Albo gejsze, albo białe niedźwiedzie…

Albo gejsze, albo białe niedźwiedzie…

Organizatorzy tegorocznych igrzysk w Tokio zakładają, że ogniem olimpijskim uda się stłumić atakującego już wszystkie kontynenty koronawirusa. Choć gołym okiem widać, że urządzenie tej imprezy w obecnych warunkach jest niemożliwe, prezydent MKOl Thomas Bach i premier Japonii Shinzo Abe uparcie przekonują wszystkich do utrzymania terminu rozpoczęcia wielkiego zlotu olimpijczyków 24 lipca, a ten drugi dygnitarz bredzi nawet, że do Tokio przybędą przy tej okazji tłumy turystów z całego świata.

Można – oczywiście – łudzić sportowców i kibiców w nieskończoność (MKOl ma to czynić do maja), zachęcając do przybycia na igrzyska nawet w dniu 24 lipca rano czasu miejscowego. Tylko że ponura rzeczywistość – jak na złość – całkowicie zniechęca do takiej eskapady. Nie tylko dlatego, że wszelkie plany treningowe i terminarz przedolimpijskich zawodów kwalifikacyjnych legły w gruzach. Przede wszystkim otóż nikt nie może mieć dzisiaj pewności, czy w lipcu przylot do Japonii będzie w ogóle dla cudzoziemców możliwy.

O ile bowiem w 1945 roku szokiem dla świata były skutki zrzucenia przez Amerykanów bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, o tyle już dziś wiadomo, że tamten kataklizm to była najprawdopodobniej pestka w porównaniu z tym, co nam szykuje w tym roku podstępny koronawirus. W 1945 atomowy atak lotniczy przyniósł w sensie fizycznym tylko skutek lokalny, jakkolwiek choroba popromienna okazała się smutną pamiątką dla wielu pokoleń mieszkańców obu miast. Teraz wszakże musimy się liczyć z globalną katastrofą o dalekosiężnych następstwach biologicznych, socjologicznych, gospodarczych i politycznych. Również w sporcie. 

Na razie widomą oznaką planowanego przebiegu przygotowań do igrzysk stało się przejęcie przywiezionego z Grecji ognia olimpijskiego, który został odebrany w skromniutkim gronie gospodarzy na wojskowym lotnisku w Tokio. W kolejnej fazie sztafeta ze zniczem ma ruszyć z najnowszego siedliska nieszczęścia na terytorium Japonii, czyli z ciężko dotkniętej awarią elektrowni atomowej i związanym z tym radioaktywnym wyciekiem Fukuszimy. Bogiem a prawdą, trudno o większą antypropagandę idei olimpijskiej, bo rozpoczęcie właśnie tam biegu z ogniem olimpijskim może tylko złamać sportowego ducha. 

Japonia doskonale pamięta, że owe dwie bomby atomowe doprowadziły do śmierci blisko 200 tysięcy ludzi, a potem jeszcze 60 tysięcy zmarło na skutek choroby popromiennej. W samym Tokio jeszcze bardziej dotkliwy był nalot dywanowy amerykańskich fortec bombowych w dniach 9-10 marca 1945, który doprowadził do śmierci 120 tysięcy mieszkańców. 

Już po zrzuceniu atomówki „Little Boy” na Hiroszimę prezydent Stanów Zjednoczonych Harry Truman ostrzegł Japończyków w radiowym przemówieniu, że jeśli się nie poddadzą, mogą się spodziewać takiej rujnacji z powietrza, jakiej dotychczas nie było na kuli ziemskiej. Wyraził również zadowolenie z wydania 2 miliardów dolarów na projekt bomby atomowej, którym Amerykanie wyprzedzili zmierzające do tego samego celu hitlerowskie Niemcy. 

Mimo to nawet po zademonstrowaniu w Hiroszimie, jak straszliwe skutki niesie wybuch tylko jednej bomby atomowej, Japończycy nie chcieli się poddać i trudno się dziwić, że znacznie silniejszą bombę (Fat Man) zrzucono 9 sierpnia 1945 na Nagasaki i dopiero wtedy cesarz Hirohito zgodził się na podpisanie rozejmu. 

Chociaż w wypadku Igrzysk Olimpijskich 2020 nie chodzi o sprawy aż tak poważne, to jednak mimo woli nasuwa się porównanie, że znowu mamy do czynienia z bezsensowną grą na zwłokę. Wtedy ta gra okazała się faktycznie grą na zwłoki, których po prostu przybyło. Jeśli chodzi zaś o tegoroczne igrzyska, to lepiej dać sobie z nimi spokój wcześniej niż później. Wejrzenie w kalendarz imprez następnych lat wskazuje, że najlepiej przesunąć Tokio 2020 o dwa lata, stwarzając normalne warunki organizacji tych wielkich zawodów i przygotowania zawodników. 

Tymczasem toczy się zupełnie inna  gra – o pieniądze sponsorów MKOl, w tym trzech japońskich potentatów: samochodowego giganta Toyoty, producenta opon Bridgestone i elektronicznego koncernu Panasonic. W chwili, gdy publikuję ten tekst, rząd Japonii chlubi się tym, że w kraju zanotowano tylko 1012 zakażeń koronawirusem przy 43 zgonach. W czasie, gdy większość liczących się państw zdecydowała się na zamknięcie granic, jak również szkół i innych obiektów publicznych – Japończycy wciąż mogą w zasadzie żyć normalnie, tłoczyć się w tokijskim metrze, na ulicach i w restauracjach. O tłoczeniu się na nowo zbudowanym Stadionie Olimpijskim mogą jednak w tej chwili tylko pomarzyć. 

Jak wieść niesie, koronawirus nie dotarł dotychczas tylko do Arktyki i na Antarktydę. Jeśli się zatem myśli o rywalizacji olimpijskiej w bezpiecznych warunkach, to trzeba zapomnieć o letnim spotkaniu z gejszami i raczej ruszyć ku białym niedźwiedziom lub pingwinom. 

MACIEJ PETRUCZENKO


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez