Alex Zanardi. Mistrzostwo z nogami, mistrzostwo bez nóg

Alex Zanardi. Mistrzostwo z nogami, mistrzostwo bez nóg

W Formule 1 nigdy nie zrobił kariery, ale pokochali go Amerykanie, gdy jeździł w ich kraju. Chętnie przyjmowały go kolejne serie wyścigowe, bo talent miał wielki. W 2001 roku wszystko to powinno się jednak skończyć. Alex Zanardi w wypadku stracił obie nogi. Nie poddał się. Wrócił. Znów wsiadł za kierownicę, nadal jeździł a nawet wygrywał. Już wcześniej był ulubieńcem fanów, teraz stał się żywą legendą.

Potem przesiadł się na rower, napędzany ręcznie. Pojechał na igrzyska paraolimpijskie do Londynu i do Rio. Zgarniał medale. Aż 19 czerwca tego roku wszystko na powrót zamarło. Znów miał wypadek. Poważny. Do dziś jest w śpiączce, lekarze ostrzegają, że jeśli się wybudzi, może stracić wzrok. Ale nie z takich opresji już wychodził, powtarzają ludzie, którzy go znają. I czekają z nadzieją.

*****

Zawody „Obiettivo Tricolor”. Sztafeta zmierzająca z północy na południe Włoch miała promować sport niepełnosprawnych. Zanardi był jednym z jej inicjatorów, łącznie uczestniczyło w niej pięćdziesiąt kilka osób. Sam Alex mówił, że ma w tym jeszcze jeden cel – pokazać za sprawą tej imprezy, że we Włoszech następuje powrót do normalności. Nikt nie mógł myśleć, że cała impreza zakończy się tragicznie.

Zanardi wpadł pod samochód. Precyzując – ciężarówkę. Świadkowie różnie to opisywali. Jedni mówili, że na zakręcie po prostu stracił kontrolę nad rowerem, przewrócił i uderzył w ciężarówkę. Inni, że zagapił się i nie zauważył, jak zjechał ze swojego pasa. Jeden świadek twierdził, że Alex używał telefonu komórkowego, nagrywając film i to wszystko przez to. Śledztwo, mające ustalić przyczyny wypadku z pewnością jeszcze potrwa.

Zanardi cudem przeżył. Doktor Giuseppe Olivieri, który operował Alexa, podkreślał, że to w dużej mierze zasługa lekarza działającego na miejscu. – Prawidłowo zaintubował go na środku drogi. Biorąc pod uwagę stan pacjenta, nie było to łatwe zadanie. To temu lekarzowi należy dziękować – mówił. Choć wypada też powiedzieć kilka ciepłych słów Olivieremu. Operacja Zanardiego trwała kilka godzin. Na stół Włoch trafił ze złamaniami kości czołowej i zmiażdżoną twarzą. Już teraz lekarze ostrzegają, że może z ich powodu stracić wzrok. Uspokajali za to w kwestii innych narządów – nie stwierdzili poważnych obrażeń klatki piersiowej i brzucha.

Jego stan jest krytyczny, ale stabilny. Powiedziałem jego żonie, że zdecydowanie warto podjąć leczenie. Teraz będziemy próbować ustabilizować jego stan zdrowia. Potrwa to przez kolejnych 10 dni. Jak będzie wyglądać prognoza dotycząca zdrowia Alea jutro czy za 10 dni? Nie wiem. Jeśli się nie obudzi, nie poznamy jego stanu neurologicznego. O ile w ogóle to zrobi – mówił Olivieri, nie ukrywając przed dziennikarzami niczego. Dodawał też, że poprawa stanu w tego typu przypadkach zabiera czas, a w każdej chwili istnieje ryzyko gwałtownego pogorszenia. Na razie jednak – a od jego wypadku minęło 10 dni – jego stan się ustabilizował.

Wczoraj lekarze uznali, że potrzebna jest druga operacja. Trwała ona 2,5 godziny. – Operacja, do której doszło, była zaplanowana przez zespół naszych lekarzy. Specjaliści oceniają i będą oceniać sytuację pacjenta każdego dnia. W porozumieniu z rodziną kolejne oświadczenie wydamy za dobę [czyli dziś wieczorem – przyp. red.] – mówił doktor Roberto Gusinu. Wcześniej rodzina prosiła lekarzy, by nie informować więcej o stanie zdrowia Alexa, ale zgodziła się na komunikat o operacji.

Zanardi wciąż znajduje się w śpiączce i oddycha za pośrednictwem respiratora.  Na razie lekarze nie wiedzą tak naprawdę, czy śpiączka wynika z podawanych leków, czy też z uszkodzeń neurologicznych. Wcześniej mówiło się, że w najbliższych dniach powinna nastąpić próba wybudzenia z niej Włocha, teraz wydaje się, że zostanie to odłożone w czasie. Słowa wsparcia do Zanardiego i jego rodziny kierowali w ostatnich dniach nawet papież Franciszek i premier Włoch. Jego sytuację obserwuje cały kraj i cały świat wyścigów.

Bo to nie pierwszy raz, gdy Alex walczy o życie. Poprzednim się podniósł, a fani liczą, że zrobi to ponownie. Choć by opowiedzieć tę historię, wypadałoby cofnąć się w przeszłość jeszcze odrobinę dalej. Do kilkunastoletniego chłopca, który śnił o wielkiej karierze.

Marzenie

Robił, co tylko trzeba było, żeby wygrać. W Cleveland wygrał, jadąc z ostatniego miejsca. W Long Beach zrobił to samo. Część naszych sponsorów opuściła tor, bo myśleli, że już po wyścigu, a on jechał i wygrał. Z ostatniego pierdolonego miejsca! ~ Chip Ganassi, szef teamu, w którym jeździł Alex

*****

– Ściganie się jest częścią mnie już od dziecka. Myślę, że z tą pasją trzeba się urodzić. Moja zaczęła się od motocykla, o którym nie powiedziałem rodzicom – nie zgodziliby się na niego, gdyż uważali, że jest niebezpieczny. Lecz gdy mój ojciec zrozumiał, że traktuję to poważnie, pomógł mi jeździć w gokartach, pomimo skromnego budżetu. W ciągu kolejnych lat następne serie przychodziły naturalnie dzięki wszystkim osiągnięciom na torze – wspominał Alex na łamach portalu ronalgroup.com.

Miał 13 lat, gdy rozpoczął faktyczne ściganie. Nie miał pieniędzy na kupno gokarta, więc zmontował jednego sam. Rodzice, jak sam wspomniał, pomagali, jak mogli, mimo że nie byli bogaczami – ojciec pracował jako hydraulik, matka szyła suknie. Jego pierwszy gokart powstał z resztek, choćby rur, które leżały dookoła domu ze względu na pracę ojca. Już wtedy marzył o tym, że kiedyś pojedzie z najlepszymi na świecie. Najpierw musiał tylko dowiedzieć się, jak sprawić, by działał… hamulec.

To w tamtym okresie jego rodzina przeżyła tragedię. Cristina, jego siostra, utalentowana pływaczka zginęła w wypadku samochodowym. Paradoks, przecież Alex chciał się ścigać. Rodzice mieli pełne prawo patrzyć na to ze strachem, ale ostatecznie postanowili wspierać syna. A ten coraz częściej demonstrował spory talent. Najpierw trafił do włoskiej Formuły 3. To było w 1988 roku, pojeździł tam dwa sezony. Potem przeniósł się do Formuły 3000, międzynarodowej serii. Wygrał tam pierwszy wyścig. Trzy w całym sezonie, był też na podium klasyfikacji generalnej.

Uwagę na niego zwrócili ludzie z Formuły 1. Dostał swoją szansę. Trafił do ekipy Jordana, zastępując Roberto Moreno, przejechał ostatnie trzy wyścigi sezonu, w dwóch był dziewiąty. W kolejnym sezonie był kierowcą testowym w Benettonie i przejechał kilka wyścigów jako rezerwowy kierowca w Minardi, a w jeszcze następnym roku podpisał kontrakt z Lotusem. Tam zdobył swój jedyny punkt w karierze. W Grand Prix Brazylii był szósty – tylko tylu zawodników wówczas punktowało. Gdyby zawody odbywały się na dzisiejszych zasadach, punkty przywoziłby w swej karierze jeszcze ośmiokrotnie. I być może zostałby w stawce kierowców na dłużej. Inna sprawa, że sezon 1993 skończył się dla niego szybciej niż powinien – na treningu w Belgii miał wypadek, doznał urazu nóg i pleców.

Wciąż się leczył, gdy zaczął się sezon 1994. Ominął kilka pierwszych Grand Prix, potem przejechał dwa i… zmieniono bolid. Musiał dopasowywać się do nowego samochodu. Udało się średnio – na osiem startów ukończył ledwie trzy. Punktów nie zdobył. Po przygodzie z Lotusem wylądował na bruku. W kolejnym roku jeździł więc w jednej z brytyjskich klas samochodów sportowych. Pod koniec 1995 roku myślał nawet, że to już koniec jego kariery. Uratowały go Stany Zjednoczone.

Zaprosił go tam Ganassi, któremu polecili Alexa ludzie z F1. Swoją drogą to właśnie wtedy Włoch zaczął tak skracać swoje imię – wcześniej posługiwał się jeszcze pełnym, Alessandro. Początkowo wbrew sobie, potem się przyzwyczaił. Podobnie było z samochodem – przez rok się z nim męczył. Wtedy jednak na stałe wylądował w ekipie Chipa Ganassiego i zaczął jeździć znakomicie. W drugim wyścigu zgarnął pole position, w generalce wylądował na trzecim miejscu, został „Debiutantem Roku”.

Szybko polubili go inni kierowcy i fani. Był otwarty, ciągle się uśmiechał i żartował. A do tego jeździł absolutnie genialnie. Do dziś wśród amerykańskich fanów pamiętane jest mu wyprzedzenie na ostatnim okrążeniu w Laguna Seca, gdy na szykanie zwanej „korkociągiem” objechał Bryana Hertę. Trudno to zresztą opisać, najlepiej zobaczyć, co możecie zrobić poniżej. Dodamy jedynie, że przez ten manewr… zmieniono przepisy. Tak by wyprzedzenie z tego typu wyjechaniem za tor nie było możliwe. Ale Zanardi wszystko robił jeszcze w ramach obowiązującego prawa.

Genialne zwycięstwo zanotował też w Long Beach w 1998 roku, gdy jako obrońca tytułu mistrzowskiego pokazał, czemu właściwie go zdobył. Zaczął z 11. miejsca, szybko stracił okrążenie do najlepszych, a potem zaczął odrabiać. Z 18. pozycji przeskakiwał coraz wyżej, mimo że jego radio nie działało dobrze i miał problemy z komunikacją z zespołem. Na pięć okrążeń przed końcem wykorzystał przewagę szybkości i przedarł się na drugie miejsce, zostawiając w tyle Dario Franchittego. A potem, gdy do mety zostały dwa kółka, wyprzedził prowadzącego… Bryana Hertę. Ten to miał do niego pecha, co?

W dzień, gdy wszystko szło źle, wróciliśmy z końca stawki i wygraliśmy. Nie potrafię tego wyjaśnić. Dopóki nie widziałem przed sobą Bryana, nie sądziłem, że mam jakąkolwiek szansę wygrać. To niesamowite. Brak mi słów, by to opisać – mówił. A fani szaleli. Jeszcze bardziej, gdy podjeżdżał pod trybunę i robił coś, co stało się jego znakiem rozpoznawczym, a potem zapoczątkowało całą tradycję – donuty. Czyli na nasze… bączki. Tak celebrował swoje wygrane. – Nie robiłem ich jako pierwszy, ale ja je spopularyzowałem, gdy jeździłem w Stanach. Inni kierowcy patrzyli i mówili: „Patrz, robi Zanardiego”. Jestem z tego dumny – wspominał.

Po dwóch mistrzostwach serii przyszedł czas na jeszcze jedną próbę podboju F1. Do swojego zespołu zaprosił go Sir Frank Williams. Tyle, że Williams – zresztą jak i dziś – był wówczas w dołku. Włoch przejechał tylko 10 z 16 wyścigów. Po latach, w podcaście Beyond the Grid, przyznawał, że w jego współpracy z brytyjską ekipą po prostu brakowało zaufania.

– Dostałem bardzo niedoświadczonego inżyniera. Patrick Head stwierdził, że jeśli pogubi się z ustawieniami, możemy ustawić parametry drugiego samochodu. Jeszcze przed początkiem mistrzostw pomyślałem, że to złe podejście, ale nie porozmawiałem o tym z Patrickiem. Powinienem był od razu powiedzieć, że to nie działa w ten sposób, że poprawki trzeba wprowadzać do bolidu od razu, bo inaczej stracimy czas i zaufanie. Gdy w końcu mu o tym powiedziałem, byliśmy po czterech wyścigach nowego sezonu. On stwierdził jedynie “no nie wiem”, a ja wywnioskowałem, że Williams już to zaufanie do mnie stracił – wspominał.

Jego przygoda z Grand Prix F1 zakończyła się wtedy definitywnie. Po latach przy różnych okazjach dodał, że nie żałuje spróbowania swych sił, a szkoda mu jedynie Franka Williamsa. Czuł, że zawiódł człowieka, który dał mu drugą szansę. Wspominał też, że utrudnić życie zawsze starał się mu Ralf Schumacher, partner z zespołu. Ale to na niego nie wpłynęło, bardziej zrobiły to błędy zespołu i jego własne. Pod koniec Zanardiemu zabrakło już determinacji, by walczyć. Wolał wrócić do innych serii.

To mu się jednak nie udało. W 2000 roku nie startował, był jedynie kierowcą testowym zespołu Mo Nunn Racing w serii Champ Car. Cierpliwość jednak popłaciła, bo ekipa zdecydowała się go zatrudnić na kolejny rok, tym razem już w roli gościa ścigającego się na torze.

Nikt nie mógł przewidzieć, jak się to skończy.

Wypadek

Jestem kierowcą. Gdy mówią: „Panowie, włączcie silniki” kierowcy wiedzą, co robią. Akceptują ryzyko. Bezpieczeństwo jest ważne. […] Nie możesz kontrolować wszystkiego. Statystycznie byłem ofiarą wielkiego pecha. Musisz zaakceptować fakt, że tak długo, jak pozostajesz żywy, możesz coś stracić. Życie jest niebezpieczne. Ale kiedy to ryzyko się minimalizuje do pewnego poziomu, można iść się ścigać. A wtedy wszystko inne jest po prostu pieprzeniem ~ Alex Zanardi

Dotarłem tam i zapytałem: „Gdzie są nogi Alexa?”. Twój mózg mówi jedną rzecz, a twoje oczy widzą coś zupełnie innego. Patrzysz i coś jest nie tak. Jego nóg tam nie było, obserwowałem to niemal w slow motion, panowała głucha cisza. Żadnego dźwięku ~ doktor Terry Trammell

*****

Wyścig w Niemczech – pierwszy serii Champ Car, jaki odbył się w Europie – miał miejsce cztery dni po tym, jak dwa porwane przez terrorystów samoloty uderzyły w World Trade Center, trzeci w Pentagon, a czwarty rozbił się – po próbie „odbicia” go przez pasażerów – na polu w Pensylwanii. Do ostatniej chwili kierowcy nie wiedzieli, czy właściwie wystartują. Ostatecznie stanęło na tym, że usunęli wszelkie loga sponsorów z samochodów i zastąpili je flagami USA, a sam wyścig zmienił nazwę z German 500 na American Memorial 500. Zawodnicy mieli jechać nie tylko po zwycięstwo, ale i by uhonorować wszystkich zmarłych w zamachach.

Zanardi startował z końca stawki, ale już na treningach widać było – i on sam o tym mówił – że czuje się świetnie, a samochód jeździ bardzo dobrze. Spodziewał się, że wyjdzie mu niezły wyścig. I faktycznie tak było. Na 13 okrążeń przed końcem prowadził i, jak wspominał, był przekonany, że już wygrał. Wtedy stracił kontrolę nad samochodem, prawdopodobnie przez zanieczyszczenie na asfalcie. Wyjechał na środek toru. Nadjechali rywale. Patrick Carpentier był pierwszym z nich. Cudem wyminął Włocha.

Niemal w niego uderzyłem. Udało mi się odbić na bok, mało brakowało, żebym przywalił w ścianę. Wiedziałem, że ktoś w niego wjedzie, bo wyjeżdżał na tor, a my jechaliśmy pełną szybkością – wspominał Carpentier. Pełna szybkość, o której mówił, to 320 kilometrów na godzinę. Tyle jechał Kanadyjczyk Alex Tagliani, gdy trafił w bolid Zanardiego. Nie miał szans go wyminąć. Skończyło się kraksą, która wstrząsnęła światem wyścigów. Poniżej zamieszczamy wideo z tego momentu. Ostrzegamy jednak: jest drastycznie.

To wyglądało, jakby wybuchła bomba – wspominał doktor Terry Trammell. – Nie byłem nawet pewien, gdzie doszło do kraksy. Kiedy do niego dotarłem, pamiętam, że pierwszą rzeczą, jaką powiedziałem, było: „Gdzie są jego nogi?”. Wyglądał, jakby miał uraz wojenny, taki, którego nie da się przeżyć. Udało mi się ucisnąć prawą nogę jego własnym kombinezonem, a drugą paskiem jednego z dbających o bezpieczeństwo pracowników toru. To było jak próba nałożenia plastra na lejek. Wsadziliśmy go do helikoptera, dotarliśmy do Berlina. W międzyczasie ktoś wcisnął mi do rąk plastikową torbę i powiedział: „Pytałeś o to”. To były jego nogi. Całe w kawałkach. Torbę prześwietlono, a potem zaniesiono do kostnicy.

Po drodze do Berlina Alexa siedmiokrotnie reanimowano. W szpitalu przeszedł 15 operacji w 46 dni. Odebrał tam nawet ostatnie namaszczenie. W tym samym czasie inni kierowcy, przyjaciele Włocha, dramatycznie prosili o jakiekolwiek informacje. – Powiedziano mi, że zmarł. Tony Kanaan i ja przez krótki czas wierzyliśmy, że to się naprawdę stało. Na szczęście źle nas poinformowano – wspominał Jimmy Vasser, partner Zanardiego z zespołu. – Najgorszy w tym wszystkim był dla mnie następny dzień, gdy na pierwszej stronie gazety wydrukowano zdjęcie, na którym dało się dostrzec wszystko: jego but w powietrzu, części ciała rozrzucone wszędzie. W większości państw nie pozwolono by na druk tej fotografii – dodawał Scott Dixon.

Townsend Bell, który jako pierwszy przejechał obok miejsca wypadku, wspomina to jedynie jako „niesamowicie trudny tydzień”. Choć to i tak nic w porównaniu do tego, co przeżywał Tagliani. Jemu w wypadku nie stało się nic poważnego, ale psychicznie dłuższy czas nie mógł sobie z tym poradzić. – Kiedy biorę prysznic czy myję zęby, stale mam przed oczami ten widok i myślę o nim. W każdej minucie to widzę – mówił kilka dni po zdarzeniu. Początkowo planował wycofać się z kolejnego wyścigu, ale żona Zanardiego powiedziała mu, że powinien w nim wystartować. Więc to zrobił.

Sam twierdził, że nie potrzebuje żadnej pomocy i jest w stanie się z tym uporać. Ale Zanardi rok po wypadku mówił, że Tagliani wciąż przez to nie przebrnął. – Nie mam żadnych psychologicznych blizn, bo jestem optymistą. Drugi raz nie stracę nóg. To znacznie gorsze dla Alexa Taglianiego. Powiedziałem mu, żeby się nie obwiniał, bo widziałem, że cierpi. Myślę, że zaczął sobie z tym radzić dopiero, gdy zjawiłem się na wyścigu Champ Car w Toronto w 2002 roku [Zanardi machał tam flagą w szachownicę – przyp. red.]. Widok mnie, uśmiechającego się i pozdrawiającego fanów, uświadomił mu, że nie kłamię, gdy mówię, że czuję się dobrze – wspominał Włoch.

Zanardi niemal z miejsca, gdy tylko wybudził się ze śpiączki, postanowił walczyć o swoje. Gdy Daniela, jego żona, poinformowała go, że amputowano mu obie nogi, pomyślał jedynie: „no dobrze, jak zrobię to wszystko, co chcę zrobić, bez nóg?”. A planów miał wiele. Choć lekarze powtarzali mu, że to definitywnie koniec jego kariery, on ani myślał ich posłuchać. Pragnął cudu, chciał udowodnić wszystkim, że się mylą. Choć cudem było przecież samo to, że przeżył.

Byłem nawet przedmiotem badań naukowych, bo przeżyłem mając w ciele mniej niż litr krwi przez jakieś 50 minut [średnio ludzie mają 5 litrów krwi w organizmie – przyp. red.]. Jestem dumny z tego, że udało mi się pokonać wszelkie prognozy, ale to już przeszłość. Teraz chcę zmienić przyszłość – mówił. Po latach wspominał jednak, że wcale nie było tak łatwo. – Ludzie pytali mnie, czy kiedykolwiek wsiądę do samochodu wyścigowego. Mówiłem, że tak, ale początkowo nie byłem tym zainteresowany. Chciałem przede wszystkim odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Najpierw nie mogłem nawet iść samemu do łazienki. Trzeba mi było pomagać. To właśnie chciałem zmienić jako pierwsze.

Po dwóch miesiącach stał już na protezach – to zasługa lekarzy, którzy uratowali wystarczająco wiele z jego nóg, by mógł takowe zakładać. Później, gdy wrócił już do jazdy samochodem, stwierdził, że niezbyt podoba mu się ich działanie. Więc postanowił… samemu wymyślić, jakie poprawki można wprowadzić. I skonstruował protezy, które były dopasowane do jego potrzeb.

Z nimi mógł walczyć o swoje.

Stanąć na protezy

Dlaczego chciałem znów jeździć? Bo mówili mi, że nie mogę ~ Alex Zanardi

Każdego dnia muszę się adaptować do rzeczywistości. Takie jest moje życie. Każdego dnia robię inny krok, przechodzę przez inne drzwi, inną przeszkodę. Muszę wymyślić sposób, by obejść nowy problem ~ Alex Zanardi

*****

Jednym z pierwszych wyzwań, jakie wyznaczył sobie po wypadku, było ukończenie wyścigu, w którym stracił nogi. Wsiadł do przygotowanego dla jego potrzeb bolidu i przejechał brakujące trzynaście okrążeni. Katharsis, tak to określano. Na torze pojawili się fani i jego przyjaciele, którzy żywiołowo go oklaskiwali go.

To było fantastyczne. To coś, co robiłem przez całe życie, ale przez ostatnie półtora roku nawet nie zbliżyłem się do jazdy faktycznym samochodem wyścigowym. Znów poczuć tę szybkość jest wspaniale. Tak naprawdę wróciło to do mnie niemal od razu, nie czułem się, jakbym miał przerwę. Szczególna była tu miłość fanów, kierowców, całego środowiska. Niesamowite – mówił Zanardi, który najszybsze okrążenie przejechał w takim czasie, że… w wyścigu startowałby z piątego miejsca. Ale jego samochód nie przechodził inspekcji, więc nie mógłby być dopuszczony do startu. Wciąż jednak przyznać wypadało, że to faktycznie było coś niesamowitego.

A jeszcze bardziej niesamowite były kolejne lata.

Już w 2003 roku wystartował w ostatnim wyścigu Europejskich Mistrzostw Samochodów Turystycznych. Żeby było lepiej – na Monzie. Historyczny tor i historyczna chwila. BMW przygotowało wówczas pojazd specjalnie dla niego. Dojechał siódmy, od tamtej pory regularnie startował w kolejnych wyścigach. W 2005 roku europejskie mistrzostwa zamieniły się w Mistrzostwa Świata Samochodów Turystycznych. Rywalizował w tej serii aż do końca sezonu 2009. Wygrał cztery wyścigi. Zdarzyło mu się też kilkukrotnie pojechać w DTM czy Blancplain Sprint Series, jednak to były już wyłącznie epizodyczne starty.

Jeździł też bolidem Formuły 1. Oczywiście nie w Grand Prix, ale biorąc pod uwagę jego podwójną amputację, był to niesamowity widok. BMW pozwoliło mu na to w 2006 roku, Zanardi miał wtedy czterdziestkę na karku. Pedał hamulca był większy, dostosowany do jego protez, a przepustnica gazu ręcznie obsługiwana. Co oznaczało, że musiał tak naprawdę… kierować jedną ręką. Ale dał sobie radę.

Jestem naprawdę szczęśliwy. Czuję się jak ktoś, kto żył samotnie na wyspie przez wiele lat i nagle dołączyła do niego piękna modelka. Emocje były ogromne. To czysta przyjemność, znów siedzieć w tak fantastycznym bolidzie. To znacznie więcej niż jazda, wsadzenie za kierownicę bolidu F1 kogoś bez nóg to coś naprawdę specjalnego – mówił. Swoją drogą jego najszybsze okrążenie (przejechał ich 16), było tylko o dwie dziesiąte sekundy wolniejsze od testującego chwilę wcześniej ten sam bolid… Sebastiana Vettela.

W kolejnych latach Zanardi regularnie rzucał sobie nowe wyzwania związane z wyścigami. Wystartował na przykład w 24-godzinnym wyścigu w Spa w 2015 roku, ale nie zajął wraz z kolegami wysokiego miejsca przez problemy techniczne. Rok później przejechał ostatnią rundę Włoskich Mistrzostw Samochodów GT. A w 2019 wystartował w kolejnym dobowym wyścigu – Daytonie. Jechał tam… bez protez. Uznał, że te tylko mu przeszkadzają, więc skonstruowano samochód tak, by mógł startować bez nich, używając wyłącznie rąk. Wyszło naprawdę nieźle, a jego koledzy z zespołu mówili, że próbowali przejechać się samochodem na ustawieniach Alexa. I uznali, że to po prostu cholernie trudne.

W międzyczasie Zanardi założył fundację, pomagającą stworzyć protezy kończyn dla dzieci po amputacjach. Prowadził też dwa programy we włoskiej telewizji. Jako gość występował nawet u Davida Lettermana. A poza tym wyznaczył sobie nowe cele. Dla których na kilka lat przerwał nawet ściganie się w samochodach.

Kolejne wyzwania

Dostałem od życia tyle, że mogę tylko patrzyć w przód. Niczego tak naprawdę bym nie zmienił, spotkało mnie mnóstwo dobrych rzeczy. Najlepszą drogą jest właśnie ta do przodu. Trzeba być ciekawym świata i robić to, co się kocha ~ Alex Zanardi

*****

– Gdy tylko spróbowałem wsiąść na rower, pokochałem to. Kolarstwo to teraz moja wielka pasja. Używam do niego rąk. Zacząłem jazdę na tego typu rowerze, by utrzymać się w formie, potem próbowałem jeździć więcej i więcej, i więcej, więcej… Tak naprawdę wszystko, co próbuję zrobić i osiągnąć w kolarstwie jest podobne do motorsportu. Jestem bardzo ciekawską osobą, pomagało mi to przez całą karierę. Jedną z najlepszych rzeczy jest dla mnie możliwość pójścia do garażu i obejrzenia mojego roweru. Myślę wtedy o wszystkich modyfikacjach, których mogę w nim dokonać – mówił Zanardi.

Ten pierwszy raz na rowerze napędzanym ręcznie wypadł w 2007 roku. Szybko stwierdził, że chciałby spróbować swoich sił w faktycznej rywalizacji. Wziął więc udział w jednej imprezie, a potem kolejnych i kolejnych. W 2009 startował już na mistrzostwach świata w parakolarstwie. W tym samym roku przejechał też trasy maratonu w Wenecji i Rzymie w dopasowane do niego kategorii. W 2011 po raz czwarty wystartował za to w nowojorskiej imprezie i po raz pierwszy ją wygrał. Tym samym tylko potwierdził to, o czym mówił kilkanaście miesięcy wcześniej.

Trenuję praktycznie każdego dnia. Jeżdżę przynajmniej 60 kilometrów, raz spróbowałem nawet 120, by sprawdzić swoją wytrzymałość. Moje wyniki są świetne. Mogłyby być nawet lepsze, ale trasa w Rzymie [tam startował – przyp. red.] jest trudna, a do tego wiał mocny wiatr. Mam swój cel i nie mam zamiaru się go wypierać. Są nim igrzyska paraolimpijskie w Londynie. Chciałbym tam walczyć o podium – mówił. A wielu powtarzało, że zwariował. Miał już wtedy przecież 44 lata. Na igrzyskach – 46.

Nawet jego żona nie była przekonana do tego pomysłu, choć znała go od lat, byli razem jeszcze przed jego wypadkiem z 2001 roku. Szybko musiała jednak zmienić zdanie. Zanardi dostał się bowiem na paraolimpiadę, co wielu już uznało za sukces. – Mam wielki szacunek do moich rywali. Do Londynu jadę z myślą, że mogę się tam zaprezentować z dobrej strony. Skłamałbym, gdybym powiedział: „Nie wiem, zobaczymy, jak będzie”. Wierzę, że mogę zdobyć medal lub dwa. Jeśli to się stanie, będę bardzo szczęśliwy. Jeśli nie, życie potoczy się dalej – mówił.

A potem zgarnął trzy medale. Dwa złota i srebro. Za złoto miał obiecany start w wyścigu Indy 500, ale do tego ostatecznie nie doszło. Choć najwyraźniej motywacja podziałała. – Po wypadku zadawałem sobie pytania: „Jak zrobię to czy tamto? Jak mogę wrócić do tego, co robiłem?”. Trening z moim wyjątkowym przyjacielem, który jest lekarzem, stanowił dla mnie wyzwanie i dał mi nową energię oraz pozytywne nastawienie, ponieważ zrozumiałem, że nawet bez nóg mogłem robić większość rzeczy, które były możliwe wcześniej. Rower ręczny to prawdopodobnie naturalna ewolucja mojej pasji do motocykli z czasów, gdy byłem młodszy – mówił ronalgroup.com już po latach.

W międzyczasie tylko potwierdził to, że sportowcem jest niesamowitym. Wygrał osiem tytułów na mistrzostwach świata. Do tego dokładał triumfy w kolejnych imprezach. W końcu stwierdził, że pora szukać nowych wyzwań. Trafił na triathlon. W rywalizacji dla niepełnosprawnych rower jest – w przypadku takim jak Zanardiego – napędzany ręcznie, a bieg odbywa się na przystosowanym do tego wózku. Niespodzianki nie było – w tej dyscyplinie też radził sobie świetnie.

Na mistrzostwach świata na Hawajach odnosił sukcesy. W dwóch startach na dystansie Ironmana zmieścił się poniżej dziesięciu godzin, mimo że cały dystans pokonywał przecież wyłącznie za pomocą rąk. A to 3,86 km pływania, 180,2 km jazdy na rowerze i 42,195 km biegu (czyli jazdy na wózku). W 2015 roku pokonał nawet w swojej grupie wiekowej wszystkich pełnosprawnych sportowców! Kolejne Ironmany zaliczał też w ojczyźnie. Ten zwany Emilia-Romagna pokonał w czasie 8:26.06, ustanawiając nowy rekord świata wśród parathriatlonistów. Wynik ten był jeszcze bardziej imponujący z jednego powodu.

To była trudna rywalizacja od samego startu, morze dawało w kość. Wszyscy musieliśmy się z nim zmagać. Dla mnie było to szczególnie trudne, bo robiłem to bez nóg. Dlatego straciłem tam 10 minut w porównaniu do zeszłego roku. Potem jednak szybko jechałem na rowerze, a bieg też poszedł dobrze. Tym bardziej, jeśli pomyśli się, że przez cały rok nie trenowałem na moim biegowym wózku, bo skupiałem się na mistrzostwach świata w parakolarstwie. Jestem zaskoczony swoim wynikiem – mówił.

To było jednak w 2018 roku. A dwa lata wcześniej pojechał na igrzyska do Rio, gdzie znów rywalizował na rowerze. I do trzech medali z Londynu dorzucił dwa kolejne – złoto i srebro. Pierwszy z nich wywalczył dzień przed piętnastą rocznicą wypadku. – Tu gdzie dziś jest Stadion Olimpijski, dokładnie na tym fragmencie ziemi, był wcześniej tor, gdzie wywalczyłem swoje pierwsze pole position. Dla romantycznego gościa, takiego jak ja, to coś specjalnego. Zwykle nie dziękuję Bogu za takie rzeczy, bo wierzę, że Bóg ma większe zmartwienia. Dziś to było jednak zbyt wiele. Musiałem mu podziękować.

Gdy zdobywał te medale, był kilka miesięcy przed 50. urodzinami. Ale nie miał zamiaru zwalniać. Celował w paraigrzyska w Tokio, prawdopodobnie z nastawieniem, że będzie to jego ostania taka impreza. Trzecia z rzędu. A przecież kiedyś nie pomyślałby nawet, że w ogóle się na niej pojawi. – Gdyby ktoś powiedział mi, że wystartuję na igrzyskach, kiedy wciąż miałem nogi i byłem kierowcą wyścigowym, zapytałbym go: „Czego się nawąchałeś? Jestem kierowcą, nie mam nic wspólnego z igrzyskami olimpijskimi” – żartował.

Do Tokio, mimo przełożenia igrzysk, najpewniej nie pojedzie. Dziś wciąż walczy o życie. Chociaż… kto wie? Przecież już udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix


Aktualności

Kalendarz imprez