A w Londynie się biją, czyli sporty walki w czasach koronawirusa

A w Londynie się biją, czyli sporty walki w czasach koronawirusa

Koronawirus nie wybiera – atakuje pod właściwie każdą szerokością geograficzną i paraliżuje sport nie oglądając się na dyscypliny. Poszczególne kraje mierzą się z nowym zagrożeniem na różne sposoby – najczęściej zakazując imprez masowych. Zdumiewającym podejściem zdają się wykazywać Brytyjczycy. W sobotę 13 marca w Londynie – jak gdyby nigdy nic – rozpoczął się bokserski turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio 2020. Na ringu już zdążyli się pojawić także pierwsi reprezentanci Polski.

– Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!

– ten filmowy cytat chyba najlepiej oddaje absurd obecnej sytuacji. Według planu londyńskie zmagania mają potrwać aż 10 dni, co w zmieniających się właściwie z godziny na godzinę realiach rodzi kolejne problemy. Na dwóch ringach ma zmierzyć się 322 zawodników i zawodniczek z 42 krajów, a do wzięcia jest aż 77 olimpijskich przepustek.

W niektórych kategoriach do ich wywalczenia wystarczy zaledwie ćwierćfinał. W piątek w obliczu rosnącego zagrożenia epidemią poważnie rozważano przełożenie lub odwołanie imprezy, ale ostatecznie nie zdecydowano się na takie posunięcie. Za ważniejsze problemy uznano te związane z kalendarzem i organizacją – po prostu nie widać alternatywnego terminu, który byłby na rękę wszystkim zainteresowanym.

Ciężko jednak uznać zasadność tego argumentu, bo analogiczny turniej kwalifikacyjny zaplanowany w Argentynie dla pięściarzy z tamtej okolicy został przecież niedawno odwołany, a sytuacja tam nie jest aż tak dramatyczna. W Londynie gotowość do walki deklarowali także uczestnicy. Niektóre reprezentacje – między innymi Włosi – pojawiły się na Wyspach już przed kilkunastoma dniami. Uznano, że “show must go on” – nawet jeśli wszystkie okoliczności zdają się sugerować, że to podejście kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Brytyjskie podejście do koronawirusa jest w ogóle wyjątkowo specyficzne. Władze Premier League odwołały mecze dopiero wtedy, gdy pierwsze przypadki zarażenia zaczęły dotykać bezpośrednio piłkarzy i trenerów. Bokserskie środowisko też próbuje udawać, że nic się nie dzieje. W piątek Eddie Hearn – najważniejszy promotor ostatnich lat – z miną rasowego pokerzysty promował na konferencji prasowej zaplanowany na maj pojedynek Ołeksandra Usyka (17-0, 13 KO) z Dereckiem Chisorą (32-9, 23 KO).

Ukrainiec po wspólnym “selfie” zaczął rozpylać w powietrzu… płyn antybakteryjny. Większość konferencji spędził zresztą w chuście na twarzy. – Obecnie nic nie jest przesądzone. Czekamy na informacje od rządu. Nikt nie był przygotowany na taką sytuację – my też jesteśmy zaskoczeni – tłumaczył Hearn, ale po chwili zachęcał do kupowania biletów. W jednym z wywiadów w swoim stylu zapewnił jednak, że nowe realia traktuje także w kategoriach… podniecającego biznesowego wyzwania.

Walcząc inaczej

Tymczasem cały świat z niemałym zdumieniem patrzy na działania Brytyjczyków w sprawie okiełznania koronawirusa. Premier Boris Johnson zakazał imprez masowych dopiero gdy w szpitalach pojawiło się kilkaset osób zarażonych chorobą. Do tego wciąż nie zdecydowano się na przykład na zawieszenie zajęć w szkołach, które wcześniej zdążyło stać się faktem między innymi w Polsce. Wszystko przez to, że kraj wybrał diametralnie inną drogę walki niż zamykanie ludzi w domach.

Włoski model ma na celu powstrzymanie infekcji. Wielka Brytania chce zatrzymać infekcję, ale tylko w grupie osób narażonych na powikłania. Zarażenie dużej liczby osób w grupach niskiego ryzyka będzie korzystne, bo zwiększy ogólną odporność na koronawirusa w społeczeństwie – tłumaczył na Twitterze profesor Ian Donald, psycholog z Uniwersytetu w Liverpoolu.

O wypracowaniu “stadnej odporności” opowiadał również w mediach Sir Patrick Vallance, jeden z głównych doradców rządu w sprawie koronawirusa. – Jesteśmy zdania, że wirus może stać się sezonowym problemem, który będzie cyklicznie powracał. Społeczności będą musiały wypracować odporność na niego, aby poradzić sobie z tym zjawiskiem w dłuższej perspektywie. Mówimy o zarażeniu na poziomie 60 procent populacji – tłumaczył na antenie Sky.

Wiele wskazuje jednak na to, że to eksperymenty na żywym organizmie. Nie wiadomo, czy koronawirus nie będzie mutował, a wtedy przebycie choroby wcale nie zapewni odporności. W ostatnich godzinach liczbach chorych zgłaszających się do brytyjskich szpitali rośnie lawinowo. W tym świetle jeszcze trudniej zrozumieć, jakim cudem w środę Liverpool walczył z Atletico Madryt w Lidze Mistrzów przy pełnych trybunach. Na stadionie pojawiła się też liczna grupa przyjezdnych, a już wtedy było wiadomo, że Madryt staje się kolejnym z ognisk epidemii w Europie.

Olimpijski boks na razie próbuje walczyć dalej. W sobotę na ringu zobaczyliśmy pierwszych Polaków – Anetę Rygielską (60 kg, na zdjęciu głównym), Macieja Jóźwika (52 kg) i Jakuba Słomińskiego (57 kg). Wygrała tylko ta pierwsza, wysoko wypunktowując rywalkę. Jeśli nic się nie zmieni, w niedzielę powalczą między innymi Damian Durkacz (63 kg) i Mateusz Masternak (91 kg), których uważa się za największe nadzieje w kontekście awansu do Tokio 2020.

Pierwszy do przepustki potrzebuje ćwierćfinału, z kolei droga “Mastera” wydaje się dosyć kręta. Znany z zawodowych ringów pięściarz musi dotrzeć do TOP4. W pierwszej rundzie czeka na niego Słowak David Michalek, ale kolejną przeszkodą może być już Bułgar Radosław Pantalejew – brązowy medalista mistrzostw świata, który w pierwszej rundzie dostał wolny los. Nawet wygrana z nim nie da biletu do Tokio. Musi wygrać bowiem jeszcze jedną walkę. To wszystko przy założeniu, że turniej uda się doprowadzić do skutku, co wcale nie jest przesądzone.

Przy pustych trybunach?

Patrząc na ostatnie wydarzenia w szerszej perspektywie można jednak odnieść wrażenie, że sporty walki jako jedne z nielicznych mogą przynajmniej spróbować dostosować się do nowych realiów. Model Pay-Per-View został wcześniej wielokrotnie sprawdzony, a miliony osób w domach będą liczyć na jakąkolwiek rozrywkę. To jednak melodia przyszłości. Na razie gale są odwoływane i przekładane.

W sobotę komisja sportowa amerykańskiego stanu Nevada zawiesiła bezterminowo wszystkie gale sportów walki. To oznacza, że w najbliższej przyszłości nie będzie również żadnych ogłoszeń nowych pojedynków. Kilka z nich było już blisko – między innymi planowana na lato trylogia Tysona Fury’ego (30-0-1, 21 KO) z Deontayem Wilderem (42-1-1, 41 KO) i kolejny majowy występ Saula „Canelo” Alvareza (53-1-2, 36 KO).

Obrywają także ci, którzy w ten weekend mieli wyjść do ringu – między innymi Shakur Stevenson (13-0, 7 KO), mistrz świata federacji WBO w kategorii piórkowej. Najpierw pojawiła się informacja, że do jego walki dojdzie, ale bez widzów. Potem wydarzenie zostało odwołane. – Rozważamy przeprowadzanie niektórych mniejszych imprez bez publiczności lub z jej ograniczonym udziałem. Nie w każdym przypadku jest to jednak możliwe – tłumaczył Eddie Hearn.

Przykładów nie trzeba daleko szukać. W czerwcu na stadionie Tottenhamu ma wystąpić Anthony Joshua (23-1, 21 KO). W tego typu wydarzeniach wpływy z biletów są na tyle istotne, że nie można tak po prostu zapomnieć o widowni. W podobnych realiach musi odnaleźć się też MMA. W sobotę gala UFC w Brasilii ma się odbyć bez udziału publiczności. Dwie kolejne imprezy giganta w USA również zostaną rozegrane na podobnych warunkach.

Więcej znaków zapytania wisi nad galą, którą federacja chce przeprowadzić 21 marca w Londynie. Sytuacja rozwija się dynamicznie, więc bardzo możliwe, że wydarzenie trzeba będzie odwołać. Tego typu problemy są widoczne także na krajowym podwórku. Przełożona na nieokreślony termin została w tym tygodniu gala KSW. Wydarzenie bez udziału publiczności próbują z kolei zorganizować przedstawiciele Fame MMA.

Zaplanowaną na początek kwietnia “Bitkę Warszawską” z udziałem Roberta Parzęczewskiego (24-1, 16 KO) w walce wieczoru musiał odwołać Mateusz Borek, choć przez moment próbował sformatować widowisko tylko pod transmisję. – Nie będę ryzykował zdrowia ludzi – nie wybaczyłbym sobie – powiedział na antenie Weszło.fm. Decyzję ułatwiła wcześniejsza deklaracja Ryana Forda (17-6, 12 KO). Otóż rywal Polaka nie chciał ryzykować pozostawienia rodziny w Kanadzie bez możliwości powrotu.

Wszystko rozbija się właśnie o ryzyko i zachowanie rozwagi w trudnych czasach, które wymagają przede wszystkim zdrowego rozsądku, a nie suchego patrzenia w stale zmieniające się przepisy. Nie chodzi o to, by zorganizować galę na 49 osób, gdy przepisy zabraniają zgromadzeń powyżej 50. W nowej rzeczywistości liczy się przecież to, by ograniczyć wpływ koronawirusa na nasze życie, a najprościej zrobić to po prostu siedząc w domu.

KACPER BARTOSIAK

Fot. Newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez