Adam Kszczot: czas zemsty

Adam Kszczot: czas zemsty

Po tym, jak w Rio de Janeiro nie wszedł do finału, jego trener trafił do szpitala. Serce szkoleniowca po prostu nie wytrzymało stresu. To był szok dla wszystkich, że gość, który miał bić się o złoto z Davidem Rudishą, przepadł przez serię dziwacznych błędów. Adam Kszczot zapewnia, że tamten feralny dzień już dawno wyrzucił z głowy, ale – sorry – my tej bajki jakoś nie kupujemy. Bo widzimy jak „Profesor” ostro wkuwa, aby za rok w Tokio olimpijskiego egzaminu już nie oblać.  

Nie wiemy, czy takie porównanie spodobałoby się Adamowi, który jest przykładnym mężem i ojcem, ale jego związek z igrzyskami można porównać trochę do podrywu najpiękniejszej laski w szkole. Nasz 800-metrowiec potrafi w efektownym stylu zdobywać najpiękniejsze dziewczyny nawet z wyższych klas, jest świetnym uczniem i jedną z gwiazd ogólniaka, ale kiedy na koniec próbuje uderzyć do królowej balu, ta nie dopuszcza go nawet do pierwszej bazy. Największy obiekt pożądania spławia go w przedbiegach, zupełnie jakby nie pasował do tego towarzystwa. Można powiedzieć, że dostaje plaskacza zanim jeszcze zdąży cokolwiek powiedzieć.

Blisko 30-letni Kszczot jest dwukrotnym wicemistrzem świata, halowym mistrzem świata i trzykrotnym mistrzem Europy, ale w jego gablocie półka z tabliczką „medal olimpijski” wciąż pozostaje pusta. Owszem, już teraz jest naszym najbardziej utytułowanym średniodystansowcem w historii, ale dla niego to za mało, bo tylko z olimpijskim krążkiem jego kariera będzie dopełniona. Chociaż do igrzysk w Tokio pozostał jeszcze rok z hakiem, to już teraz można być pewnym, że będzie to jeden z najbardziej wyczekiwanych startów biało-czerwonych.

Londyn

Na igrzyska w stolicy Wielkiej Brytanii chłopak z małego Konstantynowa jechał już jako wielki talent 800 m. W wieku 23 lat był już brązowym medalistą halowych mistrzostw świata, halowym mistrzem Europy i facetem, który rok przed Londynem omal nie wymazał słynnego rekordu Polski Pawła Czapiewskiego z 2001 r. Do szczęścia zabrakło wręcz mikroskopijnie mało, bo Kszczot pobiegł we włoskim Rieti 1:43,30, a wynik „Czapiego” to 1:43,22. Na wyobraźnię działało też to, że jego życiówka dawałaby teoretycznie złoty medal na igrzyskach w Pekinie oraz mistrzostwach świata w Daegu (tam skończyło się akurat na szóstym miejscu).

W roku olimpijskim też był w formie, czego dowodem były miejsca na podium podczas zagranicznych mityngów zarówno na stadionie, jak i pod dachem. Mało tego, zaledwie kilka tygodni przed startem igrzysk Kszczot wygrał w Londynie zawody Diamentowej Ligi. Nic więc dziwnego, że apetyty były rozbudzone. Niestety, marzenia skończyły się na 1:45,34, trzecim miejscu w półfinale i braku awansu do decydującego biegu. Właśnie olimpijska klapa była powodem, dla którego Adam Kszczot niedługo potem zerwał współpracę ze swoim pierwszym trenerem Stanisławem Jaszczakiem.

– Trenerze, co się stało wtedy w 2012 r. w Londynie? – pytam szkoleniowca RKS-u Łódź.

– Nie chcę do tego wracać, śliska sprawa. Kiedyś już próbowałem przedstawiać swoją wersję, ale skończyło się tym, że Adam miał do mnie pretensje. Dla mnie to już zakopany temat. Nie chcę żadnych kłopotów, ja też myślę o Tokio, ale już z innym zawodnikiem – mówi Jaszczak, który obecnie szlifuje talent Mateusza Borkowskiego.

Sprawa była śliska, bo – sądząc po ich publicznych wypowiedziach – panowie poróżnili się w kwestii obciążeń w roku olimpijskim. Zdaniem Kszczota, harówka była za mocna, ale zdaniem trenera, utalentowany podopieczny sam dał zielone światło na przedstawiony plan przygotowawczy. Dokładne kulisy tak naprawdę do dziś nie są znane, ale wiadomo, że kością niezgody był m.in. sezon halowy. 800-metrowiec miał odpuścić halowe mistrzostwa świata w Stambule, ale ostatecznie stanął na starcie. Skończyło się jednak na miejscu poza podium i ostrych słowach wypowiedzianych krótko po powrocie z Turcji.

– Powiem tak: niepotrzebnie dałem się namówić na start w tych mistrzostwach. Posłuchałem bliskiej osoby, tak bliskiej, jak trener. I pojechałem, chociaż nie powinienem. Nikt mi nie wierzył, kiedy mówiłem, że nie przygotowywałem się do sezonu halowego, a tym bardziej do startu w turnieju. Wiem, że nie dawano mi wiary. A tak było. I teraz to wyszło (…) Ale kiedy brakuje formy, tak się to kończy. Podczas przygotowań byłem przekonany, że w Stambule nie wystartuję – mówił wówczas Kszczot w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Jak pamięta to dziś trener? – Faktycznie mieliśmy nie biegać hali w sezonie olimpijskim. Takie było założenie, ale później Adam wyraził zgodę, bo miał najlepszy wynik na świecie, jadąc do Stambułu był liderem tabel. Czwarte miejsce było więc dla niego porażką. Ale naprawdę nie chcę już tego rozwijać – ucina Stanisław Jaszczak.

Przyznaje jednak, że Kszczot był największym zwierzęciem treningowym z jakim kiedykolwiek pracował: – Adama nie musiałem mobilizować do ciężkiej pracy. On sam napędzał sprawę, był tym motorniczym, który mówił „trenerze, trenerze, trenerze, to, to i to!”. Moi późniejsi zawodnicy to już nieco inna mentalność, inne podejście do treningów, do życia. 

Po olimpijskiej porażce w Londynie nowym trenerem Kszczota został Zbigniew Król i tak jest do dzisiaj.

Rio de Janeiro

Pod skrzydłami tego szkoleniowca nowe czterolecie olimpijskie było dla Adama bogate w sukcesy. 2013 r.? Halowe mistrzostwo Europy. 2014? Wicemistrzostwo świata w hali i mistrzostwo Europy. 2015 r.? Wicemistrzostwo świata w Pekinie. 2016 r.? Kolejne mistrzostwo Europy. Tylko na igrzyskach olimpijskich znów klapa. Zamiast spełnienia marzeń, skończyło się na dosadnych słowach przed kamerą „powinno być dobrze, a kurwa nie było!”

W 2016 r. leciał do Brazylii już nie jako młody zdolny do wszystkiego, ale jako jeden z głównych faworytów do podium. I otwarcie o tym mówił, bo Adam Kszczot to jeden z niewielu naszych lekkoatletów, którzy nie boją się mówić wprost o swoich celach. Niektórzy nazywają to bezczelnością, ale sam zawodnik często lubi powtarzać, że właśnie dzięki tej bezczelności na bieżni potrafił zdobywać medale wielu imprez. Tak miało być też w Rio. Ale „kurwa nie było”.

 

Chociaż początek był taki jak miał być i swój bieg eliminacyjny wygrał bez problemu. Niestety, półfinał znów okazał się koszmarem – Kszczot zajął w swojej serii trzecie miejsce przegrywając finał o 0,05 sekundy. Był pierwszym niewchodzącym. – Tragedia. Było idealnie do siedemsetnego metra, ale potem nie dało się wrzucić przerzutki. Byłem przekonany, że bieg będzie szybszy i że wynik 1:43 uzyskam w cuglach. Nie wiem co więcej powiedzieć – komentował załamany.

Co się stało, że on, jeden z najlepszych taktyków w świecie 800-metrowców, facet, który niczym kameleon potrafi dostosować się do biegu niezależnie od jego tempa, nie przebrnął półfinału?

Tak mówił na Weszło pół roku po Rio: – Byłem bardzo nastawiony na walkę o medale, czułem się fantastycznie przygotowany, zresztą w drugiej części sezonu też miałem bardzo dobre starty w Diamentowej Lidze, a więc ta forma była przygotowana. Tylko wszystko zawiodło bezpośrednio na igrzyskach. Moim zdaniem była to tylko i wyłącznie dyspozycja dnia, nie znajduję innej przyczyny. Przecież ja po tym biegu nie byłem nawet mocno zmęczony. Po prostu zawsze mam taki jeden-dwa dni w roku, że nogi nie nadążają za głową. Wszystko jest wytrenowane, głowa i układ nerwowy są przygotowane na dobry wynik, ale nogi totalnie odmawiają posłuszeństwa. I jak to mówmy w naszym żargonie, nie można już na tym „zajechać”.

Był zdruzgotany, ale kiedy wrócił do hotelu, nie rozkleił się tak jak Paweł Fajdek, który od razu nagrał filmik, na którym ze łzami w oczach przepraszał kibiców za porażkę. On od początku szukał przyczyny, co znowu nie zagrało na olimpijskiej bieżni. Dlaczego znowu zamiast walczyć o medale, będzie tylko przyglądał się z boku jak je rozdają innym?

Winę na siebie wziął też trener Zbigniew Król, który jak się później okazało, bardzo mocno przeżył porażkę podopiecznego. Jego serce nie wytrzymało takiej dawki stresu i na pewien czas trafił nawet do szpitala. – Czasami popełnia się błędy. Tak stało się w półfinale igrzysk. Wtedy to ja zawaliłem najbardziej, bo byłem tak pewny, że Adam da sobie radę w każdych okolicznościach, że za dużo nawet nie rozmawialiśmy. Pamiętam, że w jednej serii biegał z Davidem Rudishą. Powiedziałem wtedy do Adama: „Przejdziesz go bez problemu”. Nikt nie przypuszczał, że Kenijczyk jest tak dobrze przygotowany – mówił szkoleniowiec w rozmowie z Polską Agencją Prasową.

Ich współpraca też nie zawsze była usłana różami. Kszczot, który nigdy nie był zawodnikiem jedynie wykonującym treningowe polecenia, ale znacznie bardziej świadomym prymusem, często wchodził w spory z Królem. Ci, którzy widywali ich na wspólnych zgrupowaniach, opowiadali, że bardzo ostrych rozmów nie brakowało. W sezonie poolimpijskim było nawet blisko rozwodu. Udało się go zażegnać m.in. dzięki temu, że przy okazji srebrnych mistrzostw świata w Londynie w 2017 r. biegacz nawiązał współpracę z doskonale znanym psychologiem Janem Blecharzem. To on miał otworzyć trudnemu w prowadzeniu zawodnikowi oczy na wiele spraw. Chociaż Kszczot wcześniej ponoć uważał, że takiej pomocy raczej nie potrzebuje.

– Kiedy był młody, tłumaczyłem mu, że być może potrzebuje psychologa. Po prostu widziałem, że potrzebuje kogoś takiego w trudnych sytuacjach. Wtedy odpowiedział, że nie. A w tej chwili proszę, Adam bez psychologa już nie żyje. On cały czas jest przy nim – mówi Weszło Stanisław Jaszczak.

Tokio

Taki układ sprawdza się, bo Kszczot dalej wygrywa. Po olimpijskiej porażce w Rio nie tylko został drugi raz wicemistrzem świata na stadionie, ale też wygrał wszystko co się dało w ubiegłym sezonie: konkretnie najpierw został halowym mistrzem świata w Birmingham, a później mistrzem Europy w Berlinie (po raz trzeci z rzędu, nikt przed nim nie dokonał tej sztuki). W obu finałach objeżdżał rywali na ostatnim kółkach w takim stylu, jakby jechał Lamborghini, a reszta jakimiś Oplami.

Po znakomitych mistrzostwach w Niemczech podjął decyzję, że kończy sezon i po raz pierwszy od jedenastu lat odpuszcza również zbliżający się sezon halowy. Powodem tego ruchu były problemy ze ścięgnem Achillesa. Chciał je doprowadzić do porządku przed dwuletnim cyklem przygotowawczym do igrzysk w Tokio. Nasz najlepszy średniodystansowiec nie startował przez osiem miesięcy, ale na pewno nie bimbał: formę szykował podczas zgrupowań w Portugalii, Hiszpanii i Maroko. W tym ostatnim kraju, w Ifrane, przebiegł ponad 450 km. Tyle ile przystało na – jak sam siebie lubi nazywać – treningowego masochistę.

– Myślę, że nie ma ludzi normalnych, którzy biegają biegi średnie. Potrzebna jest nutka wariata, masochisty, kogoś niespełna rozumu. 600 m pobiegnie każdy, od 500 m jest ciężko, a następne 300 pokonuje się na dużym zakwaszeniu, czasami jest to cierpienie, psychicznie bardzo trudne do zniesienia. Tylko ludzie, którzy nie boją się zmęczenia i bólu, są w stanie to przetrwać – pisał Kszczot w swoich relacjach z obozów.

Rekordzista Polski i brązowy medalista MŚ 2001 Paweł Czapiewski, kiedy został zapytany o porównanie swojego podejścia do treningów ze stylem „Profesora”, powiedział krótko: – Jak on mówi, że rzyga raz na tydzień-dwa, to mi zdarzyło się to może raz czy dwa w całej karierze. Rzadko tak naprawdę przekraczałem swoje granice. Byłem zupełnie innym typem, gdybym robił takie treningi jak on, to w życiu bym nie biegał. Chociaż gdybym miał powiedzieć, czego zazdroszczę Kszczotowi, to oprócz zdrowia wziąłbym od niego też podejście do treningów, przykładanie ogromnej wagi do szczegółów.

Wiadomo, że podczas tegorocznych treningów, nasz zawodnik położył duży nacisk na zmianę postawy biegowej. Chodziło przede wszystkim o korektę ustawienia pleców oraz pełny wyprost nogi. Dwukrotny wicemistrz świata to po prostu perfekcjonista i maniak treningu. Do tego stopnia, że swoimi przemyśleniami od pewnego czasu dzieli się też na youtubowym kanale „Profesor radzi”. Tłumaczy tam internautom czym jest ekonomia biegu, jak oddychać, wyjaśnia czym jest siła biegowa, jak ubrać się na trening lub jak ważny jest mental u sportowca. Od 2017 r. jako mówca motywacyjny zapraszany jest również na wykłady. I nawet jeśli niektóre jego hasła motywacyjne trącą delikatnie stylem Paulo Coelho, to Kszczot najwyraźniej znajduje w tym moc do treningu. Zresztą sami na niego spójrzcie – temu facetowi banan nie schodzi z twarzy.

Świetny humor miał też na początku maja w Katarze, kiedy po raz pierwszy od wielu miesięcy wziął udział w oficjalnym biegu. W zawodach Diamentowej Ligi w Doha zajął wprawdzie siódme miejsce, ale był zadowolony z czasu 1:45,60. Rok temu, kiedy otwierał sezon letni także w Katarze, pobiegł tam ponad sekundę wolniej (1:46,70). Kalendarz startowy na najbliższe miesiące ma już napięty. Jeśli nic się nie zmieni, „Profesor” będzie próbował dać wykład m.in. podczas Diamentowej Ligi w Rzymie (startuje dziś), memoriałów Ireny Szewińskiej i Janusz Kusocińskiego oraz mityngach w Ostrawie, Lozannie i Monako. Wszystko to ma być przygrywką to walki o medale na jesiennych mistrzostwach świata w Doha.

Tam Adam, jakżeby inaczej, widzi siebie na podium. A stamtąd ma być już znacznie lepiej widać kolejny cel – Tokio.

 

 

 

 

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez