16 sierpnia – dzień Usaina Bolta

16 sierpnia – dzień Usaina Bolta

16 sierpnia stał się jednym z najważniejszych dni w historii lekkiej atletyki. Wszystko za sprawą jednego człowieka, który właśnie tego dnia, rok po roku ustalał nowy rekord świata w biegu na 100 metrów. Tak po prawdzie to dziwimy się, że Sebastian Coe i inne mądre głowy z World Athletics jeszcze nie doszli do tego, żeby oficjalnie zaklepać tę datę jako dzień Usaina Bolta – człowieka, którego wyczyny przez lata były motorem napędowym królowej sportu. Pekin 2008 i Berlin 2009. Choć oba starty łączy jego osoba oraz data, to dzieli sam przebieg tych magicznych niespełna dziesięciu sekund.

Gwiazda robi show

Do stolicy Chin jechał ze statusem przyszłej gwiazdy i jednego z faworytów do zwycięstwa. Dwa i pół miesiąca wcześniej pobił rekord świata należący do Asafy Powella, pokonując w Nowym Jorku setkę w czasie 9.72. Lecz poprawa najlepszego wyniku o niespełna dwie setne sekundy mogła skłaniać do zadawania pytań. Czy dwudziestodwulatek udowodni swój fenomen na najważniejszej imprezie czterolecia? A może jednak starsi i bardziej doświadczeni rywale powiedzą mu „jeszcze nie teraz kolego, twój czas dopiero nadejdzie?”

Cóż, nawet gdyby chcieli to powiedzieć, istniałaby spora szansa, że Jamajczyk by ich nie dosłyszał – taką wrzawę na stadionie wywołał jego wyczyn. On po prostu zmiażdżył resztę stawki. Chociaż w momencie startu wydawało się, że to będzie wyrównany bieg, to od trzydziestego metra Thunderbolt włączył najwyższy bieg, uzyskując wyraźną przewagę nad resztą stawki. Ale najbardziej imponujący był sam finisz. Na ponad dwadzieścia metrów do mety Bolt zaczął rozglądać się za rywalami, wyraźnie zwolnił, rozłożył ręce w geście triumfu i w takiej pozie przekroczył ostatnią kreskę. Czas? 9.69 i nowy rekord świata. Drugi Richard Thompson pobiegł aż o dwadzieścia setnych wolniej. To nie była wygrana Bolta, to była deklasacja, nokaut. Narodziny nowej gwiazdy lekkoatletyki.

Sam finisz do dziś stanowi jedną z najbardziej kultowych scen w historii igrzysk olimpijskich. A postronnym obserwatorom przyszło się zastanawiać, jak szybko mógłby pobiec genialny Jamajczyk, gdyby nie odpuścił końcówki kosztem zrobienia show. Bolt odpowiedział na to pytanie równo rok później.

Pokaz siły

Podczas mistrzostw świata w Berlinie Bolt nie miał zamiaru odpuszczać. Znajdował się w życiowej formie i miał dobre warunki do bicia rekordu na setkę – wiatr wynosił 0.9 metra na sekundę w plecy. Jeżeli Bolt miał pokazać pełnię swojej mocy, to właśnie tamtego wieczoru na  Olympiastadion w Berlinie. Rywale? Owszem, byli mocni – na czele z Tysonem Gayem, drugim najszybszym sprinterem w historii. Ale oni stanowili tylko tło. Wszystkie oczy były skupione na Bolta, który… ponownie nie zyskał od razu przewagi. Start nigdy nie był jego największym atutem, ze względu na spory wzrost – mierzy 195 centymetrów. Inni biegacze przy wyjściu z bloków byli po prostu zwinniejsi. Ale to właśnie wzrost i nogi pozwalające stawiać mu długie susy powodowały, że z każdym kolejnym metrem Bolt połykał konkurencję. Dokładnie to stało się po dwudziestu-trzydziestu metrach. Jamajczyk samotnie biegł po przełamanie kolejnej bariery – pokonanie setki w mniej niż 9.60 – i ta sztuka mu się udała. Stoper wskazał 9.58 i nikt na świecie nie miał wątpliwości, że właśnie ogląda najwybitniejszego sprintera w historii. Człowieka, którego pokonać może wyłącznie… technologia.

Rekordy nie do pobicia?

Igrzyska w Tokio pod względem wyników na bieżni przyniosły oszałamiające rezultaty. Rekordy świata, rekordy olimpijskie, cała chmara poprawionych najlepszych wyników krajowych, czy też życiówek poszczególnych sportowców. Jednak wraz z kolejnymi rekordami uwagę środowiska zaczęły przykuwać aspekty technologiczne. W Tokio biegacze poruszali się po nowego rodzaju bieżni. To produkt włoskiej firmy Mondo, który dzięki zawartym w sobie pęcherzykom powietrza powoduje efekt trampoliny – bardziej dynamiczne odbicie się kroku biegacza od podłoża.

Ale to jeszcze nie wszystko. Furorę robi również nowy rodzaj obuwia, popularnie zwany super kolcami. Powiększono w nich grubość podeszwy względem klasycznych butów, a płytkę plastikową zamieniono elementem wykonanym z karbonu. To połączenie sprzyja lepszemu oddawaniu energii podczas biegu, choć przy tym jest również bardziej kontuzjogenne. Sam Bolt bardzo sceptycznie podchodzi do tematu używania tego rodzaju butów. Jamajczyk wciąż jest pewny, że jego rekordy nie zostaną pobite. Lecz z jego wypowiedzi przebija się delikatny żal, że nie dane mu było skorzystać z podobnych dobrodziejstw technologii. W czasach jego startów podobne inicjatywy były skutecznie blokowane przez World Athletics.

– Nie jestem pewien dokładnego czasu, jaki osiągnąłbym w tych butach, ale pobiegłbym zdecydowanie szybciej. Na pewno poniżej 9.5 sekundy – powiedział Usain Bolt.

Zatem czy jego rekordy świata kiedyś zostaną pobite? Może nie tak prędko, ale kiedyś znajdzie się ktoś, kto tego dokona. Lecz wtedy fani Thunderbolta będą mogli odbijać piłeczkę zastanawiając się, jaki czas wykręciłby Jamajczyk, gdyby miał dostęp do tego rodzaju technologii. I nie siląc się na zbędny obiektywizm – my również będziemy należeć do tej grupy.

Fot. Newspix


Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Pokaż wszystkie komentarze

Aktualności

Kalendarz imprez