że wykonałam plan za pierwszym rzutem, o to chodziło – mówiła zadowolona Polka.

PKN ORLEN WSPIERA POLSKI KOMITET OLIMPIJSKI

Dodajmy, że w Tokio poznamy nową mistrzynię olimpijską w rzucie oszczepem. Dwie ostatnie – Sara Kolak i Barbora Špotáková, rekordzistka świata – nie przebrnęły kwalifikacji. Nie mamy nic przeciwko temu, by kolejnej odegrano na podium “Mazurka Dąbrowskiego”.

Że Andrejczyk powalczy o medal – to oczywiste. Znacznie mniej wiemy o tym, na co stać Natalię Kaczmarek. Patrząc w przeszłość – wynik w okolicach jej życiówki może dać awans do finału na 400 metrów. W nim już jednak o medal byłoby piekielnie trudno, a Polka musiałaby pobić personal best w takim stylu, w jakim Karsten Warholm rozprawił się z rekordem świata. Na razie zrealizowała plan minimum i spokojnie awansowała do półfinału, w dodatku widocznie oszczędzając siły. Mówiła przy tym, że nie ma tak naprawdę założonego żadnego celu – chce po prostu pobiec jak najlepiej, jeśli się uda, poprawiając rekord życiowy. A co to da, to się okaże. Swoje złoto olimpijskie – ze sztafety mieszanej – już przecież ma. A przed nią też start w sztafecie 4×400 kobiet.

Malaika skakała najdalej

Spore emocje przeżywaliśmy w skoku w dal, gdzie najlepsze trzy zawodniczki zmieściły się na przestrzeni trzech(!) centymetrów. Jako jedyna siedem metrów osiągnęła jednak Malaika Mihambo i to jej przypadł złoty medal. Nie miała go jednak do ostatniego skoku. To w nim osiągnęła “siódemkę”, wyprzedzając tym samym Brittney Reese z USA i Nigeryjkę Ese Brume, które skoczyły po 6.97 m. Stawka była zresztą niesamowicie równa – najgorsza Chantel Malone skoczyła tylko pół metra bliżej od zwyciężczyni, a ósma (ostatnia w wąskim finale) Jazmin Sawyers osiągnęła 6.80 m.

W takim gronie trzeba było pokusić się o naprawdę świetny skok. Ten Mihambo taki był. W dodatku oddała go w najważniejszym momencie. I zdobyła dzięki niemu zasłużone złoto.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez