30 sierpnia, czyli dzień lekkoatletycznych rekordów z brodą

30 sierpnia, czyli dzień lekkoatletycznych rekordów z brodą

Jedna data. Przynajmniej, gdy chodzi o dzień i miesiąc. Różni się jedynie rok. Raz jest to 1986, raz 1987, a ten najnowszy – 1991. Zawsze był to jednak 30 sierpnia. To właśnie w ten dzień ustanowiono trzy lekkoatletyczne rekordy, które nienaruszone przetrwały do dziś. O dwóch z nich mówi się, że są nie do pobicia. Trzeci wciąż jest aktualny, choć kilka lat temu rzucono mu poważne wyzwanie. Jak je ustanawiano?

Radziecka rywalizacja

Od lat 60. XX wieku rzut młotem stał się specjalnością zawodników ze Związku Radzieckiego. A tamtejsi młociarze gwiazdami z wielkimi mieszkaniami, nowymi samochodami i wieloma przywilejami. To jednak nie dziwi, skoro byli oni gwarantami sukcesu. Wasilij Rudienkow w 1960, Romuald Klim cztery lata później i Anatolij Bondarczuk w 1972 zdobywali złote medale olimpijskie, które potem przywozili do ojczyzny. A gdy raz zdarzyło się, że na najwyższym stopniu podium stanął ktoś inny, to był to Gyula Zivotsky z „bratnich” dla ZSRR Węgier. Żaden z tu wymienionych nie mógł jednak równać się osiągnięciami z tym, który nadszedł po nich – Jurijem Siedychem.

Siedych dorastał na południu Ukrainy, w Nikopolu. Po raz pierwszy młot chwycił jako młody chłopak, szybko dostał też zaproszenie na treningi w jednym z wojskowych klubów. Gdy miał 17 lat, włączono go do kadry, a jego trenerem został Anatolij Bondarczuk, będący wówczas świeżo po olimpijskim sukcesie. – Kiedy Siedych pierwszy raz się u mnie pojawił, nie sądziłem, że może rzucać ponad 86 metrów. Ale tylko sześć miesięcy zajęło nam jego przygotowanie do treningów, po których zaczęliśmy pracować nad rozwojem techniki. Wielu sportowcom zajmuje to kilka lat – wspominał później Bondarczuk.

Siedych często powtarzał, że potrafi zrozumieć swoje ciało i koordynacja jest jego najmocniejszą stroną. Obroty w kole nazywał „tańcem”, technikę doprowadzał do perfekcji. Co ciekawe – wykonywał tylko trzy obroty, podczas gdy większość młociarzy robi cztery. Z jednej strony zmniejszało to szybkość i dynamikę wyrzuconego młota, ale z drugiej sprawiało, że łatwiej było utrzymać perfekcję ruchów, tak ważną w tym sporcie. Na treningach Jurij często rzucał lżejszymi i cięższymi młotami, przyzwyczajał się do zmiennych warunków, jego taniec miał być nieskazitelny. – Kiedy widzicie skaczącą baletnicę, ona jest jak ptak, lata tak łatwo… Ludzie zawsze są podekscytowani, gdy to widzą. Nie potrafią wyobrazić sobie, jak trudno jest wykonać to tak łatwo, że zajmuje to kilkaset godzin treningów. Tak jest też z rzutem młotem – mówił Siedych.

Jego praca szybko zaczęła przynosić efekty. Choć dla młociarzy najlepszy wiek to teoretycznie okolice trzydziestki, on wygrywać zaczął tuż po dwudziestych urodzinach. W 1976 pojechał na igrzyska olimpijskie do Montrealu. Wrócił ze złotym medalem i rekordem olimpijskim, które dał mu rzut na odległość 77,52 m. Dwa lata później został też mistrzem Europy. Po kolejnych dwóch latach zdobył jeszcze jeden ważny tytuł – został rekordzistą świata. Wówczas, w trakcie jednych zawodów, rekord świata pobił Siedych (80,38), po chwili odebrał mu go Juri Tamm, inny znakomity radziecki młociarz (80,46), a następnie na prowadzenie znów wysunął się bohater tego tekstu (80,64). Ale jego rekord przetrwał tylko osiem dni – wówczas pobił go Siergiej Litwinow (81,66).

Litwinow to dla tej historii postać niezwykle ważna. To rekordem świata wyszedł z cienia wprost w blask reflektorów. Miał wówczas 22 lata, o trzy mniej od Siedycha, który właśnie zyskał w jego osobie największego rywala. Litwinow był niższy, teoretycznie źle zbudowany do rzutu młotem, który raczej premiuje wysokich zawodników. Rzucał klasycznie – cztery obroty, szybkie wypuszczenie młota i fantastyczne wyniki. Szybko stał się gwiazdą, nie tylko za sprawą wyników, ale i wyglądu. Był po prostu przystojny. Sowieci wiedzieli, że mogą z niego łatwo zrobić propagandowy przykład dla innych.

Przez niemal całą dekadę Siedych i Litwinow spotykali się na najważniejszych imprezach. Zwykle lepszy był ten pierwszy. W Moskwie zdobył olimpijskie złoto, swoje drugie (drugi raz z rzędu też radzieccy młociarze zajęli całe podium dla siebie, choć wówczas – z powodu bojkotu wielu rywali – mieli ułatwione zadanie), na mistrzostwach Europy w 1982 i 1986 też nie pozostawił rywalowi złudzeń. Ale pozostawała jeszcze kwestia rekordu świata. O ile bowiem w walce o medale Litwinow się spalał, o tyle potrafił rzucać piekielnie daleko. Dwukrotnie odbierał najlepszy wynik w historii Siedychowi, raz poprawił swój własny rekord. W 1984 roku obaj wystartowali w irlandzkim Cork, a zawody te przeszły do historii.

Pięć razy(!) pobijali wówczas swoje rezultaty. Ostatecznie na szczycie stanął Siedych z fenomenalnym rezultatem – 86,34 m. Nie przeszkodziło mu też to, że całą poprzednią noc spędził ponoć w barze przy piwie. To nie było jednak jego ostatnie słowo. Choć Litwinow nie był w stanie wskoczyć na taki poziom, to Jurij się nie zatrzymał. Dwa lata później, w Tallinnie, rzucił 86,66 m. A po nieco ponad dwóch miesiącach ustanowił niepobity do dziś rekord.

Wszystko miało miejsce w Stuttgarcie w trakcie mistrzostw Europy. 86,74 m, najlepszy wynik w historii (a w kolejnych dwóch próbach dołożył drugi i czwarty rezultat na listach wszech czasów). Jego fenomenalny rzut rozemocjonował publikę (50 tysięcy ludzi!), ale on sam wydawał się tym nietknięty, może poza rykiem, który wydał z siebie, kiedy młot jeszcze był w powietrzu. Po jego lądowaniu i oficjalnym ogłoszeniu wyniku nic podobnego się jednak nie wydarzyło.

Niby Jurij podskoczył z radości, niby zacisnął pięść, ale wciąż wyglądał, jakby szykował się na to, że w kolejnych próbach młot może pofrunąć jeszcze dalej. Nie pofrunął. Ani wówczas w Niemczech, ani przez kolejne 33 lata rywalizacji najlepszych młociarzy. Gdy zdobywał srebro na swoich ostatnich igrzyskach (w Seulu w 1988 roku, przegrał z Litwinowem), nikt nie rzucał dalej niż 85 metrów. Złoto mistrzostw świata – jedyne w swej kolekcji – uzyskał w 1991 roku wynikiem 81,70 m.

Od tamtego czasu tylko raz ktoś zbliżył się do jego najlepszego osiągnięcia. W 2005 roku w Grodnie Iwan Cichan posłał młot zaledwie centymetr bliżej. Później zdyskwalifikowano go jednak za doping i rezultat ten anulowano. Najbardziej żałować tego mógł… Siergiej Litwinow, wówczas trener Białorusina. W tabelach wszech czasów najbliżej Siedycha jest właśnie jego wielki rywal – jedyny człowiek obok Jurija, który oficjalnie rzucił ponad 86 metrów. Trzecie miejsce zajmuje Wadzim Dziewiatouski z rezultatem 84,90 m. Paweł Fajdek i jego rekord Polski (83,93) rozsiedli się na dziesiątej lokacie.

Swoją drogą Jurij Siedych był dwukrotnie żonaty. Jego pierwsza żona, Ludmiła Kondratjewa, na igrzyskach w Moskwie zdobyła złoto w biegu na 100 metrów. Druga, Natalia Lisowska, była znakomitą kulomiotką i rekordzistką świata. Jej rekord – 22,63 m – jest o niespełna rok młodszy od tego Jurija. Też zresztą pozostaje niepobity. I oczywiście, można mieć wątpliwości, czy oboje osiągali swoje rezultaty na czysto, czy też byli pod wpływem dopingowej maszyny.

Można. Ale nic im nie udowodniono. Więc nie tylko można, ale wręcz trzeba podziwiać ich wyniki.

Do nieba

Dwa metry. To w kobiecym skoku wzwyż granica magiczna. Jak 80 metrów we wspomnianym rzucie młotem mężczyzn czy dziesięć sekund w biegu na setkę. Jej przekroczenie nie oznacza, że jest się zawodniczką wybitną, ale daje wielkiego kopa i motywację do dalszej pracy. Stefka Kostadinowa doskonale o tym wie – w całej karierze poprzeczkę zawieszoną na co najmniej takiej wysokości przeskakiwała 197 razy. To, do dziś, absolutny rekord. Do dziś dzierży też inny, jeszcze bardziej prestiżowy. Rekord świata.

Urodziła się w bułgarskim Płowdiw. W Polsce to miasto znane jest pewnie przede wszystkim z klubów piłkarskich – swoje siedziby mają tam Botew (najstarszy klub w kraju) i Łokomotiw. Bułgarzy być może wspomnieliby jeszcze o przemyśle czy o tym, że to właśnie tam założono pierwszą bułgarską szkołę. Kostadinowa jednak do niej nie poszła. Zamiast tego uczęszczała do szkoły sportowej, ale pierwotnie nie chwytała się skoku wzwyż. To zrobiła dopiero w szóstej klasie. Miała wtedy jakieś 12 lat. Potem mówiła, że tego dnia nigdy nie zapomni. Od razu skoczyła 166 centymetrów. Kiedy wszyscy już oprzytomnieli, poinformowali ją, że właśnie – niemal bez przygotowania – pobiła rekord świata w swojej grupie wiekowej.

Napisać więc, że miała wielki, naturalny talent, nie będzie przesadą. Szybko zresztą to potwierdziła. Bo choć w 1981 roku zajęła zaledwie 10. miejsce na mistrzostwach Europy juniorów, w kolejnych latach notowała błyskawiczne postępy. Już wtedy przekroczyła dwa metry i byłaby pewniaczką do wyjazdu na igrzyska w 1984 roku, gdyby nie ich bojkot ze strony państw zza żelaznej kurtyny. Odbijać zaczęła to sobie w kolejnych latach. W sezonie 1985 wygrała wszystkie zawody, w których wystartowała. Czyli dokładnie 25! Rok później została mistrzynią Europy na wspominanych już wcześniej zawodach w Stuttgarcie, a w Sofii wyrównała dotychczasowy rekord świata, skacząc 2,07 m. Co więcej, robiła to z ogromną łatwością. Wszyscy byli pewni, że pobicie rekordu to tylko kwestia czasu.

Okazało się zresztą, że bardzo krótkiego. Zaledwie sześć dni później, znów w Sofii, skoczyła 208 centymetrów. W tym momencie była samodzielną rekordzistką świata. Ale gdyby to na tej wysokości zatrzymały się jej osiągnięcia, do dziś rekord ten wyrównałaby choćby Blanka Vlasić. Nie, Stefka skoczyła wyżej. O jeden centymetr, ale to właśnie on sprawił, że przez 32 lata to Bułgarka dzierży miano rekordzistki świata.

Mistrzostwa świata w Rzymie. Rok 1987. 30 sierpnia, oczywiście. Kostadinowa spokojnie pokonuje poprzeczki zawieszone na wysokości 185, 189, 193, 196, 199 i 202 centymetrów. Na 204 przyszedł kryzys. Pokonała go w trzeciej próbie, podobnie jak poprzeczkę. 206 przeskoczyła w drugiej. Już była pewna, że wygra. Odpuściła 208 centymetrów, nie planowała wyrównywać rekordu – chciała go pobić. Pierwszą próbę na 209 centymetrach zepsuła. W drugiej sięgnęła nieba. Minimalnie, bo poprzeczka się zatrzęsła. Ale nie spadła.

Te 209 centymetrów stało się przez lata czymś na kształt mojego podpisu, emblematu, który pokazuje ludzkie możliwości. Ale ten rekord nie jest tylko mój. Jest bułgarski. Ten rekord, jak i moje pozostałe rekordy i sukcesy, przyszedł jako podziękowanie dla ludzi dookoła mnie: zespołu, trenerów, doktorów, menedżerów – mówiła Stefka po latach. – Wtedy, na Stadionie Olimpijskim w Rzymie nie myślałam o tym, jak długo ten rekord się utrzyma. Emocje były tak wielkie… Wiele zawodniczek próbowało potem go poprawić, kilka było bardzo blisko. Sama próbowałam dziesiątki razy. Byłabym szczęśliwa, gdyby ostatecznie udało się to innej Bułgarce.

W 2007 roku, gdy jej wynikowi wybijało dwadzieścia lat, mówiła za to, że chciałaby, by ten wynik wreszcie ktoś pobił. Bo nie ma przecież powodu, by tej granicy nie przekroczyć i ktoś powinien to w końcu zrobić. Często powtarzała też, że ostatecznie znajdzie się kobieta, która tego dokona, a wtedy Stefka sama jej pogratuluje. Bułgarka nie zgadza się za to na wymazywanie rekordów.

Tę propozycję odbieram jako błąd, wręcz kpinę. Jest niepoprawna, drwi z naszej pracy, chce wymazać wszystko, co stało się w historii sportu. Dlaczego nie proponuje tego nikt poza europejską federacją? Nie chodzi tylko o mnie, ale o każdego, kto ciężką pracą osiągnął coś znaczącego na skalę światową, doszedł do szczytu swojej kariery i ludzkich możliwości. Tak, niech będą kary dla tych, którym udowodniono błędy i oszustwa. Ale dlaczego krzywdzić innych? Kiedy pobijałam rekord, gratulowano mi, teraz te same osoby, chcą mi go odebrać. Jak mogłam wtedy być bohaterką, a teraz przedmiotem debat w takiej sprawie? – pytała.

Na anulację rekordów (na razie) się nie zdecydowano. Nawet gdyby straciła jednak to osiągnięcie, pozostają jej inne. Bułgarka jest mistrzynią Europy, dwukrotną mistrzynią świata, a na hali triumfowała dziewięciokrotnie – cztery razy w ME, pięciokrotnie w MŚ. Do tego dochodzi złoto olimpijskie z Atlanty. A skoro już o to zahaczyliśmy, warto ten wątek pociągnąć. Bo olimpijska kariera Stefki pokazuje, że nie warto się poddawać.

Jak już napisano – w 1984 roku nie mogła wystartować. Cztery lata później pojechała jednak do Seulu. Jako rekordzistka świata, dominatorka (wygrała 73 na 77 ostatnich zawodów, w których startowała, a wśród 12 najlepszych skoków w historii 11 było jej) i faworytka tak wielka, że bukmacherzy powinni dostawać kasę w razie jej wygranej, a nie ją wypłacać. To jednak sport. W nim cuda się zdarzają. Podobnie jak dramaty – bo tym był dla Kostadinowej brak złotego medalu. Przegrała go w dogrywce.

Skakała identycznie jak Amerykanka Louise Ritter. Obie nie dały rady poprzeczce zawieszonej na wysokości 204 centymetrów. Zarządzono więc dodatkowy skok na tej wysokości. Gdyby znów im się nie udało, rywalizację kontynuowano by na 202 centymetrach. A potem – w razie kolejnego niepowodzenia – na 200. I tak dalej. To nie było jednak potrzebne. Bułgarka bowiem poprzeczkę strąciła, ale Amerykanka – skacząca jako druga – nie. Pokonała najlepszą zawodniczkę świata na najważniejszej imprezie świata.

Cztery lata później, w 1992 roku, Stefka była świeżo po kontuzji kolana i złamaniu kości w stopie. Zajęła czwarte miejsce, jak na okoliczności – i tak wspaniałe. Ale dla niej niewystarczające, wciąż przecież brakowało jej olimpijskiego złota. Dwa lata po Barcelonie wzięła sobie urlop macierzyński. Przez 18 miesięcy nie startowała w zawodach. Wróciła w 1995 roku, wystąpiła na dwóch mityngach, po czym pojechała na mistrzostwa świata. I wygrała. Rok później to samo zrobiła w Atlancie. Po kontuzjach, narodzinach dziecka, problemach ekonomicznych kraju, o które często ją pytano. Wygrała z tym wszystkim, z rywalkami i z samą sobą. Miała olimpijskie złoto.

Mistrzynie olimpijskie się jednak zmieniają. Stefka zakończyła karierę w 1999 roku. Od tego czasu pięć kolejnych kobiet zdobywało olimpijskie złoto. Ale żadna nie pobiła, ba, nawet nie wyrównała jej rekordu świata.

Przeskoczyć legendę

Podobnie jak Kostadinowa krytykuje pomysł wymazania rekordów. Nic dziwnego. Jego, choć młodszy od pozostałych dwóch, jest równie ważny. Bo z pierwszego miejsca wymazał „skok w XXI wiek”. Jeśli nie wiecie, o co chodzi, tłumaczymy: tak nazwano, oddany w 1968 roku, skok Boba Beamona, który zapewnił mu złoty medal olimpijski. Dlaczego w XXI wiek? Bo wcześniejszy rekord wynosił 8 metrów i 35 centymetrów. Beamon skoczył za to 8 metrów i 90 centymetrów. To nie było tylko pobicie rekordu, to było przejście w kompletnie inny wymiar, coś niesamowitego.

A jednak ten rekord – choć owiany tak wielką sławą – utrzymał się przez 23 lata. Rekord Mike’a Powella (a przy okazji jedyny oficjalnie uznany skok, który jest dłuższy od tego Beamona) ma już 28 lat.

Powell nigdy nie był sportowcem z pierwszego szeregu. Owszem, odnosił sukcesy i to wielkie – był przecież dwukrotnym mistrzem świata, a na igrzyskach zdobywał dwa srebra. Ale właśnie, srebra. Jego pech polegał bowiem na tym, że trafił na czasy absolutnej gwiazdy, jednego ze sportowców wszech czasów, Carla Lewisa. To właśnie Lewis wygrywał na igrzyskach i w 1988, i w 1992 roku, a Powell musiał zadowolić się srebrnymi medalami.

Tyle tylko, że Lewis nie ma rekordu świata w skoku w dal.

Owszem, bywały skoki dalsze. Sam Carl przeskoczył kiedyś ponoć 9 metrów, a to granica – na razie – nie do złamania w oficjalnych tabelach. Bo tego skoku mu nie uznano. Lekkoatletyka ma to do siebie, że można osiągnąć wspaniały wynik, ale taki, który oficjalnie nie zostanie zapisany jako rekord. Wystarczy, że wiatr zawieje za mocno. A co z sytuacjami wręcz odwrotnymi? Gdy wiatr wieje w twarz, skacze się daleko, ale jednak bliżej. Mnóstwo było niegdyś skoków na 8,60 czy 8,70, ale w warunkach, które uniemożliwiały pobicie rekordu. Ile osiągnęliby zawodnicy, gdyby wiatr im sprzyjał?

Bob Beamon, gdy ustanawiał swój rekord, warunki miał idealne. A do tego zawody rozgrywano na znacznej wysokości, to też pozwalało odskoczyć. Jego drugi najlepszy skok w karierze był przecież o ponad pół metra gorszy. Choć, oczywiście, trzeba umieć to wykorzystać. Zgrać wszystko w ten jeden moment. Powell zrobił to na mistrzostwach świata w Tokio. Choć, jak wspomina, tam też warunki pomagały.

– [Z Lewisem] toczyliśmy pojedynki na śmierć i życie. W mistrzostwach świata w Tokio aż wiało grozą, gdy skakaliśmy, bo nad miasto nadciągnął tajfun, zebrały się czarne chmury, a powietrze zrobiło się elektryczne. Coś takiego nie zdarza się codziennie. No i wykorzystaliśmy te specyficzne, zupełnie wyjątkowe warunki termiczne – mówił „Przeglądowi Sportowemu”. Z kolei w amerykańskich mediach dodawał: – Pamiętam, gdy pierwszy raz wyszedłem na tokijską bieżnię i zacząłem biec. Mówiłem sobie: „O ludzie, dajcie mi pobiec na 100 metrów, to jest szybkieeeee”. Nawierzchnia była bardzo, bardzo twarda, ale i sprężysta. Teraz nie robią już takich. To na pewno pomogło [Lewis z tym zdaniem się za to nie zgadzał – przyp. red.].

Pomagała też rywalizacja, o której wspomniał. Bo dziś to często podaje się za powód braku takich odległości. Skok w dal osunął się nieco w lekkoatletycznej hierarchii, brak mu postaci, które z powrotem wywindowałyby go w górę. Rywalizacja Powella z Lewisem nakręcała to wszystko, przyciągała uwagę. Bo przecież choć zwykle dominował ten drugi, rekord świata należał do pierwszego. Żaden nie mógł uzyskać absolutnej przewagi. Zresztą na mistrzostwach świata to Lewis jako pierwszy przeskoczył 8,90. O dokładnie centymetr, ale przy zbyt mocnym wietrze, by skok uznano w lekkoatletycznych tabelach. Potem jednak Powell postanowił przejść do historii.

Myślę, że wielu ludzi nie traktowało mnie poważnie, gdy mówiłem, że to zrobię. A ja dokładnie tak to planowałem. Mówiłem, że przyjadę na mistrzostwa, pokonam Carla i ustanowię rekord. To wszystko się stało. Chciałem idealnej sytuacji, idealnej bieżni, wielkiej imprezy i siebie, skaczącego na samym końcu. Cóż, nie byłem ostatni, ale zgaduję, że wszystko inne ułożyło się idealnie – wspominał Powell po latach, gdy pytano go o skok w Tokio.

Miał rację. Ten skok był idealny. I jeśli Beamon skoczył w XXI wiek, to Powell zrobił coś jeszcze lepszego. Zanotował skok ku sportowej nieśmiertelności.

 


Aktualności

Kalendarz imprez