Kryzys polsko-irański

Kryzys polsko-irański

Czytając poradniki poświęcone Iranowi można odnieść wrażenie, że słynna polska gościnność to mały pikuś przy tym, jak ugościć potrafią Persowie. – Welcome to Iran! – potrafią z uśmiechem zaczepić turystę i ot tak zagaić, czy ma gdzie się zatrzymać. A jeśli akurat ma, to żeby chociaż wpadł na obiad i poznał rodzinę. Na takie przyjęcie nie mieli co jednak liczyć nasi siatkarze, którzy rozgrywają w tym kraju mecze Ligi Narodów.

Mecze Polski z Iranem to już od kilku lat starcia podwyższonego ryzyka. Wyzwiska, przepychanki pod siatką, brudne gesty, wzajemne oskarżenia – tego nigdy nie brakuje i to z obu stron, bo w tej rywalizacji każdy ma coś za uszami.

***

Jeśli Polska przyjedzie do Iranu, włożymy wasze głowy do irańskiego grobu”, „to twój naród nie ma historii, lepiej nie podróżuj do Iranu dla własnego bezpieczeństwa”, „weź ze sobą wazelinę jeśli przyjedziesz do Iranu” – mniej więcej tak od kilku tygodni wyglądają komentarze na instagramowych kontach czołowych polskich siatkarzy.

Chociaż są też oczywiście głosy rozsądku próbujące uzdrowić toksyczną atmosferę między drużynami. Chociażby taki: „Cześć, jestem Irańczykiem i umieściłem ten tekst w Google Translator, aby przekazać ci moje słowo. My, Irańczycy, nie jesteśmy terrorystami, nie jesteśmy winni, ale wasz kapitan nie szanuje nas, dlatego ludzie są zdenerwowani”.

Siatkarskie mecze Polski z Iranem od dawna nie należą do najmilszych, ale kilka tygodni temu linia demarkacyjna została chyba jednak przekroczona. Bo czy w innym przypadku siatkarze przed wylotem na ten gorący teren przechodziliby specjalne szkolenie z zakresu bezpieczeństwa?

Ostatnie wydarzenia to oczywiście pokłosie afery „KubiakGate”. Media sportowe (i nie tylko) obu krajów roztrzepały ten temat dokładnie niczym jajo na kogel-mogel, ale przypomnijmy tę historię. Pod koniec maja w programie „Prawda Siatki” kapitan naszej reprezentacji Michał Kubiak w ostrych słowach przejechał się po Irańczykach mówiąc, że są „fatalnymi, złośliwymi i chamskimi ludźmi, którzy tak naprawdę są zwykłymi leszczami” oraz: „do Iranu nie pojadę, nie mam przyjemności przebywania w tym kraju. Irańczycy zawsze grają takie niewiniątka, że oni są wszyscy super i fajni, a my jesteśmy najgorsi, a tak wcale nie jest, bo to są fatalni ludzie. Jeżeli chodzi o ludzi, o naród, dla mnie są skreśleni, dla mnie ten naród nie istnieje”.

Grubo.

Kilka dni później pojawiło się oświadczenie zawodnika, w którym dwukrotny mistrz świata bronił się, że nie jest ksenofobem ani rasistą oraz że jego słowa nie dotyczyły całego irańskiego narodu, ale jedynie siatkarzy z którymi miał do czynienia oraz tamtejszych kibiców. I co ważne w całym zamieszaniu, krytyki wobec nich nie cofnął. Jak tłumaczył, miał prawo, a wręcz obowiązek reagować, gdy on, jego rodzina i przyjaciele są obiektem gróźb i wyzwisk ze strony irańskich graczy i kibiców.

„Miśkowi” chodziło jednak nie tylko o mecze reprezentacyjne, ale również klubowe. Podczas kwietniowych Klubowych Mistrzostw Azji kubiakowy Panasonic Panthers mierzył się z irańskim Shahrdari Varamin najpierw w grupie, a potem w finale (2:3). W decydującym meczu iskrzyło między nim a przyjmującym Pourya Fayazim. Co dokładnie mówił Irańczyk Kubiakowi (i odwrotnie) nie wiadomo, ale musiał być dość kreatywny, skoro po ostatniej piłce Polak ruszył do niego na drugą połowę boiska. Iskrą był prowokacyjny gest wykonany przez Irańczyka: kiedy piłka wypadła poza pole gry, upadł triumfalnie na kolana i wskazał na niego palcem. A że Polaka nie trzeba dwa razy do tańca zapraszać, to niewiele brakowało do bijatyki.

Dalsza historia jest już dobrze znana: po słowach Kubiaka irańska federacja złożyła oficjalny protest, trener Persów Igor Kolaković pojednawczo zaprosił go do kraju, żeby zobaczył „jacy wspaniali ludzie tam mieszkają”, a Polski Związek Piłki Siatkowej zawiesił gracza na sześć meczów za niewyparzony język. Kapitan reprezentacji nie wystąpi podczas turniejów Ligi Narodów w Iranie (uff) i Włoszech, chociaż to trochę cwana kara podyktowana bardziej chęcią ugłaskania światowej federacji, bo od dawna było wiadomo, że Vital Heynen swojego lidera na te imprezy zabierać nie zamierzał.

Wywiad Kubiaka to jednak tylko ostatni odcinek w tym polsko-irańskim serialu. Serialu, który nadawany się mniej więcej od pięciu lat.

Bez stoperów nie gram!

Reprezentacja Iranu stosunkowo niedawno doskoczyła do światowej czołówki. Na salony tak naprawdę wprowadził ją dopiero słynny Argentyńczyk Julio Velasco, pod wodzą którego Irańczycy w latach 2011 i 2013 zdobyli mistrzostwo Azji. Lepsza gra pozwoliła Persom w końcu zawitać do wymarzonej Ligi Światowej, chociaż jeszcze w 2013 r. los nie połączył ich w grupie z Polakami. Stało się tak jednak już rok później, kiedy Iran trafił do grupy śmierci z nami, Brazylijczykami i Włochami. Ich drużyna okazała się później rewelacją całych rozgrywek, zajmując ostatecznie czwarte miejsce.

Biało-czerwonym od początku grało się z nimi ciężko. Na pierwszy dwumecz polecieli do Teheranu i oba spotkania zakończyły się porażką 1:3. W rewanżu w Polsce udało się jednak wygrać oba mecze. W 2015 r. drużyny znów wpadły na siebie w grupie i znów trzeba było urządzić sobie wycieczkę do Teheranu (2:3 i 3:1).

Największym zaskoczeniem na irańskiej ziemi z perspektywy Polaków było przede wszystkim to, że kobiety miały tam zakaz wstępu na mecze. A to oznaczało, że hala Azadi Indoor Stadium była napakowana testosteronem, konkretnie 12 tysiącami fanatycznych facetów. Siatkarskie okoliczności, jakich nie ma nigdzie na świecie. Przekładało się to na bardzo specyficzny, szalony doping miejscowych. Tumult z wykorzystaniem dodatkowo głośnych trąbek przeszkadzał w grze do tego stopnia, że niektórzy z Polaków wychodzili na parkiet ze stoperami w uszach.

Dziś ciężko jest namówić niektórych graczy na wspominki z tamtych meczów, bo jak twierdzą “w ostatnich tygodniach powiedziano już o Iranie za dużo”, ale zwracają uwagę, że już wtedy iskrzyło. Atmosfera na trybunach teherańskiej hali udzielała się obu drużynom, dochodziło do licznych prowokacji. Nasi zawodnicy zapamiętali, że Irańczycy byli bardzo wyczuleni na każdy „pozaprogramowy” gest ze strony Polaków i nic nie pozostawało bez riposty. Jak widać, Persowie to dumny naród także na parkiecie.

Z kolei podczas jednego z meczów w Częstochowie wystarczyło tylko jedno wymowne spojrzenie Sayeda w kierunku Kubiaka po zablokowaniu ataku tego drugiego, aby zakotłowało się pod siatką i zaczęły fruwać czerwone kartki. Chociaż trzeba podkreślić, że i biało-czerwoni nie zawsze byli święci. Nasi zawodnicy nigdy specjalnie nie ukrywali, że gorąca irańska krew bywała dla nich czasami wręcz ratunkiem. Kiedy na parkiecie nie szło, a Persowie grali jak nakręceni, wystarczyło tylko celowo podpalić lont, aby pojawiła się szansa na wybicie ich z uderzenia. Tłumaczyli, że psychologia to też część siatkówki.

– Tak nas zdenerwowali, jak my ich. To jedna z gierek, jakie czasami się stosuje. Chociaż uważam, że Włosi są pod tym względem jeszcze trudniejsi – mówił Marcin Możdżonek chwilę po wygranym 3:2 meczu z Iranem podczas mistrzostw świata w 2014 r.

„Ale przecież my ich kochamy…”

Do największej awantury doszło jednak podczas igrzysk w Rio de Janeiro, gdzie obie drużyny trafiły na siebie w grupie B. Dla Iranu był to olimpijski debiut.

Do starcia doszło już w drugiej kolejce: biało-czerwoni mieli za sobą wygraną 3:0 potyczkę z Egiptem, Irańczycy mieli z kolei nóż na gardle, bo na otwarcie przegrali z Argentyną. Kadra Stephana Antigi prowadziła już 2:0, ale Iran podniósł się doprowadzając do tie-breaka. Piąty set toczył się w atmosferze nerwów i pyskówek. Przy piłce meczowej przy stanie 17:16 na zagrywkę poszedł Bartosz Kurek. Obie drużyny miały problem ze skończeniem ataków, aż w końcu jeden z Persów łupnął w aut. W obozie Polaków był oczywiście wybuch radości, ale po sprawdzeniu challange’u mieliśmy tradycyjne szarpanie siatki i machanie łapkami. W całość musieli wmieszać się nawet trenerzy.

Co ciekawe, w pierwszej chwili nawet nasi komentatorzy telewizyjni twierdzili, że wina za zamieszanie spoczywa na Irańczykach, którzy nie potrafili pogodzić się z porażką. Pojawiła się nawet informacja o odtrąconej ręce Bartosza Kurka. Ujęcia z innych kamer pokazały jednak później, że obie strony mocno pracowały na zwarcie. Widać było, jak po decydującej piłce Kurek i Kubiak dosadnie pokazują, co w tej chwili zrobiliby z rywalami…

 

Ciąg dalszy nastąpił podczas konferencji prasowej. Na słowa rozgrywającego Maroufa, który „nie wiedział dlaczego Polacy tak bardzo ich nie lubią”, Michał Kubiak odpowiedział w swoim stylu: – Ale my kochamy irański zespół. W ten właśnie sposób okazujemy wam naszą miłość i nie ma się z czego śmiać. My naprawdę lubimy Irańczyków. Podczas meczu śmiali nam się w twarz, ale nie zwracałem na to uwagi. To są emocje, to jest sport, na końcu liczy się tylko wynik. Nie chcę się z nikim bić, tu chodzi o sukces sportowy, a nie o agresję. To było dla mnie normalne spotkanie.

Marouf, wychodząc z konferencji, odgrażał się jeszcze wskazując na kilku polskich dziennikarzy obecnych na sali.

Na ubiegłorocznych mistrzostwach świata (3:0 dla Polski) obyło się wprawdzie bez takich akcji, ale nie znaczy to, że nie było tradycyjnych słownych kuksańców z obu stron. Szczególnie w ostatniej partii. Przy stanie 22:19 dla Irańczyków, po efektownym bloku na biało-czerwonych wspomniany już Marouf – jak to pięknie ujął Fabian Drzyzga – z uśmiechem spojrzał głęboko w piękne oczy Michała Kubiaka. A że na świecie są trzy rzeczy pewne, czyli śmierć, podatki i Kubiak przy siatce, to znów zrobiło się gorąco. Tym razem podziałało to jednak na Polaków jak płachta na byka, bo ci odrobili trzypunktową stratę i później wygrali decydującego seta.

– Z tym nie trzeba sobie radzić, wystarczy odpowiedzieć tym samym. Zagrać mecz na emocjach, bo jesteśmy taką drużyną, która bardzo dobrze to robi, nigdy nam to nie przeszkadzało. Gdy ktoś nas prowokuje, to nie idziemy do sędziego, żeby się poskarżyć, że nie podoba nam się jego zachowanie. Odpowiadamy mniej więcej tym samym. Tak było w meczu z Iranem – mówił później na Weszło środkowy Jakub Kochanowski. Co ciekawe, jemu jeszcze w czasach juniorskich zdarzyło się nawet… zablokować irańskich użytkowników na Instagramie. Jak mówił, miał już po prostu dość czytania nieprzyjemnych komentarzy.

Bo warto wiedzieć, że polsko-irański wirus udziela się nie tylko pierwszym reprezentacjom. Do zadymy między drużynami doszło także przed dwoma laty podczas mistrzostw świata juniorów w Czechach. Irańczycy prowadzili 2:1 w setach, ale ostatecznie przegrali po tie-breaku. Po ostatnim punkcie zrobił się kocioł, bo Irańczykom bardzo nie podobało się, jak ostentacyjnie cieszyli się Polacy. Nasi gracze prowokacyjnie stali bowiem przodem do siatki.

„Trzeba było uciekać z boiska”

Te incydenty być może nie byłyby tak rozdmuchiwane, gdyby nie to, że w Iranie siatkówka jest chyba nawet bardziej popularna niż u nas. Do tego stopnia, że w niektórych regionach jest to nawet jedna z atrakcji podczas wesel. Czołowi siatkarze są tam bardzo rozpoznawalni. Łukasz Żygadło, który w latach 2015-2018 występował w Sarmayeh Bank opowiadał, że chociaż Teheran to około 10-milionowy moloch, to jednak w pewnym momencie był rozpoznawalny na ulicach.

Kiedy przy okazji Klubowych Mistrzostw Świata w Polsce, w których brał udział Khatam Arkadam, nasz były reprezentant był pytany o boiskowy styl irańskich siatkarzy, przyznawał: – Gra toczy się u nich bardziej na emocjach. Oj, miałem wiele historii związanych z perskim temperamentem! Walka oraz okrzyki dominują nad podejściem czysto taktycznym. Irańczycy znani są z tego, że są bardzo dumni – mówił oficjalnej stronie imprezy.

Na tyle dumni, że od lat kobiety mają tam zakaz wchodzenia na obiekty sportowe, w tym naturalnie również na siatkarskie hale. Ma to oczywiście związek z rygorystyczną segregacją płciową w tym kraju, chociaż w największych miastach zasady te bywają traktowane nieco luźniej, chociażby w niektórych miejscach publicznych, takich jak restauracje, sklepy czy parki. Momenty chwilowej odwilży były też w sporcie, kiedy to w ubiegłym roku piłkarski mecz Iran-Boliwa obejrzała około setki kobiet, ale tak naprawdę niewiele nie zmieniło. W 2014 r. media na całym świecie opisywały historię Ghoncheh Ghavami, Iranki z brytyjskim paszportem, która trafiła do więzienia za to, że próbowała obejrzeć z trybun mecz Ligi Światowej Iran-Włochy. W naszym kraju było z kolei głośno o Daryi Safai, irańskiej aktywistce walczącej o prawa kobiet, która przed dwoma laty zjawiła się w łódzkiej Atlas Arenie na meczu Polska-Iran z transparentem “Let iranian women enther their stadiums“. Jej przypadek nie zrobił dobrej reklamy organizatorom meczu, ponieważ kobieta w mało delikatny sposób została usunięta z hali przez ochronę. Jak później tłumaczono, została wyproszona (a raczej wyrzucona) z obiektu z powodu transparentu sprzecznego z obowiązującym regulaminem FIVB.

Polityczna dyskusja nad tym, czy otworzyć stadiony i hale dla kobiet cały czas trwa, ale póki nie dojdzie do obyczajowej rewolucji, nasi siatkarze zawsze grając tam muszą być przygotowani na wszystko. – Łatwo sobie wyobrazić, jak zachowuje się podczas meczu publiczność złożona z kilku tysięcy męskich gardeł. Bywało, że musieliśmy po ostatnim gwizdku wręcz uciekać z boiska. Atmosfera bywała gorąca, bo taka męska publiczność potrafi zgotować piekło, o którym przekonują się chociażby reprezentacje. Najważniejsze jednak, że już po wyjściu z szatni nikomu krzywda się nie dzieje – opowiadał nam Żygadło.

Fot. newspix.pl


Aktualności

Kalendarz imprez