Amerykańska siatkówka i walka o tlen

Amerykańska siatkówka i walka o tlen

Triumfy na wszelkich światowych arenach, w tym trzy mistrzostwa olimpijskie. Amerykanie przez lata udowadniali, że potrafią odbijać piłkę. Mogą pochwalić się zresztą nie tylko sukcesami zespołowymi, ale posiadaniem być może najlepszego siatkarza w historii. Kolorowo jest jednak tylko, gdy mówimy o reprezentacji. Rozgrywki klubowe? Kiedyś w Stanach Zjednoczonych ich nie było. Teraz niby istnieją, ale co to za życie…

– Przez całą swoją karierę słyszałem jedno pytanie: kiedy zaczniecie mieć w Stanach profesjonalną ligę siatkówki? Albo: czemu nie ma u was ligi? – pisał na swoim Instagramie w 2017 roku Russell Holmes, były zawodnik Jastrzębskiego Węgla i Asseco Resovii Rzeszów. – Zawsze po takich rozmowach czułem się zawstydzony i niepewny, aż w końcu sam sobie zadawałem pytanie: dlaczego tak właśnie jest? Na szczęście nie musimy się już dłużej wstydzić…

Amerykański środkowy zapowiadał w ten sposób start nowego projektu, największego w historii amerykańskiej siatkówki – National Volleyball Association. Kojarzycie te słowa, nazwa jest niewątpliwie podobna do NBA (National Basketball Association) czy też NFL (National Football League). Wszystko by pokazać, że mamy do czynienia z poważnym graczem, który chce zadomowić się na rynku. I że to nie jest żadna nieśmiała próba, tylko faktyczny początek lepszych czasów dla tego sportu w Stanach Zjednoczonych.

Zaangażowanie Holmesa w promocję NVA nie było przypadkowe. Tak się składa, że siatkarz jest właścicielem Utah Stingers, jednej z ekip grających w lidze. Lidze, która, choć może wydawać się wam prekursorem, takowym wcale nie jest. Amerykanie próbowali stworzyć zawodowe rozgrywki już lata temu. Próby były generalnie trzy. Wszystkie nieudane, wszystkie rozbiły się o to samo. A jeśli nie wiesz, o co chodzi, to…

Człowieku, tutaj kasa musi się zgadzać

Tak się utarło, że popularne dyscypliny zespołowe, które brylują popularnością na Starym Kontynencie, w Stanach najlepiej czują się w kobiecych rękach. Przede wszystkim mówimy o piłce nożnej– bo Amerykanki to mistrzynie świata, zarówno z 2015 roku, jak i 2019 roku. Ale też, niespodzianka, o siatkówce, bo to w końcu tekst o tejże dyscyplinie.

Statystyki mówią, że to, obok gimnastyki, najbardziej damski sport w Stanach Zjednoczonych. Aż 334 organizacji zrzeszonych w lidze akademickiej NCAA (w samej pierwszej dywizji) ma swoją kobiecą sekcję siatkówki (do tego wszystkie uczelnie oferują optymalne stypendia, gwarantujące utrzymanie siatkarkom). W przypadku mężczyzn zespołów jest 239, ale rozłożonych na wszystkie dywizje. Gorzej wygląda to też pod względem stypendiów – tylko około połowy siatkarzy otrzymuje pełną finansową pomoc.

Działa tu prosta zasada: męski tort jest spory, ale dzieli się nim kilka dyscyplin. Koszykówka czy futbol amerykański się nie patyczkują, nakładając duże porcje. Łokciami rozpycha się również bejsbol, kradnąc dla siebie porządny kawałek. Szybki ruch ręki pozwala posilić się również hokejowi, piłce nożnej, pływaniu, lekkiej atletyce, czy lacrosse. A siatkówka? Dla niej zostają same okruszki.

Okruszki, które w przypadku kobiet zamieniają się w, powiedzmy, 1/4 ciasta. Tak było już w latach osiemdziesiątych, kiedy to ruszyła inicjatywa, aby utworzyć w Stanach Zjednoczonych profesjonalną ligę zawodową, właśnie kobiecą. Major Volleyball League weszło w życie w 1987 roku. Skala? Niewielka. Sześć drużyn, każda złożona z dziewięciu zawodniczek. Nie byle jakich, bo kontrakty podpisano z olimpijkami oraz odnoszącymi sukcesy zawodniczkami z ligi akademickiej. Komisarz Steve Arnold podał do wiadomości publicznej również informację o wysokości umów. Na każdej widniała ta sama kwota – 5,5 tysięcy dolarów… rocznie, co delikatnie rzecz biorąc furory nie robiło.

Przyjęto również istotne założenie. Zawodniczki, które grały w MVL, wciąż mogły pomagać reprezentacji – nie traciły bowiem statusu “amatorek” (co miałoby miejsce, gdyby podpisały kontrakt za granicą, choćby na przykładzie Julie Vollertsen, która wyjechała do Włoch). Udało się również poniekąd chwycić pana Boga za nogi, czyli rozpocząć współpracę z ESPN. Największa amerykańska stacja telewizyjna miała transmitować (nie na żywo) dziesięć meczów sezonu regularnego, a do tego jedno spotkanie z play-offów oraz finał. Jakby nie patrzeć – solidny start.

Niestety Major Volleyball League przetrwało tylko niecałe trzy sezony. W 1989 roku władze były zmuszone ogłosić bankructwo. Prosty powód – rozgrywki kompletnie na siebie nie zarabiały. Niewiele pomogły niezłe liczby, jeśli chodzi o kibiców pojawiających się na trybunach – od 300 do 3000 osób w pierwszym sezonie.

Na kolejną próbę zbierano się kilkanaście lat. Dopiero w 2002 roku wystartowała United States Professional Volleyball League (USPV). Ten projekt jednak wygasł jeszcze szybciej, bo po niecałym roku. Trochę dłużej wytrzymała założona dziesięć lat później Premier Volleyball League. Chyba nie musimy tłumaczyć, dlaczego się im nie powiodło…

Siatkarz renesansu i złote lata osiemdziesiąte

Możecie się zastanawiać: jeśli siatkówkę w Stanach Zjednoczonych uprawia tyle młodych dziewczyn, to jakim cudem nie udało się tej ligi zawodowej stworzyć i utrzymać? Cóż, tu warto podkreślić, że choćby słynne WNBA powstało dopiero pod koniec XX wieku. I wcale nie góruje w czołówkach amerykańskich rankingów oglądalności (choć jest z tym coraz lepiej). Problem dotyczy po prostu całego kobiecego sportu, nie tylko siatkówki.

Przejdźmy jednak do męskiej odmiany tego sportu. Bo tu spotykamy się z niezwykle interesującym zjawiskiem. Amerykanie mogą bowiem pochwalić się jedną z najbardziej utytułowanych reprezentacji w historii. Trzy złote medale olimpijskie, mistrzostwo świata, dwa pierwsze miejsca w Lidze Światowej oraz Pucharze Świata. Mało jest krajów, które mogą się z nimi równać.

Na wielką scenę Jankesi przebili się w latach osiemdziesiątych, w dużej mierze za sprawą szkoleniowca Douga Beala, który stery nad kadrą przejął w 1977 roku. Tak wspomina go Karch Kiraly, według wielu, najlepszy siatkarz w historii: – Zaczął analizować, jak w konkretnych elementach prezentują się czołowe reprezentacje świata. Kto był wtedy najlepszy w bloku? Na pewno ZSRR. Kto najlepiej bronił? Proste, Japończycy. Zdarzały się treningi, które poświęcaliśmy tylko na ten element. Kto miał w tamtych czasach najwięcej kreatywności w ataku? Brazylia, ewentualnie Polska. Trener Beal obserwował te drużyny, wyciągał z nich to, co najlepsze i próbował nas tego nauczyć – mówił w Przeglądzie Sportowym.

Kiraly to zresztą osobna historia. Syn imigranta z Węgier, który przyszedł na świat na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Za sprawą ojca zaangażował się w siatkówkę. Miał to szczęście, że wychował się na zachodnim wybrzeżu, bo właśnie w Kalifornii męska siatkówka od zawsze trzymała się najlepiej. Najpierw odbijał piłkę na plażach Santa Barbara, potem trafił na uczelnię UCLA, z którą triumfował na akademickich parkietach. Postanowił, że takiego talentu zmarnować nie wypada i pozostał przy tej dyscyplinie, mimo że kusił go także zawód lekarza.

Decyzja okazała się trafna. W 1984 był członkiem reprezentacji, która prowadzona przez Beala sięgnęła po pierwsze w historii Stanów mistrzostwo olimpijskie. Co prawda, to taki triumf z gwiazdką, bo w końcu w rywalizacji nie wzięły udziału ZSRR, Polska oraz Kuba. Ale na kartach historii złoto zawsze będzie złotem. Tak Kiraly odpowiadał na łamach “PS”na zarzuty o słabszej obsadzie turnieju: – Potrafię zrozumieć ludzi, którzy tak mówią, ale przed igrzyskami graliśmy z Polakami, Rosjanami i Kubańczykami, sporo tych spotkań wygrywając. Oni nie dominowali nad nami. Myślę, że byliśmy na podobnym poziomie.

Dużo w tym pewnie prawdy, bo Amerykanie po najcenniejsze laury sięgnęli również cztery lata później. Na kolejne złoto musieli poczekać aż do Pekinu 2008, choć Kiraly swój trzeci krążek tego koloru dołożył już jako zawodnik plażówki, podczas imprezy w Atlancie. W tej odmianie siatkówki czuł się równie komfortowo. Nosił kultową różową czapkę z daszkiem, specjalizował się w przyjęciu, grając u boku bardziej agresywnego w ataku partnera i tak to szło, aż do 2006 roku, kiedy skończył karierę. Miał… 46 lat.

Legenda, geniusz, Michael Jordan tego sportu. To gość, o którym mówi się tylko w samych superlatywach. I teraz zagadka – ile sezonów w profesjonalnej lidze siatkarskiej rozegrał? Dwa. Od 1990 do 1992 był zawodnikiem włoskiego Il Messaggero Ravenna. Powstania sprawnych amerykańskich rozgrywek nie doczekał. Podobnie zresztą jak Bob Ctvrtlik, Clayton Stanley, William Priddy i wielu innych znakomitych graczy.

Z dnia na dzień

Igrzyska olimpijskie w Pekinie 2008. Amerykańska kadra pokonuje w finale faworyzowaną Brazylię 3:1. Przed imprezą niewielu zakładało taki scenariusz. Pokolenie Giby, Dante, czy braci Endres nie było bowiem przyzwyczajone do porażek. Do imprezy przystępowali nie tylko, jako obrońcy tytułu oraz aktualni mistrzowie świata, ale i triumfatorzy Ligi Światowej w latach 2003-2007. Prawdziwi giganci.

Dopiero w olimpijskim roku objawił się zespół, który był w stanie im sprostać. Niesamowitych Amerykanów podziwiano pewnie w wielu zakątkach Europy oraz Ameryki Południowej, ale w ojczyźnie ich sukces odbił się stosunkowo niewielkim echem. Dlaczego? Otóż telewizja NBC pokazywała mecz finałowy turnieju olimpijskiego z odtworzenia w godzinach 00:00 – 3:00 (zależnie od stref czasowych). Mecz rozpoczął się co prawda o 12:00 czasu lokalnego, więc mieszkańcy Nowego Jorku i tak mogliby oglądać go o północy, ale przyznajcie, że w tym przypadku dwie godziny opóźnienia “”robią robotę”… Europejczycy przyzwyczaili się do poświęcania snu, aby oglądać NBA, ale mało który Amerykanin zdecyduje się na zarwanie nocki dla niszowej dyscypliny.

Taka jest rzeczywistość. Niska popularność siatkówki w Stanach Zjednoczonych ma też kilka mniej oczywistych przyczyn. Mówi się między innymi o tym, że brak zegara i określonej długości meczów wpływa na jej odbiór,  telewizje mają problem z ułożeniem ramówki. Natomiast sukcesy reprezentacyjne? Amerykanie i tak patrzą głównie na własne podwórko, krajowe ligi, jak MLB, NFL, NBA. Nawet złote medale igrzysk nie zmieniają powszechnego poglądu, że to sport młodzieżowy, w który kończy się grać po skończeniu studiów.

National Volleyball Association jest kolejnym projektem mającym na celu zmienienie tego odbioru. Liga wystartowała w 2017 roku. Obecnie angażuje osiem klubów rozbitych po całych Stanach – trzech z Kalifornii, jednego z Las Vegas, reszta leży na wschodzie kraju: LA Blaze, Ontario Matadors, Northeast Force, Chicago Ramblers, Southern Exposure, Utah Stingers, Stunners Volleyball, Team Freedom.

Wszystkie mecze są rozgrywane w tej samej lokalizacji – Kalifornii. O tym zadecydowały względy logistyczne – podróżowanie z miasta do miasta, jak ma to miejsce w przypadku wielkich graczy, byłoby zbyt kosztowne. Drużyny pojawiają się więc podczas wybranych weekendów na zachodnim wybrzeżu i biorą udział w kilku spotkaniach.

Kim są zawodnicy grający w NVA? Mówimy głównie o młodych siatkarzach, świeżo po wyjściu z uczelni, choć oczywiście największe talenty zgarnia Europa. Nic w tym dziwnego, bo liga nie oferuje pensji, które pozwałyby na utrzymanie. Siatkarze są zmuszeni dorabiać w inny sposób, choćby prowadząc biznes albo chodząc do zwyczajnej dziennej pracy. Potem ściągają garnitur, koszulę oraz przyciasne buty i wieczorem zjawiają się na hali.

Powody do optymizmu? Przede wszystkim, siatkówka jest najszybciej rozwijającą się dyscypliną w całym kraju. Na tego typu statystyki trzeba jednak patrzeć z przymrużeniem oka, bo najdynamiczniejszy postęp zazwyczaj robią dyscypliny startujące z niskiego pułapu, a nie te, które zawsze stały wysoko.

Już w kwietniu 2018 roku rozeszły się zresztą plotki o bankructwie NVA. Prowadzący podcast “The Net Live” oznajmił wtedy, że z dobrego źródła trafił na informacje o niewypłacalności klubów i zaległościach, co do zawodników, członków sztabu szkoleniowego, jak i właścicieli wynajmowanych obiektów. Liga zaprzeczyła pogłoskom o bankructwie, ale nie problemach finansowych. Tak brzmiał komunikat wystosowany przez ich oficjalnego Facebooka: – Mimo wrażliwości jej struktur NVA kontynuuje starania w utrzymaniu profesjonalnej ligi w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy zmuszeni anulować kilka kolejek sezonu, aby poprawić finanse organizacji, ale dołożymy wszelkich starań, aby dokończyć rozgrywki.

Kryzys udało się przetrwać. National Volleyball Association wciąż się trzyma i obecnie pauzuje z powodu pandemii koronawirusa. Zawieszone są również zmagania Volleyball League of America, drugiej z zawodowych lig, która powstała w… ubiegłym roku, choć NVA znajduje się na znacznie bardziej zaawansowanych stadium. Jednak w gruncie rzeczy, jakby się kogoś zapytać, choćby polskiego kibica, to pewnie wciąż powiedziałby to samo. Profesjonalna liga siatkówki w Stanach? Co ty, niczego takiego nie ma…

KACPER MARCINIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez