21 lipca: Epokowy dzień w Atlancie ’96.

21 lipca: Epokowy dzień w Atlancie ’96.

W Tokio ‘64 wybiła złota godzina, kiedy w trzech finałach turnieju pięściarskiego złote medale zdobywali Kasprzyk, Grudzień i Kulej. Sporty walki podobnej eksplozji triumfu doczekały się podczas igrzysk olimpijskich Atlanta ’96. Wtedy to Mazurek Dąbrowskiego również zabrzmiał trzykrotnie: dla judoki Pawła Nastuli i zapaśników Andrzeja Wrońskiego oraz Ryszarda Wolnego.

Był dzień 21 lipca 1996 roku. W kraju wielka radość po sukcesie Renaty Mauer, która dzień wcześniej wystrzelała złoto z karabinu pneumatycznego. Upalne lato w stolicy stanu Georgia, wspaniałe obiekty do judo i zapasów sąsiadujące ze sobą. Polscy kibice krążyli między halami, by oglądać zmagania naszych herosów.

Mówi się, że gdyby Paweł Nastula urodził się Japończykiem, w swojej ojczyźnie za życia doczekałby się pomników. Zresztą słowa te znalazły potwierdzenie, kiedy kilka lat później przyjechał do Tokio walczyć w mieszanych sztukach walki dla federacji Pride Fighting Championships. Był bohaterem komiksów, Japończycy niezwykle go szanowali. Przez cztery lata (od lutego 1994 do marca 1998) nie przegrał żadnego pojedynku. Żadnego! A stoczył ich 312! Ktoś się doliczył, że było to 1220 dni wielkiej chwały polskiego judoki. Międzynarodowa Federacja Judo jednak zlikwidowała wagę -95 kg i „Nastek” zaczął bić się w kategorii -100 kg. Zdobył w niej jeszcze srebro mistrzostw Europy, ale nie potrafił się w niej odnaleźć tak, jak w tej wcześniejszej.

Paweł Nastula: kurde, co ja tu robię, powinienem siedzieć w domu z żoną, a ja się tutaj szarpię z takimi, kurczę, harpaganami!

Do Atlanty jechał jako murowany faworyt i sprostał wyzwaniu. Był mistrzem świata, nie zwykł przegrywać… Potwierdził to dobitnie w Georgia World Congress Center. W pierwszym pojedynku szybko pozbawił złudzeń na obronę tytułu Węgra Antala Kovácsa. To był również jeden z faworytów, a jego złoto w Barcelonie 1992 nie było dziełem przypadku. Zresztą trudno w tym sporcie o przypadek, jeśli mówimy o zwycięzcach. Fakt, przypadkiem można przegrać, ale nie wygrać cały turniej. Następnym rywalem Polaka był Włoch Luigi Guidio, którego pokonał również przed upływem regulaminowego czasu.

W półfinale Nastula zwyciężył Brazylijczyka Aurélio Miguela. W finale pokonał natomiast cztery lata młodszego Koreańczyka Kima Min-soo. Jeszcze przed upływem minuty „Nastek” rzucił rywala. Wydawało się, że Azjata spadł czysto na plecy, ale sędziowie nie dopatrzyli się w tej technice argumentów przemawiających za kończącym ipponem. Przyznali waza-ari. Paweł spojrzał tylko na sędziego głównego cały czas trzymając w żelaznym uścisku rywala. Momentalnie przeszedł do kesa-gatame. Wystarczyło przez pół minuty utrzymać rywala na plecach, by arbiter przyznał zwycięstwo Polakowi. Sekundy dłużyły się w nieskończoność. Po upływie pół minuty trener Wojciech Borowiak nie mógł ukryć wzruszenia. Wielkie szczęście, duma, kibice skandujący imię bohatera, uniesione ręce w geście triumfu, a potem zaciśnięta pięść spełnionego sportowca. Na podium Paweł odwrócił się do kibiców z szerokim uśmiechem. Na twarzy było widać ślady walki – otarcia na czole. Wytrzymał trudy turnieju, wyciągnąwszy wnioski po porażce w półfinale w Barcelonie ’92 i piątym miejscu. Wtedy zabrakło mu sił. Tym razem turniej tak się poukładał, że walki kończył przed czasem zachowując pełnię energii do samego końca.

To był piękny czas polskiego judo. Waldemar Legień w Seulu zdobył pierwsze w historii złoto dla Polski. Powtórzył ten sukces cztery lata później w stolicy Katalonii, a Paweł Nastula podtrzymał tę niesamowitą serię w Atlancie ’96 (jeszcze Aneta Szczepańska wywalczyła srebro w turnieju kobiecym – jedyne w polskim judo kobiet). Na tym zakończyły się polskie medale w tym pięknym sporcie. Za rok w Tokio będzie ćwierćwiecze od tamtego sukcesu, od ostatniego medalu polskiego judoki na igrzyskach.

Atlanta ’96, czyli niesamowity popis polskich zapaśników

W finałach mieli się bić zapaśnicy Ryszard Wolny w stylu wolnym i Andrzej Wroński w klasyku. Tak oto opisywaliśmy okoliczności tego niesamowitego dnia w jednym z tekstów na KierunekTokio.pl:

Radość po uzyskaniu olimpijskiej przepustki musiała minąć Wolnemu dosyć… szybko, a dokładnie wtedy, gdy dowiedział się, że jego pierwszym rywalem będzie Attila Repka. Większości z was to nazwisko nic nie powie, Ryśkowi i całemu zapaśniczemu światkowi mówiło wiele. Albowiem był to mistrz olimpijski sprzed czterech lat, z Barcelony. To nie wszystko – gdyby Polak robił ranking zawodników, z którymi nie lubi walczyć, Repka znalazłby się w top 2, obok Isłama Duguczijewa.

Na szczęście tym razem na macie Wolny nie potraktował Węgra jak swojego bratanka. Zlał go niemiłosiernie, wygrywając walkę 6:1. Po tej potyczce niebiosa znowu się do niego uśmiechnęły – w drugiej rundzie wyciągnął wolny los. To wszystko musiało wprowadzić Polaka w stan euforii, bo kolejni rywale, czyli Kubańczyk Liubal Colas Oris i Uzbek Grigorij Puliajew nie mieli z nim szans. Były to tak jednostronne walki, że nie warto tracić czasu na opisywanie ich.

(…)

Rywalem Wolnego był bowiem Ghana Yalouz. Francuz rok wcześniej pokonał Polaka w finale mistrzostw Europy. Tak przynajmniej uznali sędziowie. Wielu dziennikarzy, ekspertów i kibiców miało inne zdanie: że zdobył złoto za sprawą arbitrów. Rysiek zapewne uważał podobnie, dlatego na amerykańskiej ziemi nie chciał pozostawić żadnych wątpliwości, kto jest lepszy.

I faktycznie, Polak zrobił rywalowi z dupy jesień średniowiecza. Wygrał 7:0, a potem zaprezentował sceny, które na zawsze przejdą do historii naszego sportu. Wykonał salto w tył, a następnie pozwolił się rzucić na matę trenerowi Ryszardowi Świeradowi, po czym wycałował plac boju z czułością, roniąc przy okazji łzy. – To była najwspanialsza walka finałów, nie było od niej lepszej. Wolny zaprezentował piękne akcje techniczne, wspaniałą formę. Rysiek rozwiązał wszystkie walki w stójce, nie potrzebował parteru. Zaimponował mi tym i udowodnił, że w zapasach można jeszcze walczyć pięknie i skutecznie – komentował trener reprezentacji Polski Ryszard Świerad.

„Wrona” przez turniej kolosów do 100 kg w stylu klasycznym przeszedł jak burza. Nie stracił żadnego punktu, mimo że drabinka wepchnęła go na broniącego tytułu z Barcelony Kubańczyka Hectora Miliana. Wroński ten pojedynek w wywiadzie dla Weszło wspominał następująco i trudno się oprzeć wrażeniu, że nie brakowało tutaj walenia głową w mur:

– To była moja najtrudniejsza walka w karierze. Strasznie na mnie napadł. W pierwszej rundzie zdobyłem dwa punkty, ale jak ruszył na mnie na początku drugiej… Kiedy zobaczyłem jego białka – bo oczy prawie wywróciły się mu na drugą stronę – to aż się wystraszyłem, jechałem na wstecznym. Myślałem, że nie wytrzymam, tak na mnie parł. Przeszła mi nawet przez głowę myśl, że oddam mu te punkty, żeby tylko dał mi święty spokój. W pewnym momencie miałem aż ciemno w oczach, ale w końcu otrzeźwienie: „No nie! Andrzej, przecież wygrywasz 2:0 i masz dwie minuty do końca. Musisz wytrzymać”. Bo jakbym to wygrał, zyskałbym prawo walki o złoty medal. Dostałem wtedy kopa, olśnienia jakiegoś, że ruszyłem na niego ostatkami sił. I zdarzył się cud, bo Kubańczyk momentalnie siadł. Przełamałem jego napór, zacząłem wszystko kontrolować. Odżyłem, jakbym wyskoczył spod wody na powierzchnię i porządnie nabrał powietrza. Na minutę przed końcem rywal dostał jeszcze upomnienie za pasywną walkę i już byłem spokojny. A jak już znalazłem się w finale, to nie mogłem tego przegrać. Rzadko przegrywałem finały. Byłem pewny na sto procent, że zdobędę tytuł.

Wroński był już sportowcem spełnionym. Miał przecież złoto z Seulu ’88, medale mistrzostw świata i Europy. W sumie nic nie musiał. On jednak chciał, a to wystarczyło. W finale miał zmierzyć się z Białorusinem Siarhiejem Lisztwanem. W boju tym żadnemu z zapaśników nie udało się zdobyć punktów. Jako widzowie przekazu telewizyjnego późno w nocy mogliśmy mieć wrażenie, że to Polak był aktywniejszy, że walczył lepiej. Czekając na werdykt Lisztwan kucał po środku maty z trudem łapiąc dech. Wroński krążył spokojnie, podparty pod boki. Okazało się, że podobnie jak my przed telewizorami sędziowie nie mieli wątpliwości, kto był lepszy i wskazali na zawodnika warszawskiej Legii! Jeszcze dwóch zawodników z tego klubu, podopiecznych trenera Bolesława Dubickiego stanęło w Atlancie na olimpijskim podium – Włodzimierz Zawadzki (złoto) i Jacek Fafiński (srebro). Lecz to już było innego dnia.

Takich epokowych dni nie było wiele w historii polskiego sportu. Wspominamy je z rozmarzeniem, tęsknotą za najpiękniejszymi chwilami na igrzyskach olimpijskich. Dokładnie pamiętamy dreszcze i łzy wzruszenia kiedy na baczność słuchaliśmy narodowego hymnu Polski. Piękne to momenty…

DARIUSZ URBANOWICZ

Fot. Newspix.pl


Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze
Paweł
Paweł
24 dni temu

Piękno sportu olimpijskiego w czystej postaci 🙂

Er.
Er.
24 dni temu

Pamiętam ten dzień, miałem 17 lat. Wstaję rano i dowiaduję się, że w nocy zdobyliśmy pierwsze złoto, od razu pierwszego dnia igrzysk wystrzelała złoty krążek Renata Mauer. A walki Nastuli i naszych zapaśników ogladałem z ojcem w telewizji, ależ to była radość, wspaniałe chwile.

Aktualności

Kalendarz imprez